piątek, 2 stycznia 2015

Od Yaenn C.D. Gale'a

Gdyby tak łatwo było całkowicie przypadkowo i niezauważenie zaatakować obcego. Już nie pamiętała jak wielką przyjemność daje rzucenie się takowemu osobnikowi do gardła i, co najważniejsze, pokazanie swojej wyższości nad nim. Czy to jej wina, że upatrzył sobie akurat to drzewo, na którym ona uskuteczniała popołudniową drzemkę, i że spośród wielu w tym lesie wydawało się najodpowiedniejsze do tej właśnie czynności? Rozbudzona odgłosami walki powoli zeszła na ziemię, a wtedy została bezpodstawnie zaatakowana. Cudem utrzymywała swoje nerwy w ryzach, zachowując opanowany wyraz pyska. Nie musiała odpowiedzieć, mogła odejść, ewentualnie przypuścić atak i uciec.
- Powtórzę, jeśli nie słyszałeś. Tak, należę i jestem chroniona immunitetem - prychnęła, aranżując oburzenie. - Jakikolwiek uszczerbek na moim zdrowiu dokonany twoją osobą będzie dla ciebie wyrokiem śmierci.
Yaenn nie posiadała oczywiście żadnego immunitetu, lecz w tamtym momencie był to jedyny pretekst, by w choć minimalnym stopniu się chronić. Wzrostem praktycznie dorównywała basiorowi, aczkolwiek jego postura raczyła świadczyć także o sporych pokładach siły, w jakich jest posiadaniu. Zapewnienie o prawdziwości tego stwierdzenia byłoby równoznaczne z oznajmieniem o marnych szansach wadery na wygranie jakiejkolwiek potyczki. Mogłaby jak najbardziej posłużyć się magią, lecz spore ilości czarnej materii zużyła podczas ostatniego polowania, to też teraz w jej ciele krążyły zaledwie smużki ów struktury.
- Przebywanie na naszych terenach bez powiadomienia Alphy o swojej obecności jest zabronione, jeżeli nie szuka się zwady - powiedziała znacznie spokojniej i kulturalniej.
- Więc mnie do niego zaprowadź, skoro tak twierdzisz - odparł.
Nie zdziwił ją taki obrót sytuacji. Zarówno nieznajomi jak i bliższe jej wilki często prosiły o pokazanie tego czy tamtego, kiedy nie byli do końca pewni samotnej wyprawy. Mimo tak krótkiego pobytu w Calme Loup zdążyła poznać jego tereny znacznie lepiej niż niektóre wilki mieszkające tu już dobrych kilka lat. Każdemu zwykła służyć pomocną łapą i dobrą radą, to też wielu ceniło sobie jej obecność w szeregach watahy. Odmówienie nie było by z jej strony zbyt grzeczne, lecz obraz łap napierających na delikatne barki i ostrych pazurów, które dzieliły od skóry milimetry, wciąż nieco zaburzał tworzącą się między nimi atmosferę.
- Zgoda - westchnęła ciężko. - Chodź.
Szli w milczeniu, żadne nie kwapiło się do rozpoczęcia rozmowy. Basior zabrał ze sobą swoją zdobycz, której niestety jeszcze nie zdążył skonsumować, lecz której nie miał zamiaru pozostawiać. Najwyraźniej zbyt wiele się natrudził, by teraz jego wysiłek poszedł na marne. Yaenn prawdę mówiąc było nieco rozbawiona tak ogromnym znaczeniem kawałka mięsa dla nowo poznanego. Powstrzymywała się jednak od uszczypliwych komentarzy pozostawiając je dla siebie.
Dopiero po godzinie niezbyt forsownego marszu zainteresował ją inny element dzisiejszego dnia - suche, gorące i jakby ciężkie powietrze. Wtedy dopiero zrozumiała dlaczego wysiłek fizyczny idzie jej tak opornie, przez co poci się i męczy szybciej niż zwykle. Wszystko to bez wątpienia zwiastowało burzę, aczkolwiek większość wilków z gór przyznałaby, że deszcz byłby w tym momencie jak najbardziej korzystny.
Kwadrans potem z nieba zaczęły spadać duże, perliste krople. Czarne, złowieszcze chmury zakryły niebo niczym płachta, całkowicie odcinając dopływ dziennego światła. Zimny wiatr zerwał się, by grać między liśćmi ponurą melodię, a odgłosy grzmotów raz po raz przeszywały niebo. Znajdowali się właśnie w środku lasu, miejscu względnie bezpiecznym podczas takiej pogody. Wadera przystanęła pod rozłożystym dębem, otrzepując się z nadmiaru wody. Przeciągnęła się, posłała basiorowi przelotne spojrzenie i wdrapała na drzewo. Tam, z najniższej i w miarę wytrzymałej gałęzi, zajęła się obserwacją okolicy oraz towarzyszącej jej postaci.

<Gale?>

Od Browna C.D Maemuki

Zastanowiłem się przez chwilę. Właściwie, to W OGÓLE nie wiedziałem, gdzie jesteśmy, więc najzwyczajniej nie mogłem odpowiedzieć na to pytanie.
- Nie wiem. Może tak, a może nie.... Też mnie to zastanawiało - odparłem, po czym powęszyłem w powietrzu. Coś wyczuwałem.... Coś, co raczej nie było puszystym zajączkiem ani smacznym obiadem. Odwróciłem łeb w tamtą stronę, sprawdzając go.
- Coś mi jednak mówi, że nie jesteśmy jedynymi wilkami w tym lesie - oznajmiłem, spoglądając znowu na waderę.
- To może... Ich poszukamy? - zaproponowała. Skinąłem łbem i razem ruszyliśmy za zapachem.
~*~
Zapach przybierał na sile, więc raczej wilki były coraz bliżej (logiczne, prawda?). Męczyły mnie wątpliwości, czy wataha będzie nastawiona do nas, obcych, przyjaźnie? Czy może od razu nas zabiją? A może...
- Brown! - zawołała Mea. Zatrzymałem się, ryjąc łapami ziemię.
- Co? - zapytałem, jednak moja towarzyszka wskazała coś łapą.
Przed nami stał wilk.
Przez chwilę mierzył nas spojrzeniem, po chwili skupił wzrok na mnie.
- Kim jesteście i co robicie na terenie watahy Clame Loup? - zapytał, ni to przyjaźnie, ni to wrogo.
- Nazywam się Brown a to Mae.... Możemy dołączyć? - zapytałem.

<<Mae?>>

Od Raven C.D Matthew

Od rana spacerowałam po terenach watahy, zapamiętując wszystkie ciekawsze ścieżki.
Było blisko południa, kiedy skręciłam w stronę ciemnego lasu, wyglądającego jak miejsce z bajki. Gdy tylko przekroczyłam jego granicę, zmieniłam zdanie. Nie było to miejsce, w którym powinnam być. Na każdym kroku wyczuwałam dusze. Kłębiły się jak w jakimś słoiku!
Ale oczywiście zawsze lubiłam ich towarzystwo. Mogłam się od nich wiele dowiedzieć.
Co innego ze złymi duszami...
Gdy tak szłam, zobaczyłam jakiegoś wilka, idącego ścieżką i zdecydowałam, że dowiem się dokąd idzie.
Tuż przed moim nosem przeturlała się dusza szczenięcia. Odskoczyłam, zaskoczona, a maleństwo pomknęło z chichotem dalej.
Basior mnie zauważył. To było oczywiste, po tym jak zmieniła się jego postawa. Tak lekkie drgnięcie, że bez nauk Noah nie zauważyłabym go.
Mimo to szłam dalej za nim i gdy go dogoniłam, zatrzymałam się na ścieżce.
- Gdzie idziesz..? - zapytałam, przekrzywiając głowę na bok.
I tak musiałabym się prędzej czy później odezwać, bo jeszcze pomyślałby, że go śledzę.
Ok. Śledziłam go.
Basior odwrócił się w moim kierunku, a ja zakodowałam sobie w głowie jego wygląd.
Nie wyglądał ani na niezadowolonego, ani na zadowolonego moją obecnością. Ot. Zwykłe spojrzenie.

Matthew?

Od Edwyna C.D Yaenn

Rzuciłem waderze jedynie krótkie spojrzenie by nie trafić w drzewo lub się nie potknąć.
– Ja? Owszem – powiedziałem. – Tylko, że ty nie będziesz miała szans.
– To dlaczego? – spytała Yaenn.
– Chyba każdy z nas ma jakieś moce, co nie? Ja używam ich rzadko, gdyż pochłaniają dużą ilość energii. Ale w takim wypadku...
– Gadaj! – ponagliła mnie wilczyca patrząc czy za nami wciąż biegnie krasnolud.
– Potrafię biegnąć z...
Nie dokończyłem zdania, gdyż coś oplotło moją tylną nogę i poderwało mnie do góry. Ból był straszny; myślałem, że sidła urwą mi nogę.
Zadyndałem na konarze drzewa, jak ryba na wędce, głową w dół.
– Edwyn! – wadera zatrzymała się w tumanie kurzu. Za nami pękła kolejna gałąź, a przekleństwa rzucane przez krasnoluda było coraz bliżej.
– Uciekaj! – powiedziałem do wadery. – Ja się z tego zaraz wywinę.
Wadera dreptała w miejscu kręcąc głową. Najwyraźniej instynkt podpowiadał jej, że trzeba uciekać, natomiast rozum mówił by nie zostawiać towarzysza.
Gdy krasnolud zaczął wyłaniać się zza kolejnych krzaków ponownie krzyknąłem na waderę. Yeann chwilę jeszcze dreptała ze strachem w oczach, po czym pobiegła dalej. Na chwilę odetchnąłem z ulgą. Na chwilę, gdyż zaraz podszedł do mnie krasnolud.
– O... – zaczął gmerać. – Jak miło. Kolejny do kolekcji...
Wisiałem cały napięty, nieruchomy gotowy na to, że zaraz mnie zabije. Krasnolud zaczął obchodzić mnie dookoła.
– Można by spróbować dać cię do ciągnięcia, boś duży, z drugiej strony, jesteś jednak chudy i dopiero wyszedłeś z wieku szczenięcego.
Gdyby tylko wiedział jak długo już nie jestem pod opieką rodziny...
Krasnolud wyjął zza pasa gruby sznur, owinął mi nim pysk, później szyję. Nie mogłem mu teraz rozerwać gardła... Nie dobrze. Pozłacanym sztyletem o rękojeści wysadzanej diamentami i rubinami, górnik przeciął linę, a ja zleciałem na ziemię. Niemal natychmiast stanąłem jeżąc futro na grzbiecie. Rzuciłem się na krasnoluda z nadzieją, że uda mi się go przynajmniej ogłuszyć. Jednak on był przygotowany na atak z mojej strony i w momencie skoku spadł na mnie ciężki topór przygniatając do ziemi.
– Następnym razem zaatakuję tym ostrym końcem – powiedział, a ja jedynie łypnąłem na niego groźnym spojrzeniem.
Rudowłosy podniósł topór, a ja powoli, chwiejnym krokiem wstałem. Ciężka broń musiała połamać mi co najmniej dwa żebra.

W lesie było już zimno, jednak tutaj, w mieście, pomiędzy budynkami i straganami było makabrycznie gorąco. I głośno. Co chwila ktoś wołał, że ma najniżej mięso do sprzedania, głośno targował się lub jeszcze głośniej targował się o królika. Wszystko mnie tu przytłaczało. Jednak reakcja na moją obecność była zawsze taka sama – wszyscy odsuwali się. Niektórzy grozili pięciami, inni, rzucali obelgi i przeklinali mnie i innych mych pobratymców. Znalazł się nawet śmiałek, który rzucił we mnie starą kością z dzika.
Rudowłosy krasnolud zaprowadził mnie do podnóża gór i zaczepił jednego z pracujących przy kowadle krasnoludów. Zaczepiony był niższy od mojego porywacza i miał czarną rozwichrzoną brodę i najwyraźniej nie trudził się by ją czesać lub jakoś związać. Krasnoludy wymieniły między sobą kilka zdań i ten niższy pobiegł gdzieś. Za niedługą chwilę wrócił w towarzystwie kolejnego krasnoluda. Trzeci był gruby i poruszał się trochę jak pingwin. Długie brązowe włosy, wąsy i broda oraz krzaczaste brwi zasłaniały niemal całe jego oblicze. Wystawał jedynie wielki nochal i było widać parę ciemnych, małych, rozbieganych oczek.
– Gronofold! – krzyknął z radością Trzeci.
– Bremgald! – odkrzykną Rudy. Wzięli się w objęcia. Popatrzyli sobie w oczy i zaśmiali się.
– Co masz dla mnie, drogi Gronofoldzie? – spytał grubas.
– Złapałem tego potwora kilka minut temu. Nie poturbowałem go za bardzo. Pomyślałem, że przyda ci się kolejny do ciągnięcia.
Bremgald spojrzał na mnie i zastanowił się. Podszedł do mnie i zaczął mnie oglądać. Co się za bardzo zbliżył warczałem ostrzegawczo. Gdy dokonał oględzin odszedł na swoje poprzednie miejsce i dalej mi się przyglądał.
– Ile za niego chcesz? – rzucił.
– 12 szczerozłotych, dużych monet i może... 30 srebrnych.
– Biorę.
Grubas wyjął z przytroczonej do pasa sakiewki odpowiednią ilość pieniędzy i wręczył Rudemu. Krasnoludy na znak transakcji i pożegnania znów objęły się i poklepały po łopatkach. Po tym geście przyjaźni Bremgald wziął sznur i pociągnął mnie w stronę gór. Nie miałem co się opierać. Od razu poczułem, że jest silny jak tur, lub bardziej. Poszedłem za nim. Ludzie dalej się przede mną cofali, rzucali obelgami i tak dalej.

W kopalni Bremgald przekazał mnie kolejnemu krasnoludowi. Ten natomiast miał bardzo małą czarną brodę i jasną twarz przeoraną wielką blizną. Sądzę, że miał ją po jakimś wielkim wilku. Czwarty wziął mnie i zaprowadził do kolejnego pomieszczenia. Zwiedzę kawał Utopii, stwierdziłem w myślach. Pomieszczenie, do którego mnie zaprowadził było jasno oświetlone i śmierdziało skórą. Krasnolud założył mi skórzany kaganiec i bardzo mocno ścisnął rzemień mający uniemożliwić mi rozwarcie pyska, po czym ubrał mi chomąto. Był ciężkie i w pierwszej chwili ugięły się pode mną nogi.

<Yaenn? Się za bardzo rozpisałem...>

Nowa wadera - Raven!

Oto kolejna członkini watahy - Raven! Jestem pewna, że będziesz się tutaj doskonale bawiła i pisała mnóstwo opowiadań. Bardzo się cieszę, że postanowiłaś dołączyć, toteż życzę Ci wielu mile spędzonych chwil w Naszym gronie.
Raven
Magiczka
autor: Karolinacb

Od Maemuki C.D Browna

Cieszyłam się, że zaczął od sympatycznego przywitania, sama więc wprawiłam swój ogon w ruch przywodzący na myśl delikatną, giętką gałązkę, która płynnie porusza się w rytm wiatru.
- Po prostu Brown? - uśmiechnęłam się lekko, bo nie wierzyłam, że taki... ładny (?) basior może nosić po prostu nazwę koloru za imię.
- Dlaczego "po prostu"? - spytał lekko zdezorientowany wilk. Musiałam się namyślić, żeby ubrać odpowiedź w słowa, więc na moment zapanowała między nami cisza. Podczas, gdy ja myślałam, on intensywnie wpatrywał się we mnie wzrokiem, przywodząc na myśl szczeniaka, który właśnie poznał coś nowego.
- Może po prostu dlatego, że twoja sierść jest niezwykła. Te łaty i małe plamki przywodzą na myśl ciastka czekoladowe. - spuściłam wzrok niezadowolona ze swojej wypowiedzi. Mogłam go nieco urazić tym porównaniem. Popatrzyłam niepewnie na jego nieodgadnioną minę, na wszelki wypadek dodając szybko:
- Przepraszam, jeśli cię uraziłam. - moje oczy znowu zaczęły przeczesywać grunt w poszukiwaniu jakiegoś bardzo interesującego kamyka. Nagle Brown się roześmiał, jakbym opowiedziała dobry żart.
- Dobrze trafiłaś z tym porównaniem, Maemuki. - popatrzyłam na jego twarz, na której gościł szeroki uśmiech. Zanim pozwoliłam mu mówić dalej, dodałam szybko:
- Po prostu Mae. Nie lubię swojego pełnego imienia.
- No widzisz, to tak jak ja Mae. - popatrzyłam pytająco na basiora. - Moje prawdziwe imię to Cookie. Rodzice też kojarzyli sierść z ciasteczkami. Ale teraz jestem po prostu Brown, dobrze? - uśmiechał się sympatycznie, tak zaraźliwie, że i na moim pysku pojawił się uśmiech.
- Nie ma sprawy. - dobrze go rozumiałam. "Cookie" to niezbyt... Nie za dobre słowo na imię. - Wiesz może, czy jesteśmy na terenie jakiejś watahy?

<Brown? Moja też :D>

Od Yaenn C.D. Edwyna

- Masz może ochotę na małe zwiedzanie? Pokażę Ci tereny watahy i kilka nieco bardziej strzeżonych miejsc - zaproponowała. Basior nie oponował, to też po szybkim posiłku, jakim było złowienie ryby w pobliskiej rzece, wybrali się na spacer.
Yaenn zaczęła od najrozleglejszych i najczęściej odwiedzanych miejsc. Przeszli najkrótszą ścieżką przez Szumiący Las i obejrzeli, jednak tylko z zewnątrz, Las Dusz. Wadera przy tym punkcie wycieczki wspomniała także o Drzewie Wszechwiedzy, lecz nie przekazała więcej informacji, niż jakikolwiek przypadkowo zapytany wilk. Ukryte głęboko, chronione przez wilcze dusze, a za razem tak intensywnie szukane, było jedną z największych, dotąd nierozszyfrowanych w pełni zagadek Calme Loup.
Poznawanie reszty okolicy mijało im nader szybko. W ciągu niespełna godziny zdążyli nacieszyć się zaletami wodospadów i łąk. Niestety ponura aura Luseny i Seresów zdołała zniechęcić ich na tyle, by nie wstępowali w ich czeluście.
Słońce wisiało już nisko nad horyzontem, kiedy oboje znużeni i głodni zbliżali się do tymczasowego lokum Edwyna.
- Mówiłaś coś o jakichś niedozwolonych miejscach, a... wszystko to co mi pokazałaś raczej nie wygląda na niedozwolone - basior był wyraźnie zafascynowany ów zakazanymi terenami, zaś wadera niepewna tego, czy może mu je pokazywać. Nie znała go na tyle dobrze by móc wiedzieć, czy nie wywinie jakiegoś głupstwa i, w najlepszym wypadku, czy nie skończy w roboczych kopalniach krasnoludów.
- Jednym z zakazanych i najbardziej strzeżonych miejsc jest Utopia. Mieszkają w nim krasnoludy i prawdę mówiąc do tej pory żaden wilk, który wszedł za mury nie wrócił cały i zdrowy. Liczne blizny, jeśli nie kalectwo, są dość nieprzyjemnymi pamiątkami po spotkaniach z toporami i machinami do tortur. Krasnoludy nienawidzą nas i najchętniej wysadziliby góry w powietrze gdyby nie fakt, że trudno się tu dostać, a w skałach kryją się nader ważne dla nich surowce - Yaenn tłumaczyła dokładnie i powoli, starając się nie wprowadzić do wypowiedzi krótkich zacięć. Niestety widziała Utopię na żywo, nie tylko w książkach, i sam jej widok wyrył w pamięci strach przed miastem.
Edwynowi udało się ją jednak jakimś cudem przekonać i chwilę potem ruszyli wąską ścieżką w stronę wysokich, ośnieżonych szczytów. Wahała się, jej kroki były niepewne, a oddech niespokojny. Kto wie, może prowadziła ich oboje na pewną śmierć. Mianowicie mieszkańcy Utopii co jakiś czas chcąc zapolować na łanie wychodzili poza mury, lecz gdy pojawiała się możliwość pozbawienia życia kolejnego wilka, perspektywa obfitego obiadu schodziła na drugi plan.
Był środek nocy, kiedy zza krzewów wyjrzało rozświetlone miliardami pochodni miasto-państwo. Nawet z tak daleka słychać było uderzenia młotów kowalskich o żelazo, krzyki wydobywające się z karczm i... skomlenie. W kopalniach nadal trzymane były basiory. Co silniejsze służyły w roli koni pociągowych - założywszy na nie odpowiednich rozmiarów chomąto, poganiane trzaskającymi biczami targały za sobą wózki pełne drogocennych klejnotów lub węgla.
- Chodźmy już stąd - szepnęła wadera, jakby w obawie, że ktoś ich usłyszy. Serce waliło jej jak szalone. Przecież jeden z nich mógł czaić się tuż za rogiem...
Gdy niespełna dziesięć metrów od nich coś cicho trzasnęło, jakby łamana gałązka, oboje podskoczyli, po czym zamarli. Modlenie się w duchu, by był to co najwyżej zbłąkany zając na niewiele się zda.
- Uciekaj. Gustave mnie zabije, jeśli poturbuję nowego w watasze - głos Yaenn był zdecydowany, nieznoszący sprzeciwu. Edwyn najwyraźniej nie miał jednak zamiaru się nigdzie wybierać. Nie wiadomo czy to brawura czy zwykła odwaga, aczkolwiek teraz istnienie obojga wisiało na włosku.
Z zarośli zaczęła powoli wyłaniać się niska, masywna postać, dzierżąca potężny topór w dłoni. Rude włosy spięte na karku w kucyk i broda zapleciona w dwa warkocze sięgająca mu do pasa. Odziany był w żelazną, bogato zdobioną zbroję. Przepasany jedwabną szarfą z licznymi rubinami uśmiechał się złowieszczo. Jego oczy płonęły żywym gniewem i nienawiścią, a ostrze broni błyszczało w świetle pochodni, rzucających złociste łuny od Utopii.
- Chodźcie tu, małe paskudztwa - warknął niskim, gardłowym basem.
Wadera nie wahała się już dłużej. Chwyciła zębami za kark towarzyszącego jej basiora i gwałtownie pociągnęła do tyłu. Biegła tak przez chwilę, dość koślawo i zbyt wolno by daleko uciec, dopóki ten nie wyłapał rytmu i oboje nie rzucili się do ucieczki.
- Masz jakiś pomysł jak go zgubić? - zapytała.

<Edwyn?>

Od Gustave'a C.D Corrin

Coś sprawiało, że basior coraz bardziej zbliżał się do Corrin. Nie znał jej właściwie, nie wiedział skąd pochodzi, nic Mu bowiem nie opowiedziała, a On sam nie potrafi czytać w myślach. Nawet, jeżeli by potrafił to i tak nie zmienia faktu, iż nie zachowałby się tak bezczelnie i arogancko, aby tą zdolność wykorzystać. Nie mniej, cieszył się, co prawda w duchu, lecz jednak, że może przebywać w jej towarzystwie. Nie chciał się przyznać, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że wyjątkowość wadery jakby Nim zawładnęła. Gdy tylko Jej drobna łapa dotknęła Jego przedramienia, przeszedł Go dreszcz. Nie dlatego, że uznał to za aroganckie, a dlatego, że było to iście przyjemne uczucie, takie, jakiego od dawna nie doświadczył. Dziwne, jakby coś Go spiorunowało od góry do dołu. Jakby znowu poczuł, że żyje. W wielkiej mierze była to właśnie zasługa wadery, jednak również tego, iż na nowo mógł być odpowiedzialny za innych, piastując tym samym to stanowisko. Po chwili gęsia skórka, która wytworzyła się na miejscu dotknięcia, zniknęła, a On sam poczuł, jak robi mu się ciepło i serce zaczyna szybciej bić. Doskonale również zdawał sobie sprawę, że Corrin była naprawdę zmieszana. Dla niektórych Jej zachowanie mogło wydać się co najmniej irytujące, bądź niewyobrażalne, zwłaszcza, iż Gustave był najważniejszym samcem w watasze. Dla Niego nie liczyło się jednak Jego stanowisko, a to, jak traktują Go inni, jak traktuje Go Corrin. Teoretycznie i praktycznie Jej zdanie liczyło się dla Niego najbardziej. Nie wyobrażał sobie, co mogłoby się stać, gdyby uchybił Jej swym zachowaniem. Wolał zatem zachowywać w sposób odpowiedni do chwili.
- Nic się nie stało. - powiedział, patrząc na miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze spoczywała łapa wadery. - Wątpi Pani w me istnienie? - dodał, widząc, że jest to swego rodzaju komplement. Na tyle zdawał sobie sprawę z tego, że w pewnym stopniu się jej przypodobał, iż najchętniej zrobił by coś szalonego. Na tyle szalonego, na ile pozwalały Mu geny swego ojca. Jednak, jako basior wychowany, nie uczynił nic, czym mógłby Ja obrazić. Nie chciał tego i wystrzegał się niczym ognia. Jedyne, co zrobił, to delikatnie wziął jej łapę i patrząc w oczy delikatnie ucałował. Nie spuszał z Niej wzroku do momentu, gdy nie puścił jej łapy.  - Czy teraz wierzy Pani w Me istnienie? - uśmiechnął się. Najchętniej chyba jednak złożył by pocałunek na Jej ustach. Przybliżył pysk nieco bliżej, opamiętał się jednak na tyle prędko, aby zdołać się cofnąć.
Działała na Niego niczym jakiś lep na muchy. Czy potraktowałby tą znajomość jak przelotny romans? Nic z tych rzeczy. Nie pogardziłby jednak namiętnym pocałunkiem, niekoniecznie takim, który od razu musi nieść za sobą konsekwencje, czy poważny związek. Chciałby jednak jej zasmakować, takiej niezależnej, interesującej wadery tak po prostu. Być może była to tylko wzajemna fascynacja, czy zauroczenie. O tym, czy będzie trwać zapewne basior przekona się kiedy indziej.

<Corrin?>

Od Browna C.D Maemuki

Cóż, życie jest dość ciekawe w drodze. Można zobaczyć tyle ciekawych miejsc... Jednak odkąd Mia i Rou poszli swoją drogą, zrobiło się dziwnie... Jakoś tak nudno. Czułem się samotny, a co! Pomimo tej samotności nie dało się przegapić piękna wiosny. Ptaki śpiewały, uradowane końcem głodu. Zające przemykały mi przed nosem, jednak ich nie łapałem, o ile nie byłem naprawdę głodny. Jedynym, co nie dawało mi spokoju, były roztopy: gdzieniegdzie leżał jeszcze śnieg, a jeśli była to gałąź istniało ryzyko, że spadnie na mnie. A SERIO nie miałem ochoty na kąpiel. Było stanowczo za zimno.
Gdy tylko wyszedłem na mniej zadrzewiony odcinek lasu, słońce przyjemnie połaskotało mnie po grzbiecie. Westchnąłem cicho i przyspieszyłem kroku.
Nagle jednak coś wyczułem. Zesztywniałem i obejrzałem się za siebie. Tam nic nie było... Zaraz odnalazłem jednak źródło mojego niepokoju. Była to wadera, siedząca kilkanaście kroków ode mnie i podziwiająca otaczający nas krajobraz. Szybko, jednak ostrożnie, wszedłem w zarośla i zacząłem taksować potencjalnego przeciwnika wzrokiem.
Nie była zbyt.... No, wielka. Raczej szczupła, więc jej atrybutem jest zwinność. Nagle ona zaczęła rozglądać się i wszystko wskazywało na to, że mnie widzi.
- Nie chowaj się. I tak cię zauważyłam. - powiedziała.
Wyskoczyłem więc z mojego ukrycia, i zrobiłem pierwsze, co przyszło mi na myśl.
- Hej. Jestem Brown, a ty? - zapytałem przyjaźnie, machając ogonem.
- Maemuki - odparła.

<<Maemuki? MOJA WENA JEST NA GRZYBAACH!>>

Od Nathana C.D Yaenn

Odruchowo użył zmysłu. Wsłuchał się w drgania ziemi, wytężył wzrok. Jakieś 10 metrów dalej ogromny niedźwiedź stał na tylnych łapach i szukał tropu. Gdy go odnalazł, a był to niewątpliwie trop Yaenn i Nathana, rozpoczął dziką szarżę w ich stronę. Wyskoczył rozpędzony z zarośli.
Jednak basior był na to przygotowany. Zręcznie uniknął pierwszego ciosu olbrzymiej łapy zwierza. Znalazł się po jego drugiej stronie. Tymczasem napastnik przymierzał się by uderzyć w waderę. Nathan wiedział, że zadziorna Yaenn nie pozwoli mu się dopaść. Nie mylił się. Wykonała szybki unik i skontrowała atak. Dało mu to chwilę na zadanie ciosu. Skoczył i odbił się jeszcze od cielska misia. Będąc wysoko nad nim wykonał ruch, którym sprawił by ziemia pod jego łapami osunęła się i uwięziła go. Wylądował zgrabnie tuż obok wadery.
- Proponuję udać się w stronę rzeki.- powiedział patrząc jak wielki zwierz wije się i rzuca, by się oswobodzić.- On zaraz się uwolni, a w wodzie najprawdopodobniej zgubiłby nasz zapach.
Skinęła głową szepcząc coś pod nosem. Nie zwlekając dłużej ruszyli. Zwinnie przeskakiwali wszystkie przeszkody, które postawił przed nimi las. Czuli, że niedźwiedź zdążył się uwolnić i ruszył w pogoń, jednak nie widzieli go za swoimi plecami. Musiał być jeszcze daleko.
Znalazłszy się nad brzegiem rzeki zatarli ślady łap i wskoczyli do wody. A woda była wręcz lodowata. Nate skrzywił się nieco. Widział już ruch między drzewami.
- Nabierz powietrza.- rzucił tylko i pociągnął Yaenn za sobą, w ciemną toń wody. Korzystając z nocy, która uniemożliwiła napastnikowi dostrzeżenie ich, płynęli powoli, z nurtem. A gdy byli już poza zasięgiem wzroku, słuchu i węchu misia wypłynęli na powierzchnię. Wyszli z wody i chwilę ciężko oddychali.
Gdy ich oddechy powoli się ustabilizowały otrzepali wodę z futer. Siedzieli na brzegu w kompletnej ciszy. On nasłuchiwał, a Ona? Udała, że interesuje się mieszanką piachu i kamieni na brzegu.
- Nie ma go.- szepnął. Chciał powiedzieć, że są bezpieczni, ale uważał bezpieczeństwo za kłamstwo, iluzję, którą karmi się innych, chociaż wie się, że jest inaczej. Szczerze nienawidził tego terminu.- Jest daleko.- dodał.
Wadera odetchnęła z ulgą. Wstała i ruszyła powoli w głąb lasu. Zanim całkowicie zniknęła w cieniu gałęzi i liści odwróciła się jeszcze i skinęła głową w geście pożegnania. Odpowiedział tym samym.
Tym razem nie szedł już za Nią. Siedział dalej na brzegu i dumał. Co jakiś czas spoglądał w cieniutki sierp Księżyca w oddali. Ujął w dłoń kompas i spojrzał na igłę. Obracała się, by zaraz potem zmienić kierunek i od nowa krążyć. Magia gór, czy może proste zjawisko fizyczne? Skłaniał się raczej ku temu drugiemu. Uśmiechnął się mimowolnie. Wstał i przeskakując po mokrych kamieniach przedostał się na przeciwległy brzeg. Kierował się do swojej jaskini.

<Yaenn?>

Nowy basior - Brown!

Mam zaszczyt powitać kolejnego członka Calme Loup. Mam szczerą nadzieję, że zostaniesz z Nami jak najdłużej i w Naszym towarzystwie będziesz się wyśmienicie bawił. Spędzaj czas na wspólnym pisaniu opowiadań. Baw się dobrze!
Brown
Magik
autor: Bati20

Od Maemuki

Wokół mnie roztaczał się piękny, wiosenny las. Gałęzie drzew, rosnące wysoko ponad moją głową zaczęły pokrywać pierwsze liście. Wyglądały niewinnie jak nowonarodzone szczeniaki. Powoli rozwijały swoje delikatne struktury, chcąc jakby na siłę stać się dorosłe. Promienie słońce delikatnie je oświetlały co na wilgotnej ziemi, intensywnie pachnącej nawilżonym gruntem, tworzyło niesamowitą przeplatankę cienia i jasności. Wiatr delikatnie muskał korony drzew, a do szumu małych listków przyłączały się ptaki, na zmianę świergocząc i milknąc. Moje futro raz po raz czesała fala powietrza, tak lekko i ostrożnie, jakby bała się mnie skrzywdzić. Czułam się jak w niebie. Wszystko było piękne doskonałe i dobre. Dreszcze radości przeszywały moje łapy kiedy opuszki stąpały po przyjemnie miękkiej ziemi. Nagle, tuż przede mną, przekicał wystraszony króliczek. Chyba myślał że chcę go zjeść. Nic bardziej mylnego, nie mam w zwyczaju jedzenia mięsa. A przynajmniej króliczego mięsa. Za dużo puchatej sierści. Serce mi się kraja, kiedy widzę atakowanego króliczka. Przecież nic drapieżnikom nie zrobił. Chociaż z drugiej strony, na tym właśnie polega harmonia. Wszystko ma swoje miejsce i na tym miejscu zostać powinno...
Z zamyślenia i nieco może obsesyjnego podziwiania świata wyrwał mnie zapach czegoś, co nie było częścią krajobrazu, który podziwiałam. Właściwie to nie było coś, ale ktoś. I z analizy mojego nosa wynikało, że to basior. Przystanęłam i rozejrzałam się dookoła, wychwytując drobne dźwięki stąpania po ziemi oraz delikatny oddech. W pewnym momencie, jakby w oddali, jakieś oczy odbiły blask słonecznych promieni. Nie miałam wątpliwości, że przez swoją nieuwagę wstąpiłam na teren jakiejś watahy, a teraz jakiś basior analizuje czy jestem wrogiem czy nie.
- Nie chowaj się. I tak cię zauważyłam. - powiedziałam lekko, z uśmiechem na twarzy.

<Jakiś pan? :)>

Od Corrin C.D Gustave'a

Nagle coś przerwało cudowne myśli wadery. Cała magia chwili dla niej zniknęła, choć nadal wpatrywała się w Gustave'a z utęsknieniem wręcz. Pojawiła się jedna myśl, która nie dała jej spokoju. Miała dziwne wrażenie, że ten oto cudowny basior zaraz zniknie, wręcz rozpłynie się w powietrzu. Czuła Jego oddech na swoim ciele, widziała, że się porusza. A jednak chciała Go dotknąć łapą, jakby upewnić się, że jest prawdziwy. Nie chodziło jej o to, że wzruszył ją tymi słowami, czy też była w nim zakochana. Nie. To było uczucie zupełnie jej nieznane, jakby owoc z zakazanego drzewa. Zadziwiał ją bezustannie, zmieniając swoje uczucia co kilka minut. Nie wiedziała, czego może się po Nim spodziewać, ani jak się zachować. Był nieprzenikniony, nieprzewidywalny. Wiedziała, że powinna się z tego stanu wycofać, jak najszybciej opuścić swoje marzenia. Było jednak coś tak nieopisanie silnego, co trzymało ją jakby w transie. Nie mogła przerwać powtarzania w głowie ostatniej kwestii Gustave'a. Cenił ją, chwalił. A to było tak niespodziewane, że aż zaprało jej dech w piersiach. Ucieszyła się na komplementy, nawet bardziej niż przystało. Spojrzała na Niego spod rzęs, ale natychmiast to przerwała. Co sobie wyobrażała? Głupstwo, zwykłe głupstwo. A jednak posłuchała swojego kusiciela, czyli własnego umysłu. Dotknęła jego przedramienia, a ten zadrżał, zdziwiony. Nie cofnął się jednak. Kiedy już odłożyła łapę, spojrzała na Niego przepraszająco.
- Przepraszam, ale musiałam uwierzyć, że jednak istniejesz.- może i te słowa zabrzmiały dziwnie, może wydobywały gdzieś z jej głębi, strasznie rozedrgane. Ale przynajmniej zaspokoiła swoje zmysły tym gestem. Nie chciała przerywać chwili, choć wszystko ciągnęło ją, by teraz spłonąć ze wstydu. Uciec jak najdalej, zapomnieć o tym dniu. Wszystko, byle tylko już nigdy nie napotkać na swej drodze tego dziwnego basiora. Nie stanowił dla niej zagrożenia, ale był po prostu inny. Najwidoczniej właśnie to sprawiało, że Corrin tak bardzo dała mu się odurzyć. Niby prosta zabawka, ale jednak instrukcja była bardzo długa.

                                                               <Gustave? Istniejesz?>

Od Gale'a

Stawiałem łapy jedna za drugą. Dokładnie w obrany sobie wcześniej rytm, raz, dwa, raz, dwa... Podskakiwałem miarowo, każdy mięsień pracował, tworząc ze swym sąsiadem pewien rodzaj dobrze naoliwionej maszyny. Dziś byłem zadowolony ze zgrania własnego organizmu.
Para z uchylonej paszczy uchodziła dokładnie w czasie kiedy zimnej ziemi dotykała lewa przednia i prawa tylna łapa. Mżyło, krople deszczu obmywały z pyłu nabytego w poprzednich dniach moją sierść. Biegłem tak od paru godzin i zupełnie nic się nie zmieniało, nawet myśli zataczające koła wokół wspólnych dni spędzonych z waderą. Natarczywie atakowały mnie od paru miesięcy, byłem już za słaby na walkę z nimi. Nic nie mogłem poradzić, ich moc napierała na mnie ze zdwojoną siłą, strzępki podartej duszy powoli poddawały się temu, co z taką trudnością odpychałem od siebie. Stanowczo potrząsnąłem łbem, naiwnie wierząc w chwilę wytchnienia.
Swój niezawodny wzrok wbiłem w ścieżką przede mną. Teren powoli, acz odczuwalnie zaczął się obniżać, naturalnie przyjąłem to z ulgą. Twarde podłoże zamieniło się w ostre kamienie. Poduszki na łapach natrafiły na większego wroga, zwolniłem tępa, nie chcąc ich w żaden sposób zranić. Stalowe pazury pozostawiały w skale głębokie wyżłobienia, temu procesowi towarzyszył głuchy brzdęk, taki jak przy zderzaniu dwóch metalowych prętów. Opuściłem niżej łeb, zważając na miejsca, w których stawiam kroki. Poruszałem się znacznie wolniej, aczkolwiek to dodało mi swoistej elegancji. Każdy wilk, który widział tyle co ja, zasmakował tylu różnych kultur posiada specyficzny krok, sprężysty, choć niezbyt wyciągnięty. Widać w nim energię, chociaż równie dobrze można określić go jako mozolny i ospały. Tak, my jesteśmy stworzeniami kontrastów.
Tak oto mój umysł zataczał błędne koła. W sprytny sposób wodził mnie za nos, prędzej czy później kierując myśli na te konkretne tory. 'Gale, tym sposobem daleko nie zajdziesz.', głos odbijał się echem po mojej poobijanej czaszce. Zatrzymałem się, zaczerpując głęboki oddech. Dziś nic z tego nie będzie. Ponownie przegrywałem.
Pogoda, jakby była w stanie wyczytać emocje mną targające zmieniła się momentalnie. Zamiast lekkiej mżawki, świat zalała ulewa z prawdziwego zdarzenia. Wiatr zawodził, a ja stałem pośrodku wielkiej doliny, zupełnie bez określonego celu.
~*~
Z niezwykłą prędkością zbiegałem ze stromego zbocza. Za mną pędził co najmniej tuzin rozwścieczonych dzikich kotów-mutantów. W szczękach ściskałem ogromny udziec podkradzionego jelenia. Ściana lasu była już na wyciągnięcie łapy, kiedy jeden z odważniejszych osobników skoczył na moje plecy. Pazury wbił w moje boki, niestety nie zdążył pokazać w pełni na co go stać. Podskoczyłem na pół metra w górę, to zachwiało równowagą kocura. Jego lewa łapa gładko oderwała się ode mnie, prawa, obciążona większym ciężarem, przesunęła się w dół, pozostawiając w mojej skórze głębokie rozcięcie. Syknąłem zaaferowany zdarzeniem, to jednak nie pozwoliło mi stracić zimnej krwi. Na moim pysku pojawił się pierwszy cień rzucany przez bór. Przyśpieszyłem, za cel obierając sobie pokaźny konar jednej z pierwszych sosen. Obiłem się o niego, aczkolwiek nie raniąc własnego ciała. Napastnik odczepił się ode mnie, leżał na leśnej ściółce bez ruchu.
Skupiając się na magicznych zdolnościach, wprawiłem ziemię w ruch. Zatrzęsła się, dezorientując resztę mało zgranego stada. Ponownie uszedłem z życiem, nie tak łatwo jest się mnie pozbyć. Przeszedłem do nieśpiesznego truchtu. Dawno temu zdołałem przyzwyczaić się do bólu, toteż rana w boku nie robiła na mnie większego wrażenia. Po prostu szedłem dalej, nie obracając się za siebie, ucząc się na własnych błędach. Kocury nie stanowiły dla mnie już zagrożenia, dotyczyły przeszłości, a ona musiała odejść w zapomnienie.
- Och, Gale, gdyby to było takie proste. - szepnąłem do siebie samego, słowa zostały zniekształcone przez masywny kawał mięsa znajdujący się w mojej paszczy.
Głód nie był na tyle intensywny, ażeby zaprzestać marszu. Poruszałem się więc naprzód, wkraczając na nieznane mi dotąd tereny. Las gęstniał, pośród drzew iglastych pojawiały się nieliczne dęby. Te z każdym kolejnym metrem stawały się coraz okazalsze, niedługo potem to one zdecydowanie przeważały. Ostatnimi dniami przebywałem w jakiejś dolinie, na pewno. Natomiast teraz teren gwałtownie się podwyższał. Wzdrygnąłem się na samą myśl o dotarciu w jakieś pasmo górskie, wszystko, byleby nie szczyty... Wysokie szczyty. Podążałem za instynktem, który prowadził mnie już od paru miesięcy. Teraz znalazłem się przed dwoma drzewami, nie znałem ich, nigdy wcześniej nie widziałem ich na oczy. Niemniej, gałęzie obsypane zielonymi liśćmi łączyły się, tworząc nieprzeniknioną barierę dla słońca, deszczu, czy śniegu. W nikłych promieniach, strzelistych stropach słonecznych, zjawisko prezentowało się okazale. Przywodziło na myśl rajską bramę, jakby przejście do innego świata. U swych stóp, drzewa wykonały swoisty dywan z mchu, gdzieniegdzie pojawiały się na nim białe kwiaty - niezapominajki.
Wtem gałązka za mną zdradziła obecność żywej duszyczki. Moja reakcja była natychmiastowa, upuściłem jelenia na ściółkę, jednym zwinnym susem atakując intruza, jej barki przycisnąłem do ziemi, nachylając się nad lekko uchylonym z zaskoczenia pyskiem. To zdecydowanie była wadera.
- Jesteś... Na terenie mojej watahy - zdołała wykrztusić. Zmarszczyłem brwi.
I co z tego? Ty naruszasz moją przestrzeń prywatną, mam takie samo prawo do zabicia cię, jakie ty mnie. W dodatku, posiadłem niewątpliwą przewagę. Wadera była tu sama, a ja trzymałem ją w garści. Kłapnąłem ostrzegawczo zębami.
- Pokojowa rozmowa odpada? - spytała. Nie traci spokoju, patrzy mi prosto w oczy, a ja nie wiem jak zareagować. 'Bestia!' zakrzyknął głos w mojej głowie. Cofnąłem się o krok, puszczając ją wolno.
- Nie, wybacz. - przysiadłem na ogonie. - Wspomniałaś coś o terenach, jak rozumiem, należysz do watahy? - podchwyciłem, niby to obojętnie. Może wśród wilków znajdzie się Mad?

<Yaenn?>

Nowy basior - Gale!

Niezmiernie się cieszę, że jesteś tutaj razem z Nami. Doskonale wiem, że świetnie piszesz, więc świetnie, że zasilisz Nasze szeregi. Życzę Ci mile spędzonych chwil na blogu i wyśmienitej zabawy w Naszym towarzystwie! Zostań z Nami jak najdłużej!
Gale
Sędzia
autor: morphine

Nowa wadera - Cinder!

A oto nowa członkini Naszej społeczności. Cóż mogę powiedzieć? Bardzo się cieszę, że postanowiłaś tutaj dołączyć i mam nadzieję, że jak najdłużej z Nami zostaniesz. Wilczyca jest cudowna, urocza. Życzę Ci wszystkiego dobrego!
Cinder
Obrończyni Alph
autor: Green1000

Od Gustave'a C.D Corrin

Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, dlaczego owa wadera tak bardzo mu się spodobała. Nie była to miłość, czy jakiekolwiek zadurzenie, nawet nie zakochanie. Trafnym określeniem byłaby fascynacja, gdzie basior miał szczerą nadzieję, iż Corrin również przypadł do gustu, w jakikolwiek z możliwych sposobów. Jej słowa były dla Niego na swój sposób pożywieniem, nie uzależnił się co prawda od Niej, ale czy nie jest to tylko kwestia czasu? Z minuty na minutę rozmawiało mu się z Nią coraz lepiej, nie okazywał już w stosunku do Niej takiego chłodu i obojętności, jak wcześniej. Nie był już arogancki, a na wierzch zaczęła wychodzić postawa Jego zmarłego już niestety ojca. Urok, jaki niewątpliwie posiadała w sobie wadera sprawił, że po zaledwie kilku godzinach w Jej obecności basior zdołał przynajmniej po części odzyskać radość życia. Nie czuł się już tak nie potrzebny i na nowo mógł bezsprzecznie stwierdzić, iż z niektórymi dalej można prowadzić interesującą, teraz już nie tak sztywną i kulturalną konwersację.
Rozmowa z Corrin nie była już zwykłą gadką, bez jakiegokolwiek znaczenia, a ożywioną dyskusją, gdzie wyraźnie można było zauważyć, iż coś zaczyna się dziać. Istotnie, gdy zbliżył się zarówno On, jak i Ona serce Gustave'a przez chwilę zaczęło bić szybciej, a na Jego pysku pojawił się delikatny uśmiech. Od dawna nie spędzał tak miło czasu w czyimś towarzystwie, toteż był niezmiernie uradowany, że mógł dostąpić tego zaszczytu. Spojrzał jeszcze raz w jej oczy, ta nie spuściła łba. Czy mogło to być oznaką jej szacunku, czy może tego, że powoli zdołała się do Niego przekonywać? Coś zaiskrzyło. Przynajmniej w Jego odczuciu.
- Nie mogę jednak dowiedzieć się, co dokładnie Pani sądzi na mój temat. Być może moja postawa jest na tyle arogancka, iż pomyślała Pani, że nie jestem godny przebywania w Pani towarzystwie. Z drugiej jednak strony śmiało mogę powiedzieć, iż jestem nieco bardziej dojrzały, niż reszta basiorów. Cóż, tak ukształtowała mnie przeszłość. - dodał, zbliżając się jeszcze nieco bliżej, jednak nie na tyle blisko, aby wadera pomyślała, że jest nachalny. - Zwrócić uwagę muszę jednak również na Pani postawę, tak indywidualną, odpowiedzialną. Można by rzec, że całkiem odmienną niż u wader, które do tego czasu spotkałem na swej drodze. - dodał, kłaniając się nie co. Górę wzięły emocje, które wydostały się na zewnątrz w postaci szczerego, nieco szerszego już uśmiechu.

<Corrin?>

Nowi członkowie - Grime & Oliver!

Powitajmy nowych członków Naszej społeczności. Cieszę się, że tak wspaniali pisarze jak Wy zdecydowaliście się złożyć zapis do Calme Loup. Mam nadzieję, że będziecie przeżywać tutaj naprawdę świetne chwile i razem z Nami się doskonale bawić!
Grime
Cichociemna
autor: Plushova.

Oliver
Magik
autor: Anika1911

Od Yaenn C.D. Nathana

Nie miała powodów by mu ufać. Nie znała go, był obcy i teoretycznie tylko sam Bóg wiedział czego można się po nim spodziewać. Dobrze zrobiła zachowując czujność - postąpiła według zasad, jakich zawsze jej uczono.
- Tak, pewnie - długo zwlekała z odpowiedzią i prawdę mówiąc wciąż nie była pewna, czy dokonała właściwego wyboru. Mimo wszystko nie drgnęła, kiedy basior wolnym, przemęczonym wręcz krokiem zbliżył się i siadł obok.
Po tamtych dwóch słowach zapanowała między nimi grobowa cisza, przerywana jedynie szumem wody i liści oraz nieco nerwowymi pokrzykiwaniami ptaków. W tamtej chwili wydawało się to nieistotne. Wrogość w każdym oddechu, ruchu, a nawet agresywnie napięte przez Yaenn mięśnie nie pozwalały na rozpoczęcie normalnej rozmowy.
Siedzieli tak, nie odzywając się do siebie ani słowem, aż wadera pierwsza zdecydowała się przełamać lody.
- Yaenn - szepnęła, spuszczając głowę. Sierść na jej karku z wolna opadła, przybierając układ taki, jaki zazwyczaj ma gdy wilczyca jest opanowana i neutralnie nastawiona.
Basior spojrzał na nią, przez pierwsze kilka sekund analizując co mogła mieć na myśli. Zrozumiawszy odwrócił łeb i utkwił wzrok w jakimś punkcie na przeciwległym brzegu.
- Nathan - odparł po chwili. Był wyraźnie zamyślony, szukał czegoś w pamięci, ale chyba nie mógł znaleźć. Wiedziała, że w takim momencie nie wolno przeszkadzać. Rozmowa to jedno, lecz szacunek dla czyichś wspomnień także wypada posiadać.
Było późne popołudnie. Czas płynął jednak tak szybko, iż kiedy oboje wreszcie zdecydowali wrócić do swoich schronień, panował już całkowity mrok. Wadera rozprostowawszy kości ziewnęła przeciągle i spojrzała na wciąż tkwiącego w tej samej pozycji basiora. Przemknęła jej przez głowę myśl wyrwania go z transu, aczkolwiek to także mogłoby zostać uznane za nieuprzejme.
- Miłej nocy - rzuciła na pożegnanie i skierowała się do swej groty. Nie przewidywała, że Nathan zdecyduje się podążać wydeptanymi przez nią śladami.
Przez kwadrans, leniwie i bez celu włócząc się po lesie nie wyczuła ani nie dosłyszała niczego niepokojącego. Nieświadomie zataczała koła pośród drzew, co jakiś czas zatrzymując się i spoglądając tęskno w niebo. Za czym tęskniła? Tego nie wie nikt. Dopiero gdy nieświadomie i gwałtownie obróciła łeb dojrzała za sobą znajomą postać. Nie zareagowała obnażeniem kłów, choć mogła.
- Coś się stało? - głos Yaenn jest przyciszony, jakby znalazła się w stanie głębokiej żałoby albo była do cna zmęczona szarą codziennością.
W momencie, gdy wilk szykował się do odpowiedzi, niebo przeszył niedźwiedzi ryk. Sytuacja wydawała się tym bardziej beznadziejna, że jego źródło było bliżej, niż wilczyca przypuszczała.

<Nathan?>