piątek, 23 stycznia 2015

Od Sad'a

Szczenie powłócząc nogami zmierzało przed siebie, bez wyznaczonego celu. Przez doliny, lasy, góry, szukając swej rodziny, powoli tracąc nadzieję. Gasła wraz z żarem w oczach, powoli robiąc z niego puste naczynie, nie posiadające duszy. Spał w ciasnych norach po lisach bądź większych gryzoniach, jadł to, czym pogardziły inne drapieżniki, pił ze strumieni, sam sobie opatrywał rany. Samodzielnością zdecydowanie mógł się pochwalić, choć marniał z każdym dniem. Właśnie dotarł do jakiegoś ładnego miejsca, w którym spokojnie mógł sobie odpocząć. Dość strome skały porośnięte mchem i trawami prowadziły do strumienia, spływającego w dół tych pięknych terenów. Zaczął powoli schodzić ze skał, niektóre przeskakując. Niestety, los nie był zbyt łaskawy, a woda podmyła niektóre kamienie czyniąc je śliskimi. Sad poślizgnął się i spadł, z głośnym chlupotem wpadając do strumienia. Wyskoczył z niego i wytrzepał się, obryzgując zimną wodą otoczenie. Upadek był dość fortunny i mimo obolałej łapy oraz łba nic mu nie było. Napił się, jednak wtedy usłyszał zmierzające w jego stronę wilki, które najwyraźniej nie miały dobrych zamiarów. A może miały, tylko mały Sad już był tak przewrażliwiony, że źle odebrał intencje zmierzających w jego stronę wilków? Na szczęście nie zobaczyły szczenięcia, które czmychnęło w najbliższe zarośla, kontynuując swą wędrówkę. Przebiegł przez łąkę, na której rosły brzozy i ruszył dalej, do lasu który wydawał mu się bezpieczniejszy od otwartej przestrzeni. Szkoda, że nie wiedział nic o Lusenie, do której właśnie wkroczył. Mroczne drzewa od razu przeraziły go, sprawiając, że miał wielką ochotę powrócić na wesołe tereny. Nie mógł jednak, musiał odnaleźć swą rodzinę a cofając się niczego nie zastanie. Tak więc powoli kroczył, skulony ze strachu, przez tajemniczy las. Z niewiadomych przyczyn drzewa od dołu świeciły. Zaciekawiony wsadził nos pod jeden z nich, ale zaraz tego pożałował. Poczuł, jak coś łapie go za nos i rozciąga! Przed oczami przemknęło mu parę małych stworzeń i zaraz zaczęły go ciągnąć za uszy i ogon. Z jego gardła wydobył się głośny pisk. Sad wziął nogi za pas, uciekając gdzie pieprz rośnie, byle tylko uwolnić się od tych dziwnych stworzeń. Udało mu się, a przynajmniej tak przypuszczał gdy biegł po starym moście. Po raz kolejny dziś noga mu się osunęła, a szczenię wylądowało w lodowatej wodzie. Gdyby tego było mało, uderzył się w głowę i zemdlał.
Kiedy się obudził, nie był już w zimnej, głębokiej wodzie a płytkim strumieniu. To zupełnie inne miejsce, niż to, w którym się znajdował wcześniej. Tym razem drzewa nie były chude, młode i ciemne, tylko ogromne, tak grube, że pięć minut by musiał obiegać jedno, wysokie pięły się aż do słońca. Powoli wstał, otrzepując się i nagle... kich! I jeszcze raz! I jeszcze! Skichał się niewiarygodnie. Widocznie kiedy pływał w tej wodzie przeziębił się. Naprawdę źle się czuł, wszystko go bolało, było mu przeraźliwie zimno i ciągle kichał. Nie wyglądało to dobrze, nie ma co. W dodatku bardzo burczało mu w brzuchu, który domagał się choćby najmniejszej porcji jedzenia. Powoli szedł wzdłuż strumienia, ciągle wypatrując jak by tu się wspiąć na ten wielki, stworzony przez naturę most, który biegł nad jego głową. Nagle zobaczył na nim wielkiego jelenia, który powoli szedł sobie po nim. W wilczka wstąpiła nadzieja, że być może jedna osoba tutaj będzie mu przyjazna.
- Prze pana! - krzyknęło wilczysko, jednak jeleń nie odpowiedział. Jedynie zatrzymał się i spojrzał w dół, ale zaraz ruszył dalej. - Prze pana! Proszę poczekać! - krzyczał rozpaczliwie. Nagle znalazł wejście na pomost i od razu na nie wskoczył, pędząc za jeleniem. Ten nadal nie odpowiadał, ale Sad poczuł się w jego pobliżu bezpiecznie. Te wielkie kopyta wydawały się w stanie go obronić, tak samo jak poroże. Czy ktokolwiek zaatakuje szczenie w obecności takiego towarzysza?
- Gdzie pan idzie? - spytał zaciekawiony, już u jego boku. Jeleń tylko spojrzał na niego i dalej prowadził w nieznaną stronę. - B-bo ja się zgubiłem.
Cisza. W końcu Sad spuścił głowę i w milczeniu szedł przy jeleniu. Było mu milej w obecności kogoś tak dumnego i majestatycznego. Trudno stwierdzić, ile tak szli. Być może godzinę a być może dzień. W tym lesie nie było widać upływających pór dnia, gałęzie zasłaniały słońce i niebo. Tak więc wilczek obserwował jedynie ptaki latające nad jego pięknym porożem. Po jakimś czasie, wyszli z lasu. Jeleń zatrzymał się na krańcu, pokiwał łbem i zawrócił. Sad przypatrywał mu się zszokowany.
- Mam iść sam? - zdziwił się Sad, ale po chwili pokiwał głową - Dziękuję! - krzyknął jeszcze do jelenia. Przebrnął przez jakąś dziwną łąkę i wkroczył na inny, również zalesiony teren. Tym razem drzewa były normalnej wielkości, a sam wydawał się przyjaznym miejscem. Tak więc szczenie podążało lasem, ale znów musiały przerwać mu kroki. Schował się szybko w jakiejś norze, jednak niepewny czy przypadkiem nie został zauważony.

(Ktoś?)