Kwiaty. Pachnące i delikatne, wiotkie oraz słabe. Najpiękniejsze są wiosną, otoczone zielenią i bielą, niekiedy również fioletem oraz pudrowym różem. Słodki zapach roznosi się po całej okolicy nadając krainie soczystych kolorów. Ja najbardziej upodobałam sobie białe kwiaty. Bez względu na kolor pasują każdemu. Zawsze w lato zrywałam ich całe naręcza i dekorowałam nimi naszą jaskinię. Gdy tylko je przynosiłam Navine protestowała, czasami wyrzucała sporą część kwiatów i gdzieś je chowała, ale czułam jak w nocy uśmiecha się do siebie i wpatruje w bukiety powtykane w kąty, po czym wzdycha z ulgą w sercu, że ma mnie i jest z tego powodu bardzo szczęśliwa. Samotność to kiepska sprawa. Kiedyś nasza szamanka powiedziała bardzo mądre słowa: "dzieci wychowuje się od pierwszego dnia narodzin, nie od dziesiątego". Dlaczego teraz przytaczam ten cytat? Zawsze byłyśmy zdane na siebie. Nawet gdy rodzice obejmowali władzę byłyśmy skazane na wspólne towarzystwo. Gdy zaczęła opiekować się nami ta poczciwa wadera wiele zrozumiałyśmy, nauczyłyśmy się nowych rzeczy. Oczywiście wszystko nastąpiło bardzo późno, zostałyśmy wychowane dopiero rok po narodzinach i dopiero rok po tym zdażeniu mogłam ujrzeć kwiaty, które pokochałam od pierwszego ujrzenia, powąchania oraz dotknięcia.
Owszem, pytanie Noaha zdziwiło mnie, aczkolwiek po chwii ogarnęły mnie przemyślenia i wspomnienia, w któych miałam jakieś zetknięcię z tą cudowną rośliną. Popatrzyłam na szarotkę, którą Noah obejmował w łapach. Obracał ją powoli i napawał się jej widokiem. Za chwilę skierował swój wzrok na mnie, czekał an odpowiedź. Czy lubię kwiaty?
- Uwielbiam je. - odparłam cicho. - Dzięki nim czuję, że żyję, są jakby...
- Częścią mnie? - dokończył.
- Właśnie. - ucieszyłam się, że ktoś mnie rozumie. Pewnie było to po mnie widać.
Nie chciałam ślęczęć nad szarotkami, przynajmniej nie w tamtej chwili, bowiem ciągnęło mnie do gór, miałam przedziwną ochotę je zwiedzić, przejąć ich ciszę, aby wtargnęła i we mnie. Ruszyliśmy ponownie wzdłuż rzeki wolnym krokiem, bez pośpiechu, gawędząc o różnych rzeczach, lecz przede wszystkim o naszej młodości. Noah od czasu do czasu rzucał zabawnym dowcipem dla podkręcenia atmosfery i powoli przekonywałam się do niego. Gdy doszliśmy do płytkiego miejsca, przeszliśmy przez strumień i zaczęliśmy się ścigać. Ustawiliśmy się przed wejściem do gór, a po odliczeniu do trzech ruszyliśmy jak poparzeni. Mieliśmy przy tym dużo zabawy, nawet śmiechu! Biegliśmy łeb w łeb bez konkretnego celu, który służyłby za metę. W pewnym momencie Noah przyspieszył zostawiając mnie kilka metrów w tyle. Nie mogłam się poddać, koniecznie chciałam go dogonić. Poszłam w jego ślady. Zebrałam całą energię, która ze mnie nie uleciała i przeniosłam ją w łapy. Starałam się jak mogłam, niestety udało mi się go doścignąć zbyt szybko niż oczekiwałam. Miałam nadzieję, że zajmie mi to więcej niż piętnaście sekund, a dokonałam tego w zaledwie pięć. Później było łatwiej. Zaskoczony, że jestem już u jego boku nieznacznie spowolnił biegu i zaczęłam go wyprzedzać. Po około minucie miałam już dość sprintu i trochę zziajana zatrzymałam się przy drodze prowadzącej na szczyt jednej z gór. Uśmiechnięta, rozgrzana oraz we wspaniałym humorze odwróciłam łeb, by doprowadzić do mnie basiora. Zaśmiałam się gdy nie było go za mną. Zrobiłam kilka kroków w przód, podczas których zdążyłam wyprostować szyję, stał przede mną i patrzył się na mnie. Cały czas to robił, a jednak łudziłam się, że w końcu zastanę go zachodzącego mnie od tyłu.
- Dobrze biegasz. - pochwalił mnie.
- Rzadko słyszę komplementy, więc jestem mile zaskoczona, dziękuję. - odparłam.
- Nie ma za co. - poczekał aż do niego podejdę, potem zaczęliśmy wspinać się krętą, a do tego wąską ścieżką na szczyt góry.
Kiedy doszliśmy do końca drogi słońce zaczynało powoli zachodzić i niebo zabarwiało się na te kolory, które może za bardzo do mnie nie pasują i nie kojarzą się ze mną, ale bardzo je lubię.
- Widać całe Calme Loup. - oznajmił Noah.
- Myślałam, że jest trochę mniejsze. - odpowiedziałam zadumana.
Podeszłam do krawędzi płaskiego szczytu i usiadłam tam obserwując co dzieje się na dole. Towarzysz co prawda podszedł do mnie, ale zamiast usiąść, od razu się rozłożył. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- No co? - zapytał.
- Nic. - zaśmiałam się.
Po chwili milczenia ponownie zagaiłam.
- Byłeś tam? - wskazałam ruchem łapy na zielone tereny z wodospadem.
- W Oasis? Nie.
- Wygląda sympatycznie, jednak nie tak pięknie jak Lusena. - zaczynałam już rozpoznawać niektóre miejsca.
- Lusena?
- To tam. - pokazałam. - Gdzie wolisz się przejść? - zerknęłam na niego ciekawsko.
CDN. Noah, dokąd się udaliśmy?