Stoją na wzgórzu. Widzą stąd cały dramat rozgrywający się na dole. Niemal słyszą te okrzyki rozpaczy. Zaciska zęby, stara się być silny, ale czuje, że zaraz się złamie. Wadera chwyta go za ramiona. "Nate słuchaj mnie uważnie. Musisz znaleźć bezpieczne miejsce."- mówi, a jej głos drży. Zwykle kiedy jest zdenerwowana, mówi do niego per Gówniarzu. Coś jest nie tak. "Czy to pożegnanie?"- pyta niespodziewanie. "Miejmy nadzieję, że nie."- odpowiada. Sięga po coś co chwilę potem zawiesza mu na szyi. "Nie zgub go."- mówi i odchodzi. Patrzy na podarunek. Kompas. Tymczasem Joyce znika w kłębach dymu i językach dzikiego ognia. Chce biec za nią, nie opuszczać jej i ich matki. Rusza. Ale powstrzymuje go wybuch. Zostaje odepchnięty, pogruchotany. Pokonany."
Obudził się zalany potem. Jego głowę rozsadzała gorączka. Po raz kolejny męczył go ten sen. Kolejny raz nie dawał mu spać, pozbawiając tak niezbędnej energii. Starał się znaleźć kompas na swojej piersi. Właściwie to jedyna pamiątka jaką miał po rodzinie. Był ciekaw, czy dane mu będzie ich zobaczyć. Znalazł go. Odetchnął i ułożył głowę z powrotem na ziemi. Oddychał nerwowo przyglądając się zakurzonej szybce urządzenia. Tamtego dnia igła, która wskazywała północ skierowana była w prawo. Przełknął ślinę i wstał. Przyłożył łapę do czoła. Z niezadowoleniem stwierdził, że gorączka nie ustępuje. Ruszył w poszukiwaniu wody. Czuł, że zaraz trafi go szlag.
Znalazł. Wskoczył niewiele myśląc do chłodnej toni. Zanurzył się i czekał aż ochłonie. Lecz kiedy tylko zamknął oczy powróciły obrazy z przeszłości. Wydawały się tak bardzo odległe. A jednak. Zdarzenia, które tak mocno wyryto w jego pamięci zdarzyły się zaledwie półtora roku temu. Był wtedy jeszcze mały. Za mały. Gwałtownie otworzył oczy. Wyskoczył z wody równie szybko jak do niej wskoczył. Jakby właśnie moczył się w żrącym kwasie.
Wyszedł na brzeg, otrzepał wodę z futra i podszedł do drzewa. Uderzył weń głową. Kilkukrotnie.
- Nate.- szeptał.- Nic ni nie grozi, to już nie wróci.
Oderwał się od rośliny i usiadł, by chwilę później położyć się i zwinąć w kłębek. Chciał zasnąć. W spokoju. Bał się stale, że wspomnienia wrócą. To jego prześladowcy. Wieczni prześladowcy. Dlaczego nie może zapomnieć?
Udało się.
***
Kolejny dzień wędrówki. Mijał właśnie strumień. Stwierdził, że będzie podążał razem z nurtem. Krótko mówiąc szedł donikąd. Jak zwykle, z resztą. Strumień z czasem zamienił się w rzekę. Wędrowiec szedł jednak dalej. Aż do momentu, kiedy ujrzał postać. Siedziała przygarbiona na jednym z nabrzeżnych kamieni. Właściwie nie obchodziło go czy to wadera czy może basior. Szedł dalej, zataczając łuk wokół postaci. Już właściwie minął obcego, gdy nagle usłyszał głos. Z początku nie wiedział, czy słowa były skierowane do niego. W czasie swej podróży przecież tak niewiele się odzywał.- Stój!- głos za plecami był donośny. "Kim jesteś by mówić mi kiedy stać a kiedy iść?"- chciał zapytać. Powstrzymał się jednak.
<Ktoś, coś? c:>



