niedziela, 11 stycznia 2015

Od Austina C.D. Ally

Pierwsze dni w Calme Loup wydawały się być całkiem... fajne? Nie wiem. Ciężko to nazwać. Mimo że nie każdy napotkany na mojej drodze wilk był skłonny do rozmowy to tak czy siak znalazło się kilku takich, którzy z chęcią prowadzili ze mną nawet bardzo króciutki dialog. Zawsze coś, trzeba doceniać przecież to, co się ma!
Żwawym krokiem przemierzałem las. Wciąż dręczyło mnie kilka myśli związanych z przeszłością. A jaki temat najczęściej krążył po mojej głowie? Ha, proste! Zatytułowany jako "Ally". Często przyłapywałem się na tym, że o niej myślałem. A po ucieczce to się nasiliło. Tęskniłem za nią. Chyba na niej zależało mi najbardziej. Wiele razy starałem się o niej zapomnieć, ale to było trudniejsze niż skok z przepaści i przeżycie upadku. Naprawdę. W każdym wilku widziałem choć jedną jej cechę. I natychmiast przed oczami miałem jej obraz. Piękne oczy, roześmiane. Lub smutne. Ale zawsze starałem się, by częściej były radosne. Nieczęsto zdarzało mi się doprowadzać do tego, by była załamana. Ale jednak bywało różnie. To oskarżyłem ją o brak tekstu w określonym czasie, to oberwała za pomylenie piosenek... Różnie. A teraz? Teraz żałowałem, że kiedykolwiek ją skrzywdziłem. Bo zazwyczaj starałem się ją jedynie chronić. Czy to coś złego, że starałem się zapewnić bezpieczeństwo wilczycy, którą po prostu kocham? Lub kochałem... Sam nie wiem. To trudne i zagmatwane. Przecież nigdy więcej jej nie ujrzę. Oni wszyscy, ci, którzy zostali w poprzedniej watasze, uważają mnie za trupa. Dlaczego? Dlatego, bo każdy kto ośmielił się opuścić tamtejsze pustynne tereny skazywał sam siebie na śmierć; z braku pożywienia lub wody. A mnie się udało. I w głębi duszy liczyłem na to, że nikomu nie przyszło do głowy ruszyć za mną z misją ratunkową. To mogło się skończyć niefajnie.
Wlekąc się, rozmyślałem. Wyobrażałem sobie, że Ally idzie obok mnie; że w każdej chwili mogę się zatrzymać i ją przytulić; że mam możliwość usłyszenia jej cichutkiego i równomiernego oddechu; że mam szansę usłyszeć spokojne bicie jej dobrego serduszka. Ale to wszystko było fikcją. Ilekroć odwracałem łeb w swoją prawą bądź lewą, by zagadać, odezwać się do niej - tylekroć docierało do mnie, że moja wyobraźnia płata mi figle. I nadchodził smutek oraz żałość, że odszedłem. Odszedłem bez pożegnania. Zawiodłem ją. Zawiodłem siebie. Zawiodłem wszystkich.
Wyprostowałem się, łapiąc gwałtownie powietrze. Chyba przez chwilę zapomniałem o oddychaniu. Przerażonymi, wyłupiastymi oczami wpatrywałem się w pustą przestrzeń przed sobą. Przez kilka sekund zdawało mi się, że słyszę jej głos; że mówi do mnie. Nie rozumiałem nic z jej bełkotu. Była jakby za mgłą.
Typowe objawy dla przewidywania przyszłości.
Spojrzałem pod swoje łapy, i to tak niekontrolowanie, automatycznie. Ujrzałem ślady. Lekko wydrążone w wilgotnej glebie. Były stosunkowo niewielkie. Nigdy nie powiedziałbym, że zostawił je po sobie wilk w wieku dorosłym. A jednak tak było. Wszystko zaczęło się łączyć w jedną całość. Ni z tego, ni z owego ruszyłem przed siebie biegiem. Dokąd zmierzałem? Sam tego nie wiedziałem. Po prostu zaufałem swojemu instynktowi; w końcu jeszcze nigdy mnie nie wywiódł w pole. Był jak taka nawigacja, tylko że ździebko dokładniejsza. Po piętnastu minutach sprintu zacząłem dyszeć ze zmęczenia, ale nie odpuszczałem. Łapy poprowadziły mnie do Zakątka Ciszy. Przyjemne dla oka miejsce, no nie powiem. Rozejrzałem się. Na niewielkim głazie dostrzegłem drobne ciałko równie drobnej wilczycy. Kogoś mi przypominała, jednakże z daleka ciężko było mi ocenić kogo dokładniej. Zakradłem się do niej z zamiarem zagadania. Będąc bliżej natychmiast ją rozpoznałem. Ale... przecież to niemożliwe! Ona tam została! Ona nie mogła za mną tu przyjść! Chyba ujrzała cień, jaki odbijał się na jej zeszycie. Zerwała się. I zaczęła uciekać. A ja? Stałem przez chwilę oniemiały, by sekundę później rzucić się w pogoń za waderą, która albo była idealnym klonem mojej przyjaciółki, albo próbowała mnie omotać, albo była kolejnym wytworem mojej chorej wyobraźni. Dorwałem ją kilkadziesiąt metrów dalej. Zatrzymała się. Zapewne z myślą, iż odpuściłem. A tu niespodzianka! Położyłem łapę na jej grzbiecie, lekko ją zaciskając. Odwróciłem waderę gwałtownie w swoją stronę i zesztywniałem, wpatrując się w jej ogniście pomarańczowe ślepia.
To nie może być prawda...
Przełknąłem z trudem ślinę. Próbowałem to wszystko jakoś sobie w głowie uporządkować, ale... nie potrafiłem. Jakby mój mózg przez chwilę przestał całkowicie pracować. Nie myślałem racjonalnie. Tylko cieszyłem się chwilą. I zamiast powiedzieć jej, jak bardzo tęskniłem... jak bardzo mi na niej zależy... jak bardzo ją kocham... uśmiechałem się jedynie głupkowato. A ona po chwili odwróciła się do mnie plecami. Co znów zrobiłem? Ah, no tak, przypomniałem sobie, że ociupinkę ją skrzywdziłem swoim nieplanowanym odejściem. Otrząsnąłem się z pierwszego szoku. Zauważyłem, że już naprężyła łapy, by odbiec, ale zatrzymałem ją w samą porę, zachodząc jej drogę. Patrzyła na mnie takim dziwnym wzrokiem. Ni to wystraszonym, ni to zdziwionym, ni to smutnym.
- Ally... - wyszeptałem jej imię. Zauważyłem, że źrenice wilczycy nieco się rozszerzyły. Może mnie nie poznała? A może uznała, że po prostu jestem innym wilkiem, jedynie zadziwiająco podobnym do tego Austina, którego tak dobrze znała? - Jesteś tu... ty naprawdę jesteś przede mną... to nie sen... - by upewnić się, że to nie jedna z moich fantazji, dotknąłem delikatnie łapą jej pyszczka. Czując pod poduszkami aksamitną sierść wilczycy, uśmiechnąłem się szerzej.
- Austin? - ona równie cicho wypowiedziała moje miano. Wgapiała się w moje brązowe ślepia z niedowierzaniem. Poznała mnie. Na całe szczęście. Ale jakim cudem tu dotarła? Dlaczego za mną poszła? Mogła zginąć! I nagle zauważyłem, jak drobne iskierki szczęścia w jej oczętach gasną, by ustąpić miejsca wściekłości. Zdziwiła mnie ta nagła zmiana. - Dlaczego to zrobiłeś?! - krzyknęła, oddychając szybciej. Futro na jej karku lekko się zjeżyło. Chyba naprawdę była zła. Chyba na pewno. Cofnąłem się o krok, wcześniej odsuwając swoją łapę od jej pyszczka. - Odszedłeś! Zostawiłeś nas! Zostawiłeś mnie! Myślałam, że nie żyjesz! Wszyscy kazali mi odpuścić! Co ci strzeliło do głowy?! To był tylko jeden występ! Jeden występ, rozumiesz?! A ty uciekłeś, jakby od niego zależało twoje życie! - wyrzuciła z siebie wszystko. Jej kły raz po raz błyskały, kiedy na mnie krzyczała. A ja? Wpatrywałem się w nią skruszony i wystraszony. Bo miała rację. Do czego w życiu bym się nie przyznał. Miałem wrażenie, że za chwilę się na mnie rzuci. Rzuci i zagryzie w nerwach. Byłem gotów odeprzeć atak.
- J-ja ci to wyjaśnię - zająknąłem się. Nie potrafiłem się wytłumaczyć. Skłamałem w tym momencie. Bo co miałem jej powiedzieć? Przeprosić? Jedno 'wybacz' nie wystarczy, by odbudować naszą relację. Jednakże spróbowałem, bo być może była to moja ostatnia deska ratunku. I nic innego nie przychodziło mi na myśl w tej chwili. - Ally, tak strasznie cię przepraszam... Wiem, zachowałem się jak totalny idiota. Uciekłem, bo kilku ze mnie kpiło, ale to... to mnie przerosło! Nie wytrzymałem psychicznie! Tyle wilków, tyle drwin... Wszyscy na mnie patrzeli! Czułem się obserwowany! Otoczony wręcz! Na dodatek nawet moi rodzice nie powiedzieli mi niczego, co byłoby w stanie poprawić mi humor! Nie myślałem wtedy racjonalnie, po prostu działałem pochopnie! Ale już wiem, że popełniłem olbrzymi błąd... Największy w swoim życiu. - nie myślałem nawet nad tym, co chciałem powiedzieć. Słowa wypłynęły z mojego pyska same. Wyszły, bo musiały. Bo walczyły o coś. Albo raczej o kogoś. Kogoś, kto był całym moim życiem. I zajmował szczególne miejsce w mym sercu. Utrata Ally byłaby dla mnie największym ciosem. Nie pozbierałbym się po tym nigdy. Do końca swych dni chodziłbym ze spuszczonym łbem i podkulonym ogonem. Tak na mnie ona działała. Jedna, niepozorna wilczyca.

<Ally? Się rozpisałam!>

Od Ally C.D. Noah

- Gratuluje Ally – zgubiłaś się! … I jeszcze musiało być to „takie” miejsce… Ech. Byle się stąd wydostać. – pomrukiwałam sama do siebie pod nosem
Szłam jedną ze ścieżek rozglądając się. Wokół panowała głucha cisza. Nie słyszałam nic więcej prócz własnych kroków i pomrukiwań. W pewnym momencie coś przerwało cisze. Nastawiłam uszu. Ktoś podążał za mną. Wsłuchałam się. Nagle usłyszałam cichutki trzask gałęzi… Cichy, ale dla mnie słyszalny. Miałam już podnieść łeb w stronę trzasku, gdy nagle przed sobą zauważyłam dwa żółto-niebieskie ślepia. Przestraszona, odskoczyłam SA siebie. Na moje nieszczęście – wpadłam do jeziora za mną. Tajemniczy basior – jak się okazało – szybko zeskoczył z drzewa, po czym podbiegł do brzegu jeziora.
- Hej, wszystko OK? – zapytał po czym podał mi łapę
Spojrzałam na niego po czym wykorzystałam okazję. Złapałam jego łapę i wciągnęłam go do wody. Gdy wypłynął spod tafli wody ja już czekałam z mieczem obok. Wilk popatrzył na mnie z oklapniętymi uszami. Schowałam miecz, i uśmiechnęłam się. Niespodziewanie, podtopiłam go tylnymi łapami. Zaczęłam delikatnie chichotać. Lecz pomimo upływającego czasu nadal się nie wynurzał. Delikatnie się nachyliłam, odgarniając łapami wszelkie roślinności by go odszukać – gdy nagle wilk z szeroki uśmiechem skoczył na mnie. Zaczęła się seria, podtopień, skoków oraz niewinnych wodnych ataków. Obydwoje świetnie się przy tym bawiąc. Po dłuższym czasie wyszłam na ląd. Otrzepałam sierść z wody, po czy zdjęłam płachtę i powiesiłam ją na jednej z gałęzi aby delikatnie wyschła. Podeszłam ponownie nad brzeg jeziorka. Położyłam się kładąc łeb na łapy. Spojrzałam na tafle wody i moje odbicie. Basior podpłynął do mnie. Spojrzałam na niego.

Noah?

Od Noah C.D. Grime

Zastanawiałem się przez chwilę.
- To może chodźmy najpierw zobaczyć Oasis, a potem odwiedzimy Lusenę..? - zaproponowałem, a Grime wstała, po czym nachyliła się nad stokiem.
- To chodźmy, staruszku. - odpowiedziała, a ja parsknąłem śmiechem, przeskakując nad jej głową i na łapach zacząłem zjeżdżać po stoku. Chwilę później do mnie dołączyła.
Do naszego celu - Oasis nie było jakoś daleko, ale trochę musieliśmy przejść. Nie obyło się oczywiście bez długiej pogawędki.
W końcu dotarliśmy na miejsce. Z zachwytem, pochłaniałem wzrokiem widoki. wiszące jakby z własnej woli w powietrzu skały, wiele wodospadów i soczyście zielona trawa... w powietrzu czuć było wilgoć, a nad każdą sadzawką unosiła się lekka mgiełka.
Nagle się zatrzymałem, a Grime po przejściu kilku kolejnych metrów spojrzała na mnie pytająco.
Zmarszczyłem brwi. Miałem wrażenie, że widziałem swoją jedyną siostrę...
Wzruszyłem ramionami, szybko dołączając do Grime.
- Co jest? - spytała podejrzliwie.
Machnąłem tylko łapą.
- Przywidziało mi się... Miałem wrażenie, że widziałem... - i w tym momencie wylądowałem na ziemi, przygnieciony przez coś niewielkiego i puszystego...
- W końcu cię zaskoczyłam!
- Rav? - zdziwiłem się, patrząc w fiołkowe oczy mojej siostry.

Grime? Taki mały zwrocik akcji xD

Od Noah

Skradałem się przez las, uważnie nasłuchując i obserwując swoje otoczenie.
W powietrzu unosił się zapach ziół, mokrej ziemi i tych dziwnych kreatur, nazywanych chochlikami... jednak przede wszystkim wyczuwałem tu obecność nieznanego mi wilka. Wadery, dokładniej ujmując.
Czemu się w takim razie skradałem i dlaczego tutaj..?
To proste - nudziło mi się, więc zdecydowałem się poćwiczyć w Lusenie, a czując zapach wilka postanowiłem go... przepraszam, ją przestraszyć.
Zatrzymałem się, nadstawiając uszu. Po mojej prawej, między drzewami usłyszałem ciche kroki.
Z lekkim uśmiechem i jeszcze większą ostrożnością niż zwykle, wdrapałem się na drzewo, po czym bezszelestnie zacząłem przemieszczać się po silnych gałęziach.
W końcu ją dostrzegłem. Szła ścieżką prowadzącą do mostu, rozglądając się ciekawie na wszystkie kierunki.
Miała lśniące kremowe futro. Na grzbiecie peleryna, a na wierzchu... miecz.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Może być ciekawie...
Jeszcze chwilkę ją śledziłem, po czym zsunąłem się z gałęzi i zwiesiłem się głową do dołu tuż przed jej nosem. Zaskoczona odskoczyła do tyłu z cichym piskiem. Na jej nieszczęście, tuż za nią znajdowała się woda.
Zeskoczyłem na ziemię i podbiegłem do brzegu.
- Hej, wszystko OK? - krzyknąłem, chcąc ją wyciągnąć z wody.

Ally?

Od Navine

Przenikliwy wrzask wydobył się z mojej piersi.
- GRIME! - rozkrzyczałam się. Byłam zszokowana. Od tylu lat trzymamy się razem, a jej po prostu... nie ma. Znikła mi z pola widzenia. - GRIME! GRIME!!!
Nie panikowałam, po prostu nie mogłam uwierzyć, że mnie zostawiła. Ale najwyraźniej to zrobiła. Zaklęłam pod nosem na jej głupotę i usiadłam ze zdumienia. Nocowałyśmy w jakiejś małej norze, a teraz...? Zawsze czekała aż się obudzę w pobliżu, a jej nie było w okolicy.
Niepewna po prostu poszłam przed siebie, tam gdzie poprowadziła mnie intuicja.
Kolejny raz mnie nie zawiodła. Dwa dni później wędrowałam po jakimś borze. Z każdym krokiem wyczuwałam bliżej zapach wilka, co prawda nie Grime, ale wilka, wadery. Potem pojawił się i basior.
Słyszałam już ich rozmowy, w jakimś młodym lesie. Widziałam jakieś żałosne poczucie wartości w wilczycy. Była ciemnoniebieska. Wyszłam, by mogli mnie zobaczyć. Natychmiast umilkli, wbiłam wzrok w samicę, zupełnie ignorując samca.
- Jesteście samotnikami? - spytałam nie odrywając od niej wzroku.
- A co? - odparła wyzywająco.
- Gdy ktoś pyta pierwszy wypadało by odpowiedzieć - syknęłam.
- Nie - wtrącił łagodniej basior - należymy do Calme Loup.
- Możecie mnie zaprowadzić do waszego Alphy?
- Hm... - zastanowiła się wadera. Wyczułam rodzącą się między nami nienawiść.
- Oczywiście - uśmiechnął się basior i poprowadził między roślinami. - Spójrz, ten wilk, tam na skraju skały, wygrzewa się, to on. Ma na imie Gustave.
- Aha... Dziękuję - mruknęłam i ruszyłam szybkim krokiem. Z początku Alpha mnie zignorował, jednak otworzył leniwie oko gdy warknęłam kątem ust.
Zastanowiłam się, czy zrobił to specjalnie. Podniósł się spokojnie i uniósł pytająco brwi.
- Mam tylko jedno pytanie.
- Proszę więc pytać.
- Spotkałeś wilczycę imieniem Grime? Jarzące się czerwone oczy.
- A owszem. Miałem okazję przyjąć ją do mojego stada, hm... Dzień temu? Z tego co wiem, zajął się nasz cichociemny, Noah.
Kiwnęłam głową i odeszłam od niego. Postanowiłam pozostać gdzieś w cieniu i zaczekać aż po prostu tu przyjdą.
Stało się tak w krótkim czasie, może 10 minut później? Chichocząca, ubłocona Grime, z zielskiem w grzywie obok jasnowłosego Noah'a.
- Navine! - krzyknęła i rzuciła się w moją stronę. Noah zmierzył moje migoczące rogi spojrzeniem. Każdy tak robi, na początku irytowało mnie to, ale teraz spływa to po mnie jak po kaczce. Odsunęłam się od zziajanej siostry dyszącej mi prosto w sierść.
- Co ty sobie myślisz?! Nienormalna jesteś?! Ustaliłyśmy, że nigdzie się bez siebie nie ruszamy! - zasyczałam ze złością.
- Narzekasz? - spytała niewinnie. - Spójrz na to miejsce... Czegoś ci nie przypomina?
Istotnie. Calme Loup wyglądało niemal identycznie jak Wieczna Dolina. Poczułam ukłucie w sercu.
Zagryzłam wargi.
- Zostańmy tu - poprosiła mnie cicho Grime.
Jeden, jedyny raz odkąd pamiętam uległam jej. i poszłam z siostrą do Gustava.
- Panie Gustavie? - zwróciła się do niego ostrożnie.
- Słucham?
- Przyjąłbyś mnie do stada? - olałam dziwny ton głosu Grime i zapytałam go prosto z mostu.
- Przyjąłbym - westchnął. - Gustave - przedstawił mi się kiwnięciem łba.
- Navine.
- Skoro już się poznaliśmy, jakie stanowisko pragnęłaby pani objąć?
- Mogę być strażniczką - mruknęłam obojętnie. Szkoliłam się między innymi w tym kierunku, poza tym przy strażnikach mało kto siedzi, a ja przepadam za samotnością.
- Dobrze... W takim razie... Pewnie pani siostra już pokaże pani teren stada.
- Nie mów mi "pani", nigdy nie byłam mężatką.
Nie odpowiedział mi na to, tylko zmarszczył brwi.
Grime wraz z Noah'em oprowadzili mnie po stadzie. Skończyli na Lusenie, zostałyśmy tam same, ponieważ Noah musiał już iść.
- Piękna ta Lusena - uśmiechnęłam się lekko.
- Czy ja wiem... Jest w niej coś dziwnego - no tak, Grime od zawsze miała inny gust ode mnie.
- Nie umiesz docenić prawdziwego piękna - dogryzłam jej. W tym samym momencie chochlik mignął mi między uszami i oparzył Grime między oczami. Złapała się z sykiem za pysk, a ja parsknęłam śmiechem. Pocałowałam lekko siostrzyczkę w czoł i poklepałam po barku. - Widzisz? Nie tylko ja tak uważam.

<Grime?>