czwartek, 1 stycznia 2015

Od Inés C.D Ed'a

Szczerze mówiąc nie miałam humoru, ani chęci na opowiadanie swej historii basiorowi, którego poznałam parę chwil temu. Nawet jeżeli bym chciała, mój rozum mi na to nie pozwala. Wydaje mi się, że nie chciałby On słuchać o moich przeżyciach, a później udawać, że wszystko będzie dobrze, oraz że zawsze mogę mu się wypłakać w ramie. Bo tak nie będzie. Wolałam sobie po prostu oszczędzić kolejnego zawodu.
Zadziwiło mnie z jaką radością mówił On o swoim życiu, nawet jeżeli wspomniał o ów 'trudnym okresie'. Postanowiłam się jednak postarać choć trochę przed nim otworzyć. Wzięłam więc głęboki oddech i nadal wpatrzona w ziemie zaczęłam:
- Więc. Urodziłam się we Francji, a dalej nad moją historią wolę się nie rozwodzić... - westchnęłam, po chwili wzięłam kolejny oddech i ciągnęłam dalej. - Zainteresowań nie mam, nie rozmyślałam nigdy co mogłoby być moją pasją, nie miałam na to czasu.
Zauważyłam na twarzy basiora zmieszanie, widać był lekko zawiedziony moją 'fascynującą' opowieścią. Myślał pewnie, że moje życie będzie jakoś bardziej fascynujące. Zaśmiałam się pod nosem. Widać było, że nie był nigdy w tak ciężkim stanie psychicznym jak ja do tej pory. W sumie, dla niego to i lepiej. Nie życzę mu źle... Jednak wydaje mi się, że lepiej się z kimś rozmawia, jeżeli wie się co się przeżyło. Ja pomimo to wolałam zachować to na razie dla siebie i tylko dla siebie. Po co mieszać mu w głowie. Jest szczęśliwy, to widać. I niech taki pozostanie.

<Ed? Inés lekko niszczy atmosferę, jak zawsze...>

Nowa wadera - Maemuki!

I oto w progach zawitała nam kolejna postać, a jest nią Maemuki! Mam szczerą nadzieję, że odnajdziesz tu swoją pasję i będziesz odkrywała z każdym dniem nowe radości czerpiące się z tego bloga. Obyś spędziła tu wiele miłych chwil!
http://fc07.deviantart.net/fs71/i/2014/306/6/c/___eternal_flames____by_favetoni-d84zkda.png
   Meamuki
Sędzia
   autor: Lunza

Od Matthew

Słońce było już dawno na niebie, gdy przekroczyłem granicę lasu duchów. Było to moje ulubione miejsce w watasze. Tu mogłem naprawdę się uspokoić, wsłuchując się w tajemnicze szepty. Doszedłem do grobu jakiegoś wilka, gdy obok mnie coś się poruszyło. Nie oglądałem się, wiem, że ruch widzi się lepiej kątem oka. Szedłem dalej, udając, że nic nie widziałem, gdy nagle ktoś stanął za mną.
- Gdzie idziesz? - usłyszałem.

(Ktokolwiek?)

Od Ed'a C.D Inés

Polowanie? I to tak razem? We dwójkę? No ba! Mój ogon automatycznie poruszył się energicznie. Iskierki radości pojawiły się w moich oczach. Jęzor znalazł się na wierzchu w kilka chwil.
- Ja na to jak na lato! - zawołałem radośnie, podskakując dwa razy w miejscu. Dotarło do mnie również, tak w jednej chwili, że nie wiem o tej samicy nic więcej poza imieniem. Nie wliczając faktu, że jej oczy mogą powiedzieć wszystko. A stanowisko? A zainteresowania? A ulubiony kolor? A data urodzin? Pustka! - Tak sobie myślę i... może opowiedziałabyś mi coś o sobie po drodze? Nie żebym był nachalny, broń Boże! Troszeczkę jednak jestem ciekawy... Ulubiony kolor, jakieś hobby? Cokolwiek? Odłam historii może? Do niczego nie zmuszam, przypominam. - uśmiechnąłem się szeroko.
W międzyczasie wyszliśmy również z tej jaskini. Ciasnej jaskini. I ciemnej. Moja była duża, z jasnym wnętrzem. Taka... pozytywna, o! Poruszałem się płynnie, z głową uniesioną wysoko i z radością wymalowaną na mordce. Ona natomiast szła niepewnie, łeb lekko spuszczony. A jej miny nie widziałem. Niestety. Oczu także. Milczała. Czyli chyba nie chciała mi o sobie opowiadać. Trudno.
- No cóż, skoro ty nie masz ochoty o sobie opowiadać to może ja zacznę? - zachichotałem cicho. Słońce grzało nasze grzbiety. Odbijało się od mego futra, prawdopodobnie oślepiając częściowo waderę. - Więc tak... urodziłem się w Hiszpanii, a potem przeprowadziłem do Ameryki. To już dłuższa historia... w sensie dlaczego, przez kogo i tak dalej. Po prostu. Później miałem trudny okres w życiu. Ale to także mniej ważne. Grunt, że dotarłem tu. Moja cała historia w skrócie! Naprawdę, naprawdę wielkim skrócie - przecież nie mogłem jej od tak opowiedzieć o moim członkostwie w Załodze G. Albo by mnie wyśmiała, albo nie uwierzyła, albo uznała za wariata. Wilk, świnki morskie i mucha? Psychol, psychol! Tylko do wariatkowa cię wywieźć i w kaftan zapakować! - Jeżeli idzie o zainteresowania to... muzyka! Muzyka moim życiem! No i gustuję także w jedzeniu. Najróżniejszym, każdym wręcz. Uwielbiam jeść. - wyznałem. To i tak już zapewne zauważyła.
Miałem do siebie pewien dystans. Wiedziałem, że obżarstwo to nie najlepsza cecha i powinienem się jej pozbyć. No i nie chwalić się. Ale to było takie zabawne! Jak całe moje życie. Może tym wszystkim jakoś zachęcę ją do powiedzenia czegoś o sobie? Do terenów łowieckich mieliśmy jeszcze spory kawał drogi, a co się z tym równa: również dużo czasu na opowieści.

<Inés? Czekaj no, czekaj, jeszcze ADHD mu się włączy!>

Od Inés C.D Ed'a

Wydawało mi się, że zarówno, mi jak i basiorowi przeszkadzały nieco nasze przeciwne charaktery. On wyglądał na ciągle uśmiechniętego, szukającego przygód basiora. Ja zaś jestem zazwyczaj spokojna i opanowana, o kamiennym wyrazie twarzy, bez żadnych uczuć, jakichkolwiek emocji. Tego nauczyło mnie życie. Zero zaufania, zero szczęścia, zero uczuć.
Ile jednak można kryć swe prawdziwe oblicze pod różnego rodzaju maskami, które raz wyrażały smutek, raz nienawiść do innych. Nigdy jednak moja twarz od tamtego czasu nie wyglądała na prawdziwie szczęśliwą, pragnącą przygód i ciekawego życia. Choćbym nie wiem jak bardzo pragnęła tej żądzy zakończenia tego nudnego i smutnego rozdziału i rozpocząć zupełnie nowy, zaskakujący pozytywnie epizod. Chciałabym wreszcie zacząć szczerze się uśmiechać. Zacząć kochać to co robię.

***

Moje chwilowe życie wydawało mi się zupełnie abstrakcyjne. Poniekąd znalazłam miejsce, gdzie powinnam czuć się szczęśliwa, miejsce gdzie wszyscy się wspieramy, tworzymy jedną wielką rodzinę, nie potrafię jednak tego odczuć. Dołączyłam do ów społeczności jedna z pierwszych, obejmuję całkiem ważne stanowisko, jednakże nadal nie czuję się potrzebna, czuje się tak, jakbym dla innych nie istniała.
Czuję w sobie pustkę.

***

Słysząc głośny warkot dochodzący z brzucha basiora... znaczy Ed'a, przypomniałam sobie o tym, iż ja również miałam niedawno, ruszyć swe cztery litery i znaleźć coś do jedzenia. W końcu nie jadłam od jakichś czterech dni. Nie dość, że czułam pustkę w sercu, to na dodatek jeszcze w żołądku. 
No nic. Skoro nadarzyła się okazja na wspólne polowanie, to czemu by z niej nie skorzystać.
- Mogę przez to rozumieć, że nie miał byś nic przeciwko wspólnemu wybraniu się na polowanie? - kolejny lekki, jednak wyjątkowo szczery uśmiech powędrował w stronę basiora. Sama się sobie w tym momencie dziwiłam...
'Co się z tobą stało dziewczyno?!'

<Ed? :)>

Od Corrin C.D Gustave'a

Czyżby czyn Gustave'a miał uchodzić za coś bohaterskiego? Miał za ten wyczyn otrzymać jakieś szczególne podziękowania, a może na to jednak nie liczył? Takowe myśli kłębiły się w myślach Corrin przez całą drogę do jaskini jej jedynego znajomego z watahy. No, nie byle znajomego. A przynajmniej tak myślałaby większość wilków. Fakt, dowódca budził uznanie, ale dla Corrin nie było to spowodowane stanowiskiem. Nie kłębiły jej się w głowie pochlebne myśli o Nim z tegoż powodu. Wolała myśleć o Jego wnętrzu. Wiele razy już w myślach go sobie dziś wyceniła, więc uznała za zbędne przypominanie sobie tych wszystkich atutów ponownie. Szli praktycznie się do siebie nie odzywając, od czasu do czasu tylko wymieniając jakieś mniej istotne wypowiedzi. Wadera wręcz nasiąkła jak gąbka, ale nie zauważała już tej niedogodności od paru dłuższych chwil. Zauważyła, że od rana ich rozmowa rozwinęła się i nie przebiegała już tak sztywno. Pojawiały się gdzieniegdzie emocje, co czyniło ich stosunek mniej lakonicznym. Dotarli w końcu do jaskini, a Corrin wolała jej nie komentować. Była po prostu przepiękna, a Gustave zapewne sam dobrze o tym wiedział. Położyła się na twardym podłożu, powstrzymując chęć otrzepania się z wody. Zazwyczaj preferowała tradycyjne osuszenie, tak jak to było zawarte w ich korzeniach narodu, jednak nie chciała wyjść na niewychowaną pannę, którą przecież absolutnie nie była. Wyciągnęła łapy, dość zmęczona długim spacerem. Miała szczerą ochotę zasnąć, ale musiała jeszcze przebrnąć przez jedzenie. Szczerze mówiąc, nie odczuwała już głodu, który towarzyszył jej wcześniej. Najadła się bowiem wrażeniami, o ile takie stwierdzenie nie jest skrajnie absurdalne. Tak czy owak, zabrali się do posiłku. Corrin zmuszała się co prawda, by nie urazić swojego gospodarza. Napracował się tak tylko po to, by sprawić jej przyjemność. Skończyli po niedługim czasie i z niedawnej łani zostały tylko kości. Ten niezbyt przyjemny widok basior zaraz wyrzucił na dwór, by inne stworzenia też czerpały z tego radość. Spojrzała na niego ukradkowo, jak kładzie się ciężko na podłodze. Wyglądał teraz jak mały szczeniak domagający się pieszczot. Uśmiechnęła się ukradkowo na to trafne porównanie. Basior zauważył to i przewrócił się na bok.
- Co Pani widzi takiego zabawnego?- zapytał, a w kącikach Jego pyska zamigotał szarmancki uśmieszek. Przechyliła głowę z lekka, przypatrując się ciału Gustave'a. Zastanawiała się, czy wymyślić naprędce jakieś niewinne kłamstewko, czy też zdradzić mu prawdziwy powód. W końcu zdecydowała, że pójdzie za drugą myślą i odpowie mu szczerze. Przecież tak jak ona traktowała innych, tak i inni traktować ją będą.
- Przez chwilę, kiedy tak opadł Pan na ziemię, zobaczyłam w głowie małego wilka. A potem zdałam sobie sprawę, że wcale Pan takowego nie przypomina.- westchnęła ciężko, kierując wzrok na swoje łapy. Zauważyła, że były dość brudne od błota, w którym się pałętali. Zapragnęła jakoś to zniwelować, ale sposobność taka się nie pojawiła. Spojrzała znów na basiora, który o dziwo przybliżył się do niej i patrzył jej prosto w oczy. Tym razem wytrzymała ciężkie spojrzenie i utwierdziła się w tej pozycji dzielnie, czekając na Jego odkładającą się odpowiedź. A gdy ta nadeszła, waderą aż wstrząsnął dreszcz.
- A więc widzi Pani we mnie młodziaka, tak? Interesujące.- jego spojrzenie z niej nie schodziło, co mogło jedynie denerwować. Było jednak coś w tym magnetycznym spojrzeniu, co wynagradzało ten poważny i dość władczy ton głosy Gustave'a. Wadera zbliżyła się trochę doń, sama czując kurczący się żołądek. Oddziaływał na nią jak magnes i nie mogła tego ominąć. Zaskakiwał ją swoim dostojeństwem i nutą humoru, jaka towarzyszyła ostatnim wypowiedzią basiora. Rzuciła mu dłuższe spojrzenie spod rzęs, po czym wycelowała do Niego znaczące zdanie:
- Ależ to nonsens Panie. Swoim zachowaniem udowodnił Pan, że nie jest taki, jak wszyscy inni.- mówiąc to, ten pierwszy raz nie spuściła z Niego wzroku. Tego jednego zdania mogła być pewna i dzięki temu nie okryła się rumieńcem po raz kolejny. Nie tym razem.

                                                        <Gustave?>

Od Ed'a C.D Inés

Była całkiem... kolorową waderą. Skrzydła. Te skrzydła miały w sobie jakąś moc, której nijak nie potrafiłem nazwać. Zabawnie przekręciłem głowę na bok, przyglądając jej się. Taka... delikatna. Delikatna i krucha. Jak motyl. Popatrzyłem jej niepewnie w oczy. Różowe, ździebko zapadnięte. Myślałem, że nie ma źrenic; że jest... niewidoma. Momentalnie poczułem się dziwnie, jakbym nabrał wstydu. A potem dostrzegłem cieniutkie źrenice. I kamień spadł mi z serca. W duchu odetchnąłem z ulgą. Przypatrywałem jej się cały czas, bez przerwy. Mojej uwadze nie umknął żaden szczegół jej ciała.
- Inés - usłyszałem coś. Ale nie tak wyraźnie, jak tego oczekiwałem. Efekt uboczny ciągłego wgapiania się w nią. Zrobiło mi się trochę głupio. Może mówiła coś ważnego? A ja się na nią po prostu "lampię"?
- Hm? - zamrugałem oczami, jakby lekko zdezorientowany. Po prostu wybudziła mnie z dziwnego transu.
- Jestem Inés. - powtórzyła. Ah, czyli to było jej imię. Zauważyłem, że kąciki jej ust lekko drgnęły. Próbowała się chyba uśmiechnąć, sam nie wiem.
Ja za to szczerzyłem się cały czas. Taka moja natura. Nie potrafiłem być poważny. Chyba, że zmęczenie mnie dopadało. Tylko wtedy. Ale to nawet nie była powaga, jedynie nie miałem siły na uśmiech. Przypomniałem sobie o głodzie. W brzuchu głośno mi zaburczało, co wywołało na pyszczku Inés zdziwienie. Popatrzyła na mnie. W jej oczach dostrzegłem rozbawienie. To dziwne... W tak krótkim czasie zdążyłem spostrzec, że jej oczy potrafią powiedzieć wszystko; przykładowo jej humor. Teraz rozśmieszyły ją bębny z mojego pustego żołądka, co dało się zauważyć od razu.
- Chyba jesteś głodny? - spytała, ten lekki uśmieszek znów powrócił. Ale lepiej wyglądała z nim niż z tą smutną minką.
Posłałem jej głupkowaty wyszczerz. Pokiwałem lekko głową. No cóż, ostatni mój posiłek był... chwileczkę, trza to podliczyć... jakieś dwie godziny temu! Huh, ile można tak się głodzić! Poruszyłem się lekko. Kiedy nawiedzał mnie głód, zaczynałem się wiercić.

<Inés? XD Żarłok Ed.>

Od Nathana C.D Yaenn

Podszedł bliżej wody i najzwyczajniej w świecie usiadł. Patrzył na stojącą naprzeciw waderę, a kąciki jego ust delikatnie uniosły się do góry. Bawiła go nieufność koleżanki. Obserwował jak napina mięśnie, obnaża śnieżnobiałe kły i cicho powarkuje. Wiedział, że zaatakuje jeśli tylko da jej ku temu powód. Tymczasem Ona zdążyła już okrążyć swą zdobycz i zająć miejsce, z którego swobodnie mogła uderzyć. Jednak wciąż dzieliła ich rzeka. Czyżby potrafiła ją przeskoczyć? Szczerze powiedziawszy, nie obchodziło go to.
- Spokojnie, nie mam zamiaru jej Pani zabierać.- powiedział niemal z rozbawieniem, wskazując na resztki zwierzęcia, które pochłaniała. Starał się zachować najbardziej naturalny ton głosu na jaki było go stać, jednak pamiętał, by wobec damy zachowywać się grzecznie. Wadera nawet nie drgnęła, nie porzuciła bojowej postawy. Patrzyła na niego srogim wzrokiem.- Mówiła Pani, że góry zakłócają działanie kompasu, czyż nie?- kontynuował. Z zadowoleniem zauważył, że jej oblicze nieco złagodniało.
- Owszem.- rzuciła. Ton głosu nieznajomej był zimny. Wiedział, że po prostu pilnuje tego, co jest jej własnością. Dlatego nie gniewał się za nieprzyjemne zachowanie. Wyprostowała się demonstrując swą wyższość, jednak basior nie przejął się tym zbytnio.- Miło, że dotarło.
- Więc chciałbym spytać Panią, o kierunek w którym mam się udać.- mówił dalej. Grymas, jaki zawitał na jej pyszczku mówił sam za siebie. Jego obecność była dla niej uciążliwa. Najwidoczniej nie lubiła towarzystwa. Wskazała od niechcenia na wzgórza w oddali.
- Zapewne tam go znajdziesz.- rzekła sucho. Podziękował jej i zniknął w zaroślach. Udał się na poszukiwania miłościwie panującego na tychże pięknych terenach. Zadowolony wciągnął świeże górskie powietrze nosem. Wypuścił je w długim wydechu i spojrzał w stronę celu swej wędrówki. Czyżby wreszcie znalazł swoje miejsce? Czy te widoki sprawiły, że oddał serce ośnieżonym szczytom i rwącym rzekom? Czy już na zawsze stał się tu więźniem? Odpowiedzi czekały tam, na wzgórzu.
***
Sam zapisał sobie wyrok. Odtąd stał się częścią nowej wspólnoty. Przydzielono mu mieszkanie i konkretne stanowisko. Pełnił od teraz określoną rolę. Wiedział jedno: chciał jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki.
Udał się więc do nowego mieszkania. Była to prosta jaskinia. Właściwie pusta, nie licząc niszy idealnej na miejsce posłania, starego zakurzonego regału i równie antycznego biurka. Nathan był mile zaskoczony. Od tej pory nie będzie musiał zapisywać swoich przemyśleń i nowej wiedzy byle jak, na kolanie. No i księgi jakie zgromadził nareszcie będą przyzwoicie ułożone. Zabrał się za robienie porządku. Skończywszy pracę usiadł na miękkim legowisku i upajał się widokiem czystej, urządzonej jaskini. Jednocześnie zastanawiał się czy nie jest być może nazbyt pedantyczny. Wszystko leżało na swoim miejscu idealnie. Nic nie odstawało, nie stało krzywo. Pieczara była w swej prostocie doskonała.
Rozmyślania przewał mu niespodziewanie odgłos burczącego brzucha. Ile godzin nie jadł? Sam nie wiedział. Choroba, jaka męczyła go przez ostatnie tygodnie była przyczyną utraty apetytu. Burczący brzuch był ulgą, zwiastunem rychłego powrotu do zdrowia. Wyszedł z jaskini i skierował się do najbliższego lasu.
***
Najedzony podążał w stronę rzeki. Chciał ugasić doskwierające mu pragnienie i obmyć się z kurzu, pyłu i krwi ostatniego posiłku. Dotarłszy na miejsce zaczął pić. Potem obmył się dokładnie i wyszedł na brzeg. Zwinął się w kłębek i tak leżąc sobie pod rozłożystym drzewem zasypiał. Nie zauważył kiedy zmorzył go sen. Kiedy się obudził ujrzał siedzącą kilka metrów od niego waderę. Spotkał ją już wcześniej.
- Czy mogę się przysiąść?- zapytał cicho beznamiętnym głosem, kiedy do Niej podszedł.

<Yaenn?>

Od Gustave'a C.D Corrin

Nie czytał w myślach, nie umiał się z nikim telepatycznie porozumieć, toteż nie wiedział, co naprawdę myśli o Nim nowa towarzyszka. Nie uchybił jednak na tyle, aby ta postrzegała Go naprawdę źle, jednak nie postępował na tyle dobrze, aby potraktowała Go jako przyjaciela, czy dobrego kolegę. Po prostu ruszył przed siebie, zanim jednak to uczył ukłonił się nisko, aby następnie zniknąć gdzieś między drzewami. Zdołał tereny ten pięknej watahy poznać już na tyle, iż znalezienie polany, obfitej w potencjalne pożywienie, nie sprawiło Mu żadnego problemu. Nie obrał sobie za cel dorodnej łani, a mniejszą, nie dlatego, że nie zdołał by powalić większej, a dlatego, że sam nie czuł się na tyle głodny, żeby marnować jedzenie. Łania wyglądała na taką, która bez większych przeszkód zaspokoi głów Corrin, więc nie widział potrzeby, aby przywlec większą sztukę. W międzyczasie zaczęło padać. Na początku można by rzec, że był to jedynie delikatny deszczyk, który jednak po paru chwilach przemienił się w potężną ulewę. Jemu się to nie podobało. Nie przepadał za mokrym futrem, które następnie nie pachniało najprzyjemniej, toteż przewrócił oczami z niesmakiem, widząc, kiedy sierść została już nieco oblana kroplami deszczu. Zaczął wracać, aby zaprowadzić nową znajomą do swej jaskini, by razem mogli przeczekać deszcz. Zanim zdołał jednak gdziekolwiek się ruszyć spostrzegł, że ta biegnie w Jego stronę, co gorsza z przymrużonymi oczami. Nie zwiastowało to niczego dobrego, zważywszy na trawę, która była mokra. Jak doskonale mógł się spodziewać ta poślizgnęła się, ponieważ zwilżona ziemia zdziałała swoja, natomiast pęd jej ciała swoje. Nie mogąc zachować się inaczej po prostu Ją złapał. Nie mógł pozwolić, aby ta uderzyła swoim ciałem o grunt i coś sobie zrobiła. Teraz bowiem był odpowiedzialny nie tylko za siebie, jak również za innych. Corrin wyglądała wyraźnie na speszoną, oblała się delikatnym rumieńcem, aby po chwili znowu się cofnąć. Być może dla niej taka sytuacja była głupstwem, jednak według Gustave'a nie stało się nic, co mogło zaważyć na jej wizerunku. Ot, zwykłe potknięcie, które przydarzyć mogło się również niemu, nie mogło więc zostać potraktowane jako impertynencja, czy celowe działanie.
- Nic się Pani nie stało? - zapytał, tym razem jednak chciał, aby Jego ton nie był tak obojętny, jak wcześniej. Zaniepokoił się bowiem naprawdę Jej stanem, chcąc wiedzieć w stu procentach, że nie ucierpiała. Ona spojrzała na Niego swymi pięknymi, przynajmniej w Jego odczuciu oczami, opuszczając jednak po chwili łeb.
- Nie. Przepraszam. Pragnę również podziękować za pomoc. - rzekła szybko, co prawda cicho, jednak na tyle, iż basior dokładnie słyszał, co chciała mu przekazać. Cofnęła się jeszcze o krok, nie przymrużając już teraz swych oczu, aby jednym sprawnym ruchem pyska móc oglądnąć całą polanę.
- Najwyraźniej coś Panią do mnie ciągnie. - dodał po chwili, jakby pół żartem, a pół serio, głównie dlatego, aby rozładować całą sytuację. - Proszę za mną. Udajmy się do mej pieczary, aby przeczekać tą ulewę. - dodał po chwili, szarmancko. Nie chciał, aby wyglądać to miało na zaproszenie na schadzkę, a raczej perspektywę kolejnej, przyjemniej rozmowy.
Niewątpliwie było w Corrin coś, co od razu Mu się spodobało. Być może podobieństwo stylu bycia i temperamentów, być może piękne oczy i tak kulturalne zachowanie, a być może zachowanie, które sugerować może, iż owa wadera wolała swoje towarzystwo, samotne. Doprawdy, nie będzie to ława znajomość, jednak taka, którą Gustave chciałby z chęcią podtrzymać.
Wziął w pysk upolowaną łanię, niestety mokrą, sądził jednak, że nie będzie to większy problem, aby po przytaszczeniu jej do jaskini z apetytem jej skosztować. Ruszył, powolnym krokiem, bowiem i tak był już mokry, a w dobrym towarzystwie nie warto nigdzie się śpieszyć.

<Corrin?>

Od Edwyna C.D Yaenn

Słońce już pokazało swój wierzchołek, jednak jego światło nie wpadało do jaskini. Obudziły mnie świergoty ptaków. Na początku, gdy rozglądałem się po ciemnej jaskini, nie bardzo wiedziałem co się dzieje i gdzie jestem. Na szczęście w następnej sekundzie wszystko sobie przypomniałem.
Wyszedłem z nory. Niebo było fioletowe i czekało aż słońce w końcu się oderwie od ziemi i zagości na nim. Spojrzałem w górę. Na drzewie siedziała ta sama wilczyca, która wczoraj mnie tu zaprowadziła. Uniosłem jedną brew ze zdziwienia.
– Spałaś tu? – spytałem nie kryjąc zdziwienia.
– A czemu nie? – odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Przynajmniej zimna ziemia mnie nie budzi.
– Dzięki za wczoraj.
Tym razem to wilczyca spojrzała na mnie ze zdziwieniem.
– No co? Tak się robi, no nie?
Skinęła głową. Wstała i sprawnie zeszła z drzewa.
– Jestem Yaenn – przedstawiła się.
– Edwyn – odparłem.

<Yaenn? ^-^>

Nowy basior - Shōgain!

Mam zaszczyt powitać kolejnego basiora w Calme Loup! Mam szczerą nadzieję, że zamierzasz zostać z Nami jak najdłużej i razem w Naszym gronie będziemy spędzali tutaj naprawdę miłe chwile. Wilka masz naprawdę cudownego, uwielbiam kolorowe. Baw się dobrze!
Shōgain
Lotnik
autor: Szwecja162

Od Corrin C.D Gustave'a

Pogrywanie z nim w tej trwającej wciąż rozmowie było dla wadery istotnie zajmujące, choć nadal starała się uważać na wszelkie jego zagrywki. Chciał się dowiedzieć więcej, niż ona była w stanie powiedzieć, dlatego zbijała go z tropu zmianami tematu. Właściwie to bawił ją taki układ wydarzeń, który mógł dla niej trwać w nieskończoność. Przekładała łapy w różne pozycje i odbierała całe piękno miejsca. Słysząc jednak pytanie swojego towarzysza musiała przerwać magiczne chwile absorbowania pełnego wiosennego słońca. Skinęła tylko powoli głową, ciesząc się, że Gustave będzie czymś zajęty. W tym czasie ona mogła nareszcie pobyć choć na chwilę w samotności, którą bardzo ceniła. Możliwym było, że basior czekał na jakieś słowa wypowiedziane w jego stronę, takich jednakże nie otrzymał, więc odszedł z niczym. Corrin ze spokojem przymknęła oczy, ale zaraz coś przysłoniło niebo i z samej ciekawości je otworzyła. Na szczęście były to wyłącznie chmury, niosące ze sobą możliwą mżawkę. Zaraz po tym chciała znów oddać się błogiemu odpoczynkowi, gdy zobaczyła Gustave'a biegnącego na pobliską polanę. Świetnie się poruszał w pełni swojego majestatu. Przypominał teraz bardziej posturą lwa niż wilka. Poruszał się szybko, chyba już widząc swój trop. Wadera otrząsnęła głową, przyłapując na tym, że nie może oderwać wzroku od tego widoku. Istotnie, był idealnym przywódcą. Z tą myślą odwróciła się na drugi bok i westchnęła. Wiedziała, że basior niechybnie zaraz wróci i przerwie jej błogie chwile. Nie był on jednak tak udręczający jak większość wilków, które tylko paplają co im ślina na język przyniesie. Był zupełnie inny, starannie dobierał słowa. Wzdrygnęła się, bo poczuła podmuch zimnego powietrza. Zignorowała go jednak szybko i pocieszała się każdą chwilą samotności. A potem poczuła pierwszą kroplę deszczu. Pomyślała, że przelotna mżawka nic jej nie zrobi i leżała tak dalej. Niestety rozpadało się nie na żarty i niepocieszona musiała iść w kierunku do którego zmierzał niedawno Gustave. Biegła najszybciej jak mogła, uciekając przed ulewą. Nie lubiła takiej paskudnej pogody i najchętniej by się gdzieś schowała. Ciekawość jednak wzięła górę i wadera kierowała się przez instynktownie na przód, szukając zamglonym wzrokiem Alphy.

                                                            <Gustave? Wiem, krótkie>

Od Inés C.D Ed'a

Strach, czy raczej zwyczajna nieufność przed światem. Któreś z nich towarzyszyły praktycznie przez całe życie. Kto wie... może kiedyś ich się pozbędę, a może zostaną ze mną do końca moich dni.
Nie wiedziałam co myślą o mnie inni, przez co sama nie wiedziałam co o sobie sądzić. Głupi, naiwny cykor, który nie umie nawet stanąć z drugim wilkiem twarzą w twarz? Szczerze mówiąc, sama siebie bym tak nazwała, nie będę kłamać. Boje się wszystkiego i wszystkich dookoła...

***

Basior. Chyba niegroźny, o nawet miłym głosie. Niby co mi szkodzi zawiązać kontakt wzrokowy, przedstawić się, może nawet polubić ów osobnika. Teoretycznie nic, ale w praktyce to wygląda o wiele mniej różowo... Przynajmniej w moim przypadku.
Zapewnił mnie, że nic mi nie zrobi, jednakże życie nauczyło mnie, iż nie można ufać dopiero co spotkanym osobą. Nawet jeżeli wydają się tego godni.
- Kim jesteś? - zapytałam cicho, gdyby basior nie był w odległości około metra czy dwóch ode mnie to na sto procent nie miałby szans usłyszeć ów pytania.
- Domyślam się, że kiedy odpowiem 'wilkiem' to ta odpowiedź niezbyt cię zadowoli, prawda? -osobnik zaśmiał się lekko dla rozluźnienia atmosfery. Chciałam pójść w jego ślady, jednak coś w mej podświadomości mi na to nie pozwalało. Cholerna nieufność. - Mówią mi Ed. Pokaż się. Nie musisz się mnie bać, nic ci przecież nie zrobię. - podjął ponownie temat mojego ukazania się Mu.
'Co robić? Co robić? Rusz się idiotko! Nie będziesz chyba stać cały dzień jak kołek!'
Powoli wyszłam z ciemnego kąta, aby basior mógł zobaczyć mnie w całości. Ja również postanowiłam mu się lepiej przyjrzeć. Przypominał on z lekka lisa, jednak było w nim coś co go od nich odróżniało...
- Inés. - mruknęłam.
- Hm?
- Jestem Inés. - starałam się z unieść kącik pyska, aby utworzyć coś na wzór uśmiechu. Czy wyszło? Niech on sam oceni...

<Ed? ^^>

Od Yaenn C.D. Nathana

Spode łba błysnęła para bystrych, elektryzujących oczu. W parę chwil zbadała obcego, po czym ponownie zniknęła, gdy wadera odwróciła głowę. Siedziała tak dwie sekundy, po czym wykonywała gwałtowny zwrot i jednym, potężnym susem znalazła się przed basiorem. Spoglądał na nią z ignorancją w oczach, co tylko bardziej wzburzało gorącą już krew. Jej wzrok utkwił jednak w kompasie, luźno zwisającym na eleganckim rzemyku.
- W tych stronach kompas ci się nie przyda - przysiadła, nieco uspokojona. Czuła swoją przewagę nad nieznajomym, głównie przez to, że przewyższała go wzrostem o dobre kilka centymetrów. Zdołała do tego przywyknąć, choć niekiedy sama dziwiła się, iż poniektóre samce mogą być tak drobne, a ona tak wielka. Nieznajomy nie odpowiedział ani słowem, to też zdecydowała się tłumaczyć dalej. - Jesteś w górach, które pośród tutejszych wilków znane są ze swej niezwykłości i magiczności. W otaczających cię skałach znajduje się materiał zaburzający działanie tego cacka, które nosisz na szyi.
Mierzył ją drapieżnymi ślepiami, wciąż trzymając pysk na kłódkę. Kto wie, może jeszcze chwila i rzuci się na nią z zamiarem przecięcia tętnicy.
- Owszem, spożytkujesz go, lecz jako ozdobę - mruknęła, oplatając się nienaturalnie długim i puszystym ogonem. Nie pozostała jednak w takiej pozycji zbyt długo. W ciągu niespełna minuty ta bezowocna rozmowa okazała się być nader nużąca. Pokręciła głową i zgrabnym truchtem oddaliła się do ściany, tworzonej przez rosnące gęsto świerki. - Jeśli chcesz bezpiecznie przemierzać te tereny, to radzę ci powiadomić alfę o twojej obecności. - rzuciła na odchodne i znikła pośród chaszczy.
Yaenn poruszała się w leśnym środowisku bez większych problemów. Nie było dla niej wyzwaniem przedarcie się przez utkaną z krzewów zasłonę, zbadanie terenu z najwyższych gałęzi drzew czy odnalezienie pod warstwą liści, zalegających tu od jesieni, tropów zwierząt.
Właśnie w momencie, gdy dzielnie biegła, pokonując powalone pierwszymi wiosennymi burzami drzewa, natknęła się na wygniecioną w miękkiej ziemi racicę. Racicę łani. Dużej i silnej, jak mogła wywnioskować z głębokości tropu. Była wystraszona. Biegła na oślep, stawiając nierówno kończyny i co jakiś czas starając uderzyć tylnymi nogami coś, co ją goniło. Wadera szła za kolejnymi śladami, natrafiając również na plamki zaschniętej krwi, zalegające na liściach. Stopniowo zwiększała tempo pogoni, aż w końcu mogła być już w stu procentach pewna.
Nad rzeką, tuż przy drugi brzegu, leżała wycieńczona sarna. Połowa jej ciała leżała na suchym lądzie, połowę zaś obmywał łagodny nurt wody. Długa i głęboka na jakieś dwa centymetry rana pokrywała jej łopatkę. Zwierzę konało w męczarniach, nie mając szans na przeżycie. Była zbyt wyczerpana i stara, by móc walczyć jak jej młode towarzyszki. Odłączywszy się od stada natrafiła na zgraję wilków, która doszczętnie ją poraniła. Mimo tego, iż udało się jej umknąć, miała zapewnioną śmierć.
Yaenn przepłynęła na drugi brzeg. Zapach drapieżnika poruszył daniela, gdyż resztkami sił próbował stanąć na własnych nogach. Bez efektu. Wilczyca podeszła, zajrzała łagodnie w przerażone oczy zwierzęcia. Łapą zakryła jej ślepie, z uzbieranej w swym ciele czarnej materii utworzyła sztylet, a następnie szybko dobiła łanię, by zakończyć jej cierpienia.
Pomimo bycia wilkiem i żywienia się właśnie takimi stworzeniami, to coś w jej sercu zawsze kłuło ją, gdy przychodziło polowanie i moment zakończenia życia niewinnej istocie. Zawsze wzbierał się w niej żal widząc choćby zająca, któremu bestialsko przedłużano męki.
Zabrała się jednak do posiłku. Zabicie bez potrzeby jest jeszcze gorsze, niż samo zabicie.
Nie było jej niestety dane najeść się w spokoju. Po przeciwnym brzegu w dziennym świetle rysowała się sylwetka napotkanego wcześniej wilka. Przed paroma godzinami była miła, lecz teraz, w prawdopodobnym obliczu pojedynku, nie mogła okazać łagodności. Obnażyła więc kły, zjeżyła sierść na karku i warknęła ostrzegawczo w stronę basiora.

<Nathan? c:>

Od Ed'a

No cóż, zrobić... dołączyłem tu. Błąd czy najlepsza decyzja w życiu? Okaże się. Mieszkańcy tego miejsca wydawali się być dość przyjaźni. Albo to taka maska, by przyciągać nowych, albo naprawdę byli szczerzy i mili. Jak tylko bardziej ich poznam to ocenię. Póki co nie będę wystawiał żadnej opinii.
Dreptałem po topniejącym już śniegu. Trochę szkoda, bo nawet lubię zimę. Gorzej z jesienią. Jej nienawidzę. Brr. Od dłuższego czasu burczało mi w brzuchu. A do jaskini miałem daleko. Ah, szkoda... Umieram z głodu! Zjadłbym coś. Starałem się nie myśleć o kiszkach, które już mi marsza grały od dłużej chwili, co było trudne. Skupiłem swoją uwagę na nagłym wyczuciu obcego zapachu. Dziwna woń. Przynajmniej byłem pewny, że należała do jakiegoś wilka. Wilka lub wilczycy. Natychmiast zapaliła mi się lampka. Nowi znajomi? Chętnie! Z szerokim uśmiechem podążałem szybkim krokiem w stronę nieznajomego lub nieznajomej. Woń prowadziła w stronę jakiejś jaskini. Nie pomyślałem, że może być to czyjś dom. Po prostu wszedłem do środka dziarskim krokiem, szczerząc się jak głupi do sera. W ciemności, w najciaśniejszym kącie zauważyłem jakąś sylwetkę. Skrzydła? Huh, to w końcu wilk czy ptak?
- Ekhem, przepraszam? - odezwałem się. Cisza. Może to jakaś niemowa? Albo gryf? No w końcu skrzydła o czymś świadczą, nie? Nigdy nie widziałem żadnego wilka ze skrzydłami. Poruszyłem ogonem zniecierpliwiony. - Hej, ty tam, słyszysz mnie? Może nie mówisz po mojemu? Ro-zu-miesz? - spróbowałem sylabami. Przecież po świecie kręcą się różne niedorozwoje, nie żebym kogoś obrażał!
- Kim jesteś? - cichutki głos dotarł do moich uszu. Jego barwa była jakaś dziwna, jakby ten ktoś, w tym przypadku samica, bo od razu poznałem, się bał. Niby czego? Może jestem podobny do jakiegoś mordercy czy coś?
- Domyślam się, że kiedy odpowiem 'wilkiem' to ta odpowiedź niezbyt cię zadowoli, prawda? - zaśmiałem się, a na mój pysk wtargnął głupkowaty uśmiech. Słysząc prychnięcie, spróbowałem nieco spoważnieć. - Mówią mi Ed. Pokaż się. Nie musisz się mnie bać, nic ci przecież nie zrobię. - starałem się ją jakoś zachęcić do ukazania swojej postaci. Cofnąłem się o kilka kroków, robiąc jej miejsce. Być może była aż tak nieufna, że musiałem stać jakieś dziesięć metrów dalej?
Nie spytałem na razie o imię. Jeżeli będzie chciała to sama powie. Trzeba robić na samym początku wrażenie gentelmana, a nie wścibskiego szczeniaka!

<Inés? To jak, pokażesz swe piękne oblicze? XD>

Nowy basior - Ed!

A oto kolejny basior w Calme Loup. Bardzo cieszy mnie, iż taka doświadczona osoba jak ty postanowiła dołączyć do szeregów naszej watahy i pisać same niesamowite opowiadania. Życzę Ci tym samym mnóstwa szalonych chwil oraz poznania tej jedynej.
Ed
Piosenkarz
autor:Nie-Chcesz-Wiedzieć

Od Yaenn C.D. Edwyna

- Takie to to młode i niedoświadczone - uśmiechnęła się pod nosem, ukazując rządek białych, ostrych jak brzytwy zębów. Jej donośny głos popłynął nad taflą wody i w niezmąconym stanie dotarł do basiora. - Zabija mniejsze i słabsze, bo nie ma chęci zapolować na większe i silniejsze.
Znała podłoże rzeczki, jaką tworzył wodospad, na wylot, to też w parę sekund mogła dobrać miejsce, którym mogłaby dotrzeć na drugi brzeg. Z wolna zaczęła kroczyć ku nieznajomemu, zatapiając się coraz bardziej w wodę i jednocześnie oceniając siły swoje oraz jego, gdyby przyszło jej walczyć.
- Dałbyś mu jeszcze trochę czasu, a za pół roku mógłby zapewnić ci większe wyzwanie - pyskiem wskazała na młodziutkiego zająca, któremu zbyt wcześnie przyszło zakończyć życie. - Las nigdy nie zapomina.
Minęła wilka, zatoczyła koło i zatrzymała się obok niego. Teraz patrzyła na miejsce, gdzie jeszcze pięć minut temu poczuła zapach krwi. Nagle zrozumiała, że basior nie odzywa się ani słowem w obawie o swoją zdobycz.
- Spokojnie, nie zabiorę ci go - prychnęła, odchodząc parę kroków. Ten powoli odłożył swoją ofiarę, na wszelki wypadek przyciskając ją łapą.
- Kim jesteś, żeby mnie pouczać? - jego ton oddawał wyraźne lekceważenie, z jakim odnosi się do dość nietypowych nauk Yaenn.
- Nieformalnym strażnikiem natury, tropicielem oraz członkinią Calme Loup - odparła. - Jeśli okażesz choć trochę szacunku i zaangażowania, to jestem w stanie zaprowadzić cię do alfy oraz pomóc znaleźć schronienie na noc, jeśli nie chcesz spać na mrozie. Więc jak będzie?
Obcy ponownie wpił kły w martwego zająca i niechętnie podążył za wyjątkowo żywotną Yaenn. Wadera zwinnie i gładko sunąc po lesie szybkim truchtem, co chwila musiała spoglądać, czy jej towarzysz nadal kroczy udeptanymi przez czarne łapy śladami. Wyciągając swoje kończyny niczym pokazowy koń poruszała się tempem typowym dla siebie, lecz dla innych forsownym i trudnym do osiągnięcia. Zwyczajny trucht był za wolny, natomiast bieg za szybki i zbyt męczący.
Do leża Gustave'a dotarli na parę minut przed kompletnym zmrokiem. Wilczyca zatrzymała się sto metrów od wejścia, natomiast basiorowi nakazała iść dalej samemu. Objaśniła przedtem w paru słowach przebieg rozmowy, życzyła mu powodzenia, a sama ułożyła się wygodnie i błyszczącymi ślepiami zaczęła obserwować oddalającego się obcego.
Pół godziny potem, co dłużyło się niemiłosiernie, księżyc oświetlił zbliżającą się sylwetkę wilka. Yaenn podniosła się i zabrała za rozprostowywanie skostniałego ciała. Powitała nowo poznanego delikatnym, niezauważalnym wręcz uśmiechem.
- Chyba nie było aż tak źle? Spokojnie, twój królik przetrwał - wyciągnęła zza kamienia kolację nieznajomego i podtoczyła mu pod same łapy.
- Co z tym schronieniem, które mi obiecałaś?
Odpowiedział mu jedynie subtelny ruch głową w stronę skrytej w gąszczu, opuszczonej nory.
- Dopóki w pobliżu jest alfa możesz czuć się bezpieczny. Gorzej, jeżeli coś wywinąłeś.
Chwilę potem wadera okręciła się dookoła grubego pnia, szacując jego wytrzymałość, po czym jak doświadczona wiewiórka spiralnym ruchem wdrapała się na najniższą, względnie mocną gałąź. Niezbyt zainteresowana wyrazem pyska pełnym zdziwienia, a za razem rozbawienia, ułożyła głowę na wyciągniętych przed siebie łapach i oddała się najprzyjemniejszej pod słońcem czynności, jaką było spanie.
- Dobranoc - mruknęła na pożegnanie znikającemu w mroku basiorowi.
~*~
Zbudził ją śpiew ptaków, które umiłowały sobie wygodne miejsce na jej grzbiecie, zapewniające jednocześnie darmowe ogrzewanie dla zmrożonych stópek. Był jeszcze wczesny ranek, słońce dopiero zaczynało swoją wędrówkę, a przenikliwy chłód dał się we znaki nawet tak dobrze uzbrojonemu w futro wilkowi.
Spojrzała w stronę jamy, teraz znacznie bardziej widocznej w dziennym świetle. Wciąż wyglądała na opuszczoną, lecz przenikliwy wilczy wzrok był w stanie doszukać się w niej niezbyt gwałtownych ruchów.

<Edwyn? :3>

Od Gustave'a C.D Corrin

Ot zwykła rozmowa, która właściwie nie przebiegała za dobrze. Z jednej strony nie miał o czym z Nią rozmawiać, jednak z drugiej nie chciał, aby ta sobie poszła. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że niektóre sprawy warto przemilczeć, toteż nie nalegał na odpowiedź, kiedy wadera nie chciała jej udzielić. Wyszedł by nie tylko na nachalnego, ale i aroganckiego. Na takie zachowanie nie mógł sobie pozwolić, nie tylko ze względu na to, że był Alphą, ale głównie dlatego, że nie tego nauczył Go jego ojciec. Gustave co prawda poczuł małą łapę na swojej, nie dał jednak tego po sobie poznać, bo uczucie to było na tyle przyjemne, że nie chciał jej drobnej łapy bezczelnie zrzucić. Próbował jednak udać, że niczego w prawdzie nie doświadczył i istotnie nie widział tego, jak Corrin cofnęła się nieco, aby następnie się zarumienić.
- Istotnie. - rzucił, żeby zacząć. - Dotarłem tutaj nieco zmęczony. Ba. Cóż ja mówię. Byłem niezmiernie zmęczony. Widząc to piękne miejsce nie mogłeś nie podejść, a po czasie zdałem sobie sprawę, że owe dziewicze jeszcze do niedawna tereny są niezamieszkane. Nie miałem gdzie wracać, rodzina nie żyje, więc dlaczego nie miałbym zacząć tutaj wszystkiego od nowa? W prawdzie jednak nie podjąłem tej decyzji od razu, a dopiero, kiedy zaczerpnąłem nieco wody ze źródełka. - powiedział to, co uważał za słuszne. Nie uważał, że rozmowa o tym, co mu się przydarzyło i sam fakt, że rodzice nie mogą Mu towarzyszyć, była spowodowana tym, iż potrzebował litości. Nic z tych rzeczy. Być może i do dnia dzisiejszego nie miał rodziny, przyjaciół i wsparcia, jednak doskonale zdawał sobie sprawę, że bycie niezależnym należy ewidentnie do Jego mocnych stron. Radzenie sobie w trudnych warunkach miał bowiem wpajane od wieku szczenięcego. - Zadziwiający wręcz fakt, jak podziałała na mnie ta woda. To, co się później stało mogłem odebrać jako znak, czy coś, co wskazywało mi drogę. Nie mniej, cieszę się, że znowu mam dom. - dodał na końcu, nie chcąc mówić już nic więcej. Nastała cisza.
Po czasie, w towarzystwie Corrin, Gustave dotarł do Oasis. Miejsce samo w sobie było piękne, nie dziwne więc, dlaczego tak wiele zakochanych par wybierało się tutaj. Co prawda Gustave nie kochał Corrin, a zapewne i Ona Go nie kochała, jednak z drugiej strony, czy nie można tak po prostu zaproponować komuś spaceru? Można śmiało powiedzieć, że magia tego miejsca udzielała się zarówno Jemu, jak i Jego towarzyszce, która pomimo próby nieokazywania uczuć najwyraźniej została zaczarowana wyglądem tego miejsca. Rozmawiali. Być może nie jeden nie uznał by tego za naprawdę godną konwersację, jednak Gustave'owi taka w pełni wystarczyła. Nie chciał zmusza Corrn do tego, aby wyjawiała sekrety ze swojej przyszłości, toteż cała wymiana znań oscylowała między prawdziwymi ogólnikami. Czas mijał jak nieubłagany, a zanim basior zdołał się zorientować było już południe.
- Nie jest Pani może głodna? - zadał proste, jednak logiczne pytanie, bowiem od rana zajmuje czas tej damie, nie troszcząc się o jej potrzeby. - Mogę się przejść, aby coś upolować. Zapewne zgłodniała Pani przez rozmowę. Niech Pani wybaczy, że byłem aż tak bezczelnym gospodarzem. - dodał po chwili. Nie uważał, że Corrin jest za słaba. Nic z tych rzeczy. Miało to raczej wydźwięk taki, jaki mieć powinien, to jest basior powinien troszczyć się o pożywienie.

<Corrin?>

Od Inés

Dni mijały, a ja z powodu wcześniejszych przykrości związanych z nieprzyjemnie kojarzącą się osobą następcy tronu, przyszłego władcy watahy jej rodziny oraz kiedyś także mojej, traciłam siły oraz chęci do dalszej wędrówki, oraz dalszego życia. ‘Inteligentna i zaradna wadera zmieniła się w roztrzepaną ofiarę losu, z zesłanymi na nią, licznymi nieszczęściami i pomyłkami życiowymi.’
Musiałam radzić sobie na własną rękę, zdana tylko na siebie, bez przyjaciół, rodziny, bliskich mi osób. Po prostu sama. Uczucie braku żywej duszy przy sercu doskwierało mi jak nic innego. Ciągle tylko w głowie słyszałam radosne poszczekiwania szczeniąt, odgłosy wspólnego polowania i wszystko inne co przypominało mi jeszcze bardziej, że już nikogo nie mam. Pomimo, że moja rodzina żyła, moja nadzieja, że kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy umarła, razem z myślą o nadchodzącym szczęściu.
Czasem mam ochotę po prostu zasnąć i już się nie obudzić. Popaść w sen wieczny i ułożyć sobie życie w Niebie… Może chociaż tam by mi się to udało…
***
Kolej rzeczy miała się mianowicie. Straciłam wszystko poczynając po rodzinie i przyjaciołach, kończąc zaś na najważniejszym, czyli własnej wartości i pewności siebie. Straciłam osobę, dzięki której mogłam osiągnąć wszystko. Straciłam samą siebie.
***
Obudziło mnie jak co dzień poranny śpiew ptaków. Zjawisko niby codzienne, jednak że miło chociaż zostać obudzonym przez kogoś kto nie zrobi ci krzywdy i nie zhańbi.
Poranek zapowiadał kolejny dzień w głodzie i brudzie. W pobliżu nie było, żadnego jeziora czy chociażby małego strumyku. Miałam nadzieję, że pozostanę w tym miejscu już do śmierci, i że do końca dni będę mogła słyszeć cudowny śpiew bezbronnych, oddanych samym sobie istot. Gdyby nie to, to już pewnie sama wyszłabym na zewnątrz, aby sobie coś zrobić. Jednak jakaś dobra myśl, ten promyk nadziei trzyma mnie przy życiu.
Tego dnia jednak było cicho. Zbyt cicho. Miałam wrażenie jakby wszystkie istoty żyjące tutaj bez powodu uciekły i pochowały się po dziuplach i norach. Ja sama najchętniej schowałabym się do małe norki i nie wychodziłabym z niej do końca .
Postanowiłam przyjrzeć się zaistniałej sytuacji i wszyłam na chwilę z jaskini. Rozglądałam się to w lewo to w prawo i wreszcie ujrzałam jakiegoś wilka w oddali. Na szczęście była na tyle daleko, że pewnie mnie nie zauważyła. Szybko schowałam łepek do jaskini i odeszłam w jego najciemniejszy kąt.
Teraz mogłam się tylko modlić, aby istota odeszła i zostawiła mnie w spokoju. Słyszałam coraz to bliższe stąpanie po śniegu co było dla mnie sygnałem, iż wędrownik się zbliżała. Było go słychać coraz bliżej i bliżej, aż zdołałam usłyszeć ciche szmeranie pazurami jakby po kamieniu. Podejrzewałam, że był to ten oddalony od mojego schronienia o jakiś metr może półtora. Zamknęłam oczy i miałam nadzieję, że nic mi się nie stanie.

<Ktoś? Coś? C:>

Od Corrin C.D Gustave'a

Corrin cofnęła się z lekka, może o pół łapy, albo nawet ćwierć. Nie chodziło jej o jakiś wstręt do propozycji, w żadnym wypadku. Basior zachowywał się w bardzo wysublimowany sposób, co trafiało do jej wnętrza bezsprzecznie. Było coś takiego w nim, że aż nie mogła sobie pozwolić na odmówienie tej propozycji. Jakby ciche kuszenie, drugie dno tej wypowiedzi. Sama jej ciekawość podpowiadała, żeby przezwyciężyć lęki. Czuła się bezpiecznie, bo wiedziała, że Gustave raczej nie zrobi domniemanej krzywdy członkini swej watahy. Czuła się jednak niezwykle zaskoczona takową propozycją i musiała przyznać, że takiego obrotu wydarzeń się nie spodziewała. Spróbowała znów spojrzeć w Jego pełne dostojeństwa oczy i zauważyła, że cały czas w myślach Go komplementuje. Było to nadzwyczaj dziwne, dlatego postanowiła coś odpowiedzieć. Nie obawiała się tego, że basior się zniecierpliwi, ale zrobiła to tylko, by uspokoić swój umysł i wrócić do normalnego toku myślenia.
- Fm, przyznam, że od dawna już nie chodziłam w towarzystwie na przechadzki. Miło będzie więc to zmienić.- rzuciła mu chwilowy uśmiech, który aż sam cisnął jej się na pysk. Na pewno nie były to jej normalne odruchy przypisane do usposobienia, jednak poczuła miłą odmianę. Zawsze chyba lepiej zrobić coś szalonego. Nie mogła się jednak przyzwyczaić do towarzyszenia komuś, bo zazwyczaj to ona obierała sobie cele i chodziła jak chciała. Na początek szli w milczeniu, wsłuchując się w śpiew ptaków i miły dźwięk wiatru, który prześlizgiwał się między źdźbłami trawy. Corrin słuchała także miarowego kroku basiora, na czym z niechęcią się przyłapała. Nagle to Gustave przystanął i wciągnął głęboko powietrze w płuca.
- Wspomniałaś, że od dawna nie chodziłaś w towarzystwie. Czyli ktoś Pani niegdyś towarzyszył?- powiedział, a jego ton brzmiał trochę tak, jakby po prostu odklepał coś na szybko, tylko po to, by podtrzymać rozmowę, która i tak nie trzymała się zwarto. Akurat jej to nie przeszkadzało, wyraźnie preferowała takie wolne dialogi i radowało ją, że Alpha to znosił. Potem dotarła do niej treść pytania i postanowiła tym razem nie odwlekać tak odpowiedzi.
- Z różnymi wilkami. Zresztą, czy to ważne?- powiedziała dość skrępowana, woląc nie przypominać sobie o swojej przeszłości. Basior najwidoczniej zrozumiał, że nie chce podejmować tego wstydliwego i przynoszącego smutek tematu.- Teraz moja kolej na pytanie. Słyszałam od innych wilków, że od jednego z tutejszych wodospadów właściwie zaczęła się historia watahy, prawda?- zapytała, przypominając sobie istotny fakt. Słuchała wtedy innych na łące, a ta wiadomość akurat zapadła jej w pamięć. Nagle zdała sobie sprawę, że trzyma łapę na Jego pazurach i natychmiast się cofnęła. Wiedziała, że jest czerwona jak piwonia, więc szybko odwróciła głowę w stronę trawy.

                                                             <Gustave?>

Od Gustave'a C.D Corrin

Czy można powiedzieć, że rozmowa się nie kleiła? Sądzić można, że tak. Po prostu wymiana zdań, najprostszych, jakie tylko można ułożyć, jednak na tyle kulturalnych, aby nie uznać tego, za nieprzyjemną konwersację. Coś jednak sprawiło, że pomimo tego, iż nie była to wzorowa wymiana zdań, nie rozmawiało Mu się bardzo źle. Widać było, że Corrin czuje pewnego rodzaju szacunek, jakby wrodzony wręcz respekt, czy skruchę przed Jego osobę. Tak, czy inaczej Gustave nie miał zamiaru się wywyższać, przynajmniej nie przy Niej, a raczej w swoim własnym towarzystwie.
- Pani wybaczy. - rzucił, jakby w tonie przepraszania, bowiem i "Panienka" mogła Corrin urazić, zważywszy, że jest to raczej wyraz kierowany w stronę jeszcze niedorosłych wader, bądź takich, które swoim zachowaniem do tego prowokują. - Po prostu chciałbym zwracać się tak, abyś nie pomyślała, iż należę do basiorów niekulturalnych. - dodał po chwili, obojętnie wręcz. Nie chciał jednak wyjść na bardziej aroganckiego, niż w rzeczywistości był. - Może zechce mi Pani towarzyszyć podczas porannego spaceru? - widząc jej rumieniec, którym nieco wcześniej się oblała, uśmiechnął się jakby w duchu, po części ciesząc się, że tak oddziałuje na płeć przeciwną, a po części dlatego, że wadera nie znała Go na tyle, aby móc Go dobrze ocenić. Gdyby znała Go, często oschłego i zimnego gbura z pewnością nie oblała by się przy najbliższej sposobności rumieńcem. - Niedaleko znajduje się Oasis. Cudowne miejsce, jeżeli ktoś lubi odpocząć. - było to swego rodzaju zaproszenie na spacer, przedstawione jednak na tyle kulturalnie, że wadera nie powinna odmówić. Nie mniej, jeżeli odmówi, Gustave nie zamierza odpuścić tak łatwo. Coś Go w niej przyciągało. Nie, że stała się obiektem pożądania, jednak nieco podobnym do Niego usposobieniem jakby wręcz zyskała sobie w Nim pobratymca.

<Corrin?>

Od Edwyna

Było ciepło, miło, przyjemnie; wzgórza porastały wysokie trawy i wielobarwne kwiaty. Biegałem między nimi. Ja goniłem ją, a ona mnie. Tylko, że... kto to jest ona?
*
To tylko sen. Sen, z którego zostałem chamsko zbudzony przez zrzucenie na mnie jednej z ostatnich czap śniegu; mokrego, lepkiego, na wpół stopniałego śniegu. Nie odrywając łba od wciąż zimnej ziemi spojrzałem w górę. Na, teraz, pustej gałęzi siedział szary puchacz, przyglądający mi się swoimi wielkimi oczami. Machnąłem kilka razy łbem by zrzucić zimny śnieg i zimną wodę.
– Rozumiem, że próbujesz mnie stąd wygonić – powiedziałem. Nie doczekałem się odpowiedzi; puchacz jedynie przekręcił głowę w lewo. Wstałem, przeciągnąłem się, ziewnąłem. Mlasnąłem kilka razy i stwierdziłem, że przyda mi się małe co nieco skoro już się obudziłem.
Na horyzoncie była jedynie różowa łuna zwiastująca kolejny dzień. Zastanowiłem się gdzie może znajdować się aktualnie potencjalna zdobycz. Ruszyłem na niewielką polanę, która znajdowała się w pobliżu.
Węszyłem niedługo gdy wpadłem na świeży trop. Wyśledziłem ofiarę – młodego zająca; przyczaiłem się w pobliżu. Młody zając nie znał jeszcze wielu tajemnic życia i jego niebezpieczeństwa – i raczej nigdy nie będzie mu dane je poznać. Skoczyłem na niego bardzo szybko, a moje kły z łatwością zatopiły się w ciepły, młodym ciele. Zając nie wydał żadnego dźwięku (no, chyba, że tupanie o ziemię się liczy); jedynie podskoczył kilka razy w konwulsjach. To wszystko. Mój pysk wypełnił smak krwi.
Już się zabierałem do zjedzenia szaraka gdy w moje nozdrza, prócz woni krwi i mięsa, wkradła się inna woń – woń wilków! Taak, z pewnością kilku wilków; nie jednego. Złapałem zająca w pysk i ruszyłem za zapachem.
Dotarłem do niewielkiego wodospadu. Woda po kamieniach płynęła leniwie; nigdzie jej się nie śpieszyło. Drzewo obok dopiero co zaczęło puszczać tegoroczne pąki. To wszystko tworzyło złudzenie, że czas płynie tu wolniej lub, że się zatrzymał. Było tu spokojnie.
Z zamyślenia, które spowodowane było tym miejscem wyrwał mnie odgłos stukania pazurów o kamień w pobliżu. Sądzę, że normalny wilk by tego nie usłyszał.
Na tle wschodzącego słońca wyraźnie odbijała się sylwetka wilka.

<Ktoś niech dokończy, proszę.>

Powitajmy rok 2015!

Pragniemy wszystkim Wam życzyć szczęśliwego NOWEGO ROKU 2015!
Jak tam z postanowieniami?

"Choć nie mam czarnego cylindra,
chciałabym Ci z niego wyczarować na Nowy Rok 
same kolorowe dni,
w których i dla mnie znalazłoby się trochę miejsca."
życzy administracja, dzisiaj w szampańskim nastroju!