niedziela, 4 stycznia 2015

Od Ed'a CD. Inés

Inés najwyraźniej do tych bardzo rozmownych nie należała. Opowiedziała mi swoją historię. Urodziła się we Francji. Kropka. I już, koniec? Myślałem, że po prostu zabrakło jej tchu czy coś. A ona zakończyła swą jakże rozległą opowieść. Cóż, muszę przyznać, że nieco się zawiodłem. Liczyłem na minimum pięć zdanek. Rozbudowanych zdanek. Zresztą... to nawet nie była historia, a raczej miejsce, w którym się urodziła. A o to żem nie pytał. Westchnąłem cicho. Pojąłem, że tyle musi mi na początek wystarczyć. Na początek? A może na zawsze? Sam nie wiedziałem. Miałem nadzieję, że w końcu się otworzy. I powie mi, dlaczego taka jest. Cicha, spokojna, bojaźliwa. Może jakaś trauma? Czy też przypominałem wandala, który skrzywdził ją lub jej krewnych? Nie wiem. Byłem bezradny.
- No dobrze - mruknąłem wreszcie, by przerwać narastającą między nami ciszę. W dialogu zrobił się pewien zastój. A rozmowę chciałem podtrzymać. Przynajmniej do momentu aż zacznie się polowanie. - Pojąłem, że nie masz ochoty na zwierzanie się i inne takie, więc... może jakiś inny temat? O czym masz chęć porozmawiać? - gdzieś tam w głębi liczyłem na to, że przypadkowo, gdy będziemy gadać o 'wszystkim i niczym'. wymsknie jej się coś na temat jej przeszłości czy też charakteru. Maluteńki szczególik. Coś, cokolwiek.
W odpowiedzi pokręciła przecząco głową. Niemowa? Oh nie, proszę. Czy nie mogła powiedzieć tego krótkiego, dennego 'nie', tylko odpowiedziała gestem? Czyste lenistwo, ugh. Poruszyłem zirytowany ogonem. Lewa, prawa, lewa, prawa... Nie wiedziałem, na czym się skupić. Liczyłem kroki, swoje i jej oddechy... Wszystko, byleby tylko przestać się nudzić. Przejechałem jęzorem po ostrych kłach. Coś mi się do nich przykleiło. Chyba pozostałość po przekąsce sprzed dwóch, lub trzech, godzin. Zwinnie przełknąłem kawałek mięsa, który odnalazł swoje miejsce w moim żołądku. Miałem nadzieję, że tego nie zauważyła, bo mogło być to iście obrzydliwe. A ja, powtórzę się setny raz, chciałem robić dobre wrażenie. Niestety na swe nawyki nic nie poradzę. Dreptaliśmy jeszcze wolno w - o zgrozo - ciszy przez około pięć minut. Naszym oczom ukazała się rozległa polana, oblana promieniami wiosennego słońca. Uśmiechnąłem się. Wciągnąłem do nozdrzy zapach świeżej porannej rosy. Wypuściłem nadmiar powietrza pyskiem, wzdychając tym samym z zadowolenia. Delikatny zefirek muskał nasze sierści. Czasami czesał nas pod włos, a czasami przyklepywał futro. Ów polana wydawała się być pusta, jednak wytrawny łowca spostrzegłby, iż między długimi źdźbłami trawy przemykają brązowe sylwetki łani. Gdzieś również przemknęło poroże króla lasu. Postawiłem uszy na sztorc i wsłuchiwałem się. Wyczuwałem leciutkie drgania ziemi, spowodowane stąpającymi po polanie kopytami.
- No to co serwujemy na śniadanie aka obiad? - spytałem, śmiejąc się cicho i spoglądając na towarzyszkę. Dla mnie była to jedynie przekąska między posiłkami. A takich przekąsek w ciągu dnia potrafiłem pożreć z siedem. Rekordzista, rzekłbym. Zamerdałem ogonem niczym pies. Patrzyłem na nią wyczekująco. Damy mają pierwszeństwo, więc niech to ona obierze cel i wskaże go, a ja z chęcią pomogę jej upolować wybraną zdobycz. Oby tylko nie przesadziła i nie zechciała atakować jelenia.

<Inés? Mordko, alimentów i tak nie dostaniesz, heuheu!>

Od Olivera CD. Gwyneth

- Co robisz? - powtórzył basior, widząc zdziwienie malujące się na pysku wadery - Nie powinnaś wstawać. Twój organizm jest wycieńczony, ledwo co zdołałem cię odmrozić. Połóż się z powrotem, i tak wiele nie przejdziesz zanim ponownie upadniesz. Po za tym wciąż jesteś poraniona, o popatrz już ci się jedna rana otworzyła. Nie możesz teraz tracić zbyt wiele krwi. Jeżeli chcesz przeżyć słuchaj proszę tego co mówię.
Popatrzył na nią z uwagą i troską. Fakt, że udało mu się odratować wilczycę graniczył z cudem. Natrafił na jej zmarznięte ciało całkiem przypadkiem podążając niewyraźnym już tropem jej zapachu oraz aury. W pierwszej chwili wziął ją za martwą, i dopiero po dokładniejszych oględzinach zauważył u wilczycy puls oraz słabo tętniącą magię. Bez zastanowienia tchnął w nią nieco życia, starając się ogrzać ją i przywrócić wszystkie funkcje życiowe. Na szczęście organizm wadery był silny i szybko przywrócił się do jako tako dobrego stanu. Mimo to wciąż wymagała opieki i basior nie miał zamiaru teraz jej nigdzie puszczać.
Wilczyca przypatrywała mu się przez dobrych kilka minut po czym zastosowała się do jego poleceń i wróciła z powrotem na nieco podarty koc, na którym położył ją wilk. Złożyła głowę na przednich łapach i choć dawała wrażenie spokojnej nie dało się nie zauważyć iskierek bólu, które pojawiały się w jej oczach. Basior ponownie się o nią zatroskał i podszedł z przygotowanym wcześniej naparem. Położył kubeczek przed jej nosem i uśmiechnął się łagodnie.
- Napij się - rzekł - To wywar z ziół stepowych rozgrzeje cię i przyśpieszy zaklepywanie się ran. Po za tym bardzo dobrze smakuje, nie jak większość lekarstw - puścił do niej oczko - Po za tym w te mrozy powinnaś owinąć sobie łapy jakimś bandażem lub materiałem - wskazał na swoje nogi owinięte w bladoniebieską tkaninę - Dzięki temu nic sobie nie odmrozisz oraz nie zranisz o jakieś ostre krawędzie pod śniegiem.
Wilczyca pokiwała lekko głową sięgając po czarkę z parującym naparem. Wzięła ostrożnie mały łyk smakując napoju. Zgodnie ze słowami wilka miał delikatny, słodkawy smak, który przyjemnie rozpływał się na języku i w przełyku.
Kiedy wadera powoli popijała, basior przytargał bliżej całkiem sporą sakwę. Pogrzebał w niej chwilę, by w końcu wyciągnął kilka pasm tkaniny o miętowym kolorze.
- Pozwolisz,..? - spytał, jednocześnie sugerując by wilczyca także się przedstawiła.
- Gwyneth - odparła - Pozwolę. Miło z twojej strony, ..?
- Oliver - uśmiechnął się podchodząc do niej - Owinę ci łapy bandażem. Nie powinien sam się rozwinąć, dopiero gdybyś zaczęła przy nim coś robić, szarpać czy coś, ma szansę się rozpaść. Tak to powinien przetrwać wszystko co mu zaserwujesz.
Delikatnymi, wystudiowanymi ruchami zawiązał materiał wokół łap wadery dbając o to, żeby nie miał szans się odwiązać i nie przepuszczał zimna ani śniegu. Cała praca nie zajęła mu nawet dziesięciu minut. Usatysfakcjonowany z jej wyników spojrzał uważnie na wilczyce, uśmiechając się pod nosem.
- Pasują ci - rzucił swobodnie wracając do swojej sakwy. W kilka chwil przygotował sobie rozgrzewający napój z winogron, po czym z powrotem podszedł do wadery.
- Więc Gwyneth - zaczął sympatycznym tonem - Co cię przywiało w te, obecnie, niegościnne strony?

<Gwyneth? ;3>

Od Inés CD. Raven



Cisza, spokój. Nie spodziewałam się tak błogiej, wręcz sielankowej ciszy w ten słoneczny dzień. Idealny wręcz na popołudniowe odpoczywanie w cieniu pobliskiej brzózki, która dawała mały, jednak kojący cień. O dziwo wiatru praktycznie dzisiaj nie było, co najwyżej ‘raz na Ruski rok’.
Mój wypoczynek przerwały dziwne, nieznajome mi odgłosy. Jakby… szloch? Otwarłam zmrużone oczy i minęła chwila zanim przyzwyczaiły się do światła dochodzącego ze słońca przebywającego teraz na samym środku nieba. Coś we mnie kazało mi podążyć w tamtą stronę i dokładnie przyjrzeć się ów zjawisku. Nie było to daleko, może jakieś dwieście, lub trzysta metrów, jednak mój słuch dawał się czasem we znaki, najczęściej w nieodpowiednich dla mnie chwilach. Ku mojemu zdziwieniu naprzeciw mnie pojawiła się sylwetka szczupłej, drobnej, cicho szlochającej wadery. Coś w mojej głowie nie pozwalało mi przejść obok skołowanej wilczycy, na tyle, że nie zauważyła mojej osoby.
- Dlaczego płaczesz. – zaczęłam zbliżając się o parę kroków. Teraz dzieliły nas tylko jakieś trzy metry.Wadera spojrzała na mnie, jakby pierwszy raz zobaczyła wilka. Nie wiedziałam, czy należy do watahy, czy się zgubiła... Chwilowo najważniejsze było moje bezpieczeństwo, wolałam wiedzieć, czy wadera nie ma złych zamiarów wobec mnie, czy wobec watahy...

<Raven? wybacz brak akcji ://>

Nowy basior - Noah!

Oto kolejny basior w Calme Loup! Cieszę się, że jeszcze ktoś postanowił stworzyć rodzeństwo i tym samym stworzyć kolejnego wilka! Mam nadzieję, że zostaniesz z Nami na długo, razem z Nami będziesz się dobrze bawił i się śmiał!
Noah
Cichociemny
autor: Karolinacb

Od Maemuki C.D Browna

Wstałam i otrzepałam swoją sierść z ziemi. Po wstępnych oględzinach wydawało się czyste, ale na moim ogonie utknął suchy listek, jeszcze z jesieni. Za nic nie mogłam go dosięgnąć.
- Może... ci pomogę? - mruknął rozbawiony Brown, widząc jak zataczam niewielkie koła, zupełnie jak wilczątko, które nie zdaje sobie sprawy z tego, co ma po swojej drugiej stronie i bezskutecznie próbuje to złapać.
- Jakbyś mógł. - odparłam, stając w miejscu. Ciastek jednym sprawnym ruchem wyjął z mojej długiej sierści na ogonie. - Dzięki. - uśmiechnęłam się lekko i znów wpatrzyłam się w tą niewielką plamkę na jego pysku. Jest taka... urocza.
- Nie ma za co. - również się uśmiechnął. Myślałam, że teraz nastąpi ta niezręczna cisza, ale spotkania z Brown'em nie należą do tych, w których nie wiadomo, co powiedzieć. - Polowanie?
- Nie, nie jadam mięsa. - zdziwił się lekko moją odpowiedzią.
- Jak to? przecież jesteś wilkiem? poza tym, harmonia i te sprawy... No wiesz, tak jakby jesteś stworzona, żeby zabijać.
- Owszem. Tylko, że niektóre wilki nadużywają tego swojego "stworzenia do zabijania". Panuję nad naturą i harmonią, podobnie więc jak reszta wilków o mocy harmonii, równoważę nadmierne zabójstwa napalonych wilków. Rozumiesz?
- Tak.
- Poza tym... Jakoś nie widzi mi się zatapianie kłów w bezbronnej sarnie. To nie dla mnie... - westchnęłam, przypominając sobie moje pierwsze i jedyne zabójstwo.
- Więc co tu robisz?
- Wspominam swoje dzieciństwo. To dzieciństwo, które przeżyłam, zanim moją rodzinę porwał chaos, a moim zaginionym bratem okazał się Shogain. A ty, co tu robisz?

<Brown?>

Od Shōgaina C.D Chaos

Odpowiedź mnie zszokowała.
- Trzy dni?! Jakim cudem?!
- Mówili, że to efekt wyczerpania... - wadera była nieco zdezorientowana moim zachowaniem. Ale nie wiedziała tego, co ja.
Chaos coraz bardziej mnie wyniszcza. Mam coraz mniej sił, kiedyś w końcu spadną do zera. A dzieje się to niezwykle prędko.
- Coś się stało? - Chaos, lekko zaniepokojona moim zachowaniem spytała, chyba z grzeczności.
- Nie. - otrząsnąłem się z osłupienia i rozłożyłem skrzydła, aby je otrzepać. Odebrała to jako zły sygnał.
- I teraz tak po prostu sobie odlecisz?
- Nie. - złożyłem skrzydła. - Dotaszczyłas mnie tutaj sama?
- Mhm.
- Dzięki. Może jakieś polowanie na zgodę? Chyba nie byłem zbyt miły...

<Chaos?>

Od Shōgaina C.D Nyanne (Raven)

- Nie chce zostać uleczona, bo domaga się wytłumaczenia. - popatrzyłem chłodno na Raven i opanowałem łzy. Nie powinny mnie widzieć w takim stanie. Gestem łapy odgoniłem fioletową waderę, która zrobiła dla mnie miejsce przy Nyanne.
- Nie jestem pewien, czy chcesz to usłyszeć Mae.
- Nie krępuj się, mów.
- Dobrze. Zatem Nyanne wytłumaczę ci wszystko, a ty Raven możesz słuchać, ale jeśli szepniecie komuś chociaż słówko o tym, co tu zaszło, to przysięgam, że was rozszarpię. - miałem tak stanowczą i poważną minę, a moje oczy aż świeciły stanowczością, że chyba zrozumiały, iż nie żartuję. - Urodziłem się w Hadesie, a moja matka zaraz po narodzinach mnie porzuciła. Nie zrobiła tego, bo mnie nie kochała. Miała skomplikowaną sytuację z władcą podziemi, wciągnął ją, kiedy była w zaawansowanej ciąży ze mną, i z ojcem do Hadesu. Chyba pożądał mojej matki, bo ojca natychmiast wysłał na Pola Kary. Ale Enyo, nasza matka, miała wybór.
- Dlaczego mówisz "nasza"? - spytała z wyraźną trudnością Nyanne.
- Mae jest moją siostrą.
- Jak to? - tym razem zdziwiła się Raven. Zdenerwowałem się nieco.
- Dajcie mi dokończyć, do cholery jasnej! Nasza matka miała wybór: pozostać w Hadesie, a mnie wysłać do świata żywych lub odwrotnie. Na tamtym świecie została Mae, ponieważ kiedy Hades nas porywał, ona bawiła się głęboko w lesie. Jak można się spodziewać, matka wolała wychować choć jedno z nas, niż dać obojgu zginąć.
- Ale moja rodzina nigdy mnie nie odnalazła...
- Otóż to. Władca podziemi był przebiegły i zaaranżował moje wpadnięcie do Lete. Przez przypadek zachłysnąłem się jej wodą, tak pełną chaosu, że sam po części się nim stałem. I to pozwoliło mi wrócić na powierzchnię. A nasi rodzice zostali na Polach Kary, z tego co mi wiadomo. Tyle.
- No dobrze... A co z córką? - czyli jednak pamiętała. Miałem nadzieję, że nie będę musiał o tym wspominać...
- Związałem się z wilczycą, która przeszła przez Hadesa to, co nasza matka. Z tym, że ona wolała wysłać naszą córkę na ziemię. Podziemne krainy również ją napełniły chaosem, którego ona za nic nie chciała się pozbyć. W ten sposób zmarła, z cuchnącą nieładem rana po rogu jelenia. Ty też masz wybór.

<Nyanne?>

Od Nathana C.D Yaenn

Zaskoczyła go ta niezwykła propozycja. Nie spodziewał się jej ze strony Yaenn. Jednak tak bardzo kusiła go wyprawa w góry. „Nate, tak łatwo cię naciągnąć.”- myślał. Nie mógł odmówić. Nie chciał odmawiać.
- Chętnie.- odparł i dźwignął się z ziemi.
Cóż więcej mówić? Ruszyli w drogę. Zanim dotarli na miejsce całkiem się ściemniło.
- Jesteśmy na miejscu.- powiedziała wadera. Znajdowali się teraz na jednym z najwyższych szczytów łańcucha górskiego, który otaczał watahę. Nathan ujął w łapę swój kompas. Igła obracała się bardzo szybko, co jakiś czas zmieniając kierunek. Obserwował ją w trakcie drogi. W miarę, kiedy zbliżali się do szczytu obracała się coraz szybciej i coraz gwałtowniej zmieniała kierunek.
- Więc co dokładnie chcesz sprawdzić?- zapytała przechylając głowę lekko w prawo. Patrzyła na niego jak na dziwaka, jednak w jej oczach krył się cień zaciekawienia.
Nie odpowiedział. Zwyczajnie podszedł do kamiennej ściany i położył na niej swą lewą łapę. Chwilę stał w milczeniu, słuchał. Owszem, słuchał szeptów skały. Starał się wyczuć rudę żelaza, a gdy osiągnął sukces gwałtownie ruszył łapą do tyłu. Na ścianie pojawiło się pęknięcie, a z niego wylało się płynne żelazo. Ciekły metal chwilę unosił się w powietrzu. Krople zbijały się ze sobą tworząc jedną wielką. Taką oto kroplę (niemałych rozmiarów) basior złapał w łapę i ścisnął.
- Nie parzy cię?- zdziwiła się wadera. Podeszła bliżej z uwagą przyglądając się całemu zabiegowi.
- Nie jest gorące. Sama zobacz.- mruknął w skupieniu. Otworzył łapę w której trzymał czyste żelazo, teraz z formie obręczy, ciężkiej bransolety, którą wsunął na nadgarstek Yaenn. Przyglądała się chwilę dziwnej ozdobie w ciemnym kolorze. Chwilę ważyła ją na łapie.
- Jeśli chcesz, zatrzymaj ją.- powiedział cieniem uśmiechu na pysku.

<Yaenn? Wena się ulotniła :c>

Od Yaenn C.D. Olivera

Zaloty od obcego basiora mogły zmusić ją co najmniej do przyłożenia mu w twarz. Zbyt wygórowane wyobrażenia mogą skutkować także rozszarpaną łapą, pyskiem, grzbietem lub czymkolwiek innym co znajdzie się w zasięgu kłów wadery. Dla flirciarzy nie miała litości w przeciwieństwie do tych, którzy potrafili zachować się w miarę neutralnie.
- Daruj sobie takie odzywki, bo następnym razem nie będę już wyrozumiała - warknęła, strosząc pióra na karku. Agresję miała wręcz w krwi, więc nie potrzebowała zbytnich przygotowań do ataku. Gwałtowne skoki adrenaliny, jakie potrafiła u siebie wywołać, robiły wszystko co było jej do potyczki potrzebne.
Odwróciła się z gracją i zaczęła wolno kroczyć przez las. Oliver oczywiście podążył za nią, zbyt zainteresowany wszystkim co go otaczało i historią miejsca w którym się znajdował, by przepuścić możliwość dowiedzenia się od niej czegoś więcej.
- Znajdujesz się właśnie w Górach Północnych na terenie należącym do watahy Calme Loup. Alphą jest tutaj Gustave i mimo, że ma złote serce to nie polecam lekceważyć jego słów, zarówno tych będących radą jak i poleceniem. Wie o życiu znacznie więcej niż jakikolwiek inny wilk w promieniu stu mil - zaczęła z lekką niechęcią, lecz potem zdołała się zmusić do zachowania kulturalnego i łagodnego tonu. - Jednym z miejsc jakie powinieneś omijać szerokim łukiem, jeśli chcesz, naturalnie, pozostać przy życiu, jest Utopia. Żaden osobnik mający zdrowy rozsądek nie odwiedza jej okolic bez poważnego powodu.
Tak zwiedzili praktycznie wszystkie możliwe do odwiedzenia tereny, a Yaenn przy każdej nowej okolicy starała się wygrzebać z pamięci kilka ciekawostek lub legend, jakie powiązane były z daną lokacją. Każda dodatkowa wiadomość coraz bardziej radowała basiora i praktycznie nie wiedział czym bardziej ma się przejmować oraz cieszyć. Zadawał pytania, komentował, dziękował i przepraszał za coś, czemu teoretycznie nie był winien.
Tuż przed zmrokiem oraz wieczornym deszczem zdołali się skryć w jednej z jaskiń. Skończyli teoretycznie zwiedzanie, lecz powrót ze skalistych szczytów obmytych deszczem, śliskich i niebezpiecznych, okazał się znacznie trudniejszy, niż przewidywali. Przeczekanie oberwania chmury było dla nich jedynym wyjściem.
Wadera otrzepała futro z wody i szybko zbadała grotę aby znaleźć dogodne miejsce do leżenia. Znalazła w ścianie niewielką wnękę, w której mogła się bez problemu zmieścić i obserwować czy sytuacja na dworze nie ulega zmianie. Wdrapała się na skalne “łoże”, pomagając sobie nieco skrzydłami, po czym krytycznym wzrokiem spojrzała na wciąż krzątającego się w dole Olivera. Chcąc uspokoić buzującą w niej krew okryła się piórami i zajęła rozmyślaniem, odciągając myśli od nowo poznanego wilka.

<Oliver?>

Od Raven C.D Nyanne

Weszłam do jaskini, w której ulokowano poważnie ranną waderę - Nyanne i od razu na wejściu szczęka mi opadła.
Nad ową waderą stała Maemuki, ale w odróżnieniu od ostatniego razu, gdy z nią miałam okazję rozmawiać, jej mina była ponura, jeśli nie rzec: lodowata. Drugim wilkiem, stojącym na własnych siłach w jaskini, był Shōgain. Tu również spotkał mnie szok, bo ten zamknięty w sobie ponurak płakał. Shōgain płakał.
Otrząsnęłam się, wcale nie pozostając na długo w transie i podeszłam bliżej, kładąc łapę na ramieniu Maemuki i odciągając ją na chwilkę na bok.
- Nie możecie jej uleczyć..? - zapytałam cicho, a ona skinęła głową, lekko skołowana.
- Shog nie może wyciągnąć z niej chaosu, jeśli ona nie będzie tego chciała. - wytłumaczyła mi.
- A nie chce, bo..? - pokręciła głową - Zabierzesz go na sekundkę z pokoju..? - poprosiłam i odwróciłam się do Nyanne.
- Kim jesteś? - zapytała mnie, gdy przycupnęłam obok niej, posyłając w jej stronę łagodzącą magię.
- Mam na imię Raven. - odpowiedziałam z ciepłym uśmiechem - Zdradzisz mi, dlaczego nie chcesz być uleczona..? - poprosiłam.

Nyanne? Shōgain? Maemuki?

Od Yaenn C.D. Nathana

Poprowadziła go ścieżką bliżej wodospadu, na niewielką skarpę. Rosnący tam dąb rzucał miły cień zapraszając do spędzenia pod ochroną jego liści paru chwil. Ułożyła się wygodnie przy pniu, wyciągając łapy przed siebie i kładąc na nich głowę. Przymknęła ślepia, napawając się śpiewem ptaków oraz nader miękką trawą. Dopiero po kilku minutach wyimaginowanego szybowania w obłokach przypominała sobie o Nathanie. Basior siedział dwa metry dalej wpatrzony w pieniącą się o skały wodę. Znów nad czymś myślał.
Nie chciała mu przeszkadzać, aczkolwiek coraz częściej przyłapywała się na raczej niepotrzebnej trosce. Była starsza, nieco bardziej doświadczona i czując, że przekazuje te najlepsze z nauk komuś młodszemu, robiło się jej ciepło na sercu. Pragnęła, by kiedyś tak jak stara szamanka dla niej, mogła stać się czyimś mentorem.
Zauważyła, że wilk spogląda na swój kompas. Wpatrywał się w niego intensywnie, jakby oczekiwał odpowiedzi, lecz naturalnie nie mógł jej otrzymać. Yaenn mogła zapytać, aczkolwiek zawsze istniało prawdopodobieństwo, iż nie otrzyma szczerej odpowiedzi. Pozostawało jej tylko się domyślać.
Na takim bezcelowym ślęczeniu w jednym miejscu i nie wykonywaniu żadnej określonej czynności spędzili ponad trzy godziny. Przez ten czas nie zmienili ani położenia, ani pozycji w jakiej się znajdowali. Tkwili niczym posągi - Nathan zajęty grzebaniem we wspomnieniach, a wilczyca zwiedzaniem krainy Morfeusza.
Gdy jej oczęta ponownie zdecydowały się oglądać świat, niebo przybrane było w pomarańcze, róże i fiolety, a na zachodzie widniały również smugi granatu. Gdzieś w oddali księżyc, wciąż niewyraźny i jakby za mgłą, zaczynał swoją wędrówkę po niebie. Miał dziś kształt croissanta i był równie intrygujący jak zawsze. Spojrzała w stronę, gdzie spodziewała się ujrzeć swego towarzysza. Siedział tam, gdzie widziała go przed zaśnięciem. Wstała więc, przeciągnęła się i podeszła do basiora, zajmując miejsce obok.
- Wciąż zastanawiasz się nad nieprawidłowym działaniem kompasu? - bardziej stwierdziła to aniżeli zapytała.
- Tak, znaczy… nie do końca - odparł. Chciał zwieść ją z tropu, lecz ona była zbyt wprawiona w takich rzeczach, by dała się teraz na to nabrać.
- Jeśli chcesz to możemy iść w góry i pokażę ci źródło tych zakłóceń - uśmiechnęła się. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to co widujesz czasem w koszarach może sprawiać takie kłopoty.
- Co konkretnie? - propozycja wyraźnie go zainteresowała.
- Żelazo. Ogromne pokłady żelaza. Jeśli masz ochotę, to możemy obejrzeć je z bliska. Więc jak?

<Nathan?>

Od Inés

O dziwo, z dnia na dzień moje życie coraz bardziej przypomina dawne. Mam więcej powodów do radości, więcej obowiązków, które wypełniają mój plan dnia, oraz mnie samą.  Im dłużej jestem w Calme Loup oraz im więcej osób poznaje, tym bardziej czuje, że się zmieniam, na lepsze. Moja wiara w siebie i poczucie własnej wartości nadal są bardzo niskie, można powiedzieć, że wręcz bliskie zeru, jednakże czuje, że z każdym dniem, z każdym poznanym wilkiem wzrastają, minimalnie, ale zawsze.
***
Dzisiejszy dzień nie zapowiadał się szczególnie wyjątkowo. Przeciętny, chłodny, aczkolwiek słoneczny wiosenny poranek zawitał do mej skromnej małej jaskini. W pobliskim lesie zauważyć można było budzącą się z zimy florę i faunę. Miło tak czasem zaobserwować rosnące kwiaty, czy dopiero co obudzone, harcujące na drzewach wiewiórki. Wszystko to potrafiło świetnie poprawić humor.
W tym dniu nie miałam nic zaplanowane, jedynie oprócz krótkiego, porannego spaceru, aby rozejrzeć się po okolicy i zobaczyć czy wszystko jest w należytym porządku. Powoli wyszłam z jaskini stąpając na świeżej, mokrej od porannej rosy trawie. Zaczęłam bacznie rozglądać się po okolicy przyglądając się wszystkiemu co podejrzane, aby nie zakłócać dziennego spokoju. W końcu z jakiegoś powodu wybrałam mieszkanie z dala od centrum watahy i innych wilków.
Mój spokój zakłócił cichy szmer oraz nieznajoma woń w powietrzu. Teoretycznie mógłby to być wilk z watahy, którego jeszcze nie poznałam, jednakże ostrożności nigdy nie za wiele. Podążyłam w kierunku obcego zapachu i już po chwili natrafiłam na spożywającego posiłek, beżowego basiora o ciemno brązowej grzywie.
- Przepraszam. – zaczęłam kulturalnie, aby nie zbłaźnić się w przypadku, gdyby był to osobnik z watahy.

<Oliver>

Od Edwyna C.D Yaenn

Potworne gorąco; pot wpadający do oczu, nosa, pyska oraz ogromny wysiłek by cokolwiek przesunąć o metr doprowadziły mnie do wycieńczenia. Niedługo po rozpoczęciu roboty wszystko zaszło mgłą i... było mi wszystko jedno.
Teraz przede mną stała znajoma uskrzydlona sylwetka starająca się coś do mnie powiedzieć. Obróciła głowę. Znów obróciła – teraz w moją stronę. Znów próbuje coś mówić... Czemu...? Czemu jej nie rozumiem. Chcę ją rozumieć, więc czemu?
Spojrzałem w dół, na kamienie. Yaenn potrząsnęła mną, ale tym razem naprawdę mocno. Potrząsnąłem łbem i spojrzałem na nią.
– Yaenn... – udało mi się wykrztusić.
– Edwyn! – krzyknęła uradowana wadera. Nie miałem pojęcia czemu, ale... przytuliła mnie.
– S-Spokojnie. Wszystko jest w porządku.
Oczywiście nie mówiłem serio; jak wiele osób w takich momentach. Zdanie „Wszystko w porządku.” jest jednym z najczęstszym kłamstwem. Ale co powiedzieć w takiej chwili? Tak; tylko to.
– Musimy się stąd wydostać – powiedziała Yaenn po chwili.
– Ale jak? – spytałem patrząc jej w oczy. – Ciebie zauważą na niebie. W tunelach ze skrzydłami możesz się nie zmieścić.
– Nie, nie zmieszczę się, masz rację – przyznała się wadera. – Ale przecież ty coś masz, nieprawdaż? Nie dokończyłeś mi mówić co to takiego.
– Potrafię biegać bardzo, bardzo szybko.
– Teraz dałbyś radę?
Zastanowiłem się chwilę. Użycie tej mocy zawsze kosztowało mnie sporą ilość energii. Ale teraz chodziło o życie nas obojga...
Po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw skinąłem głową i objaśniłem wilczycy jak to zrobimy.
– Ale najpierw musimy się stąd wydostać, nie sądzisz? – spytała.
– Reagowanie jest wtedy szybsze – objaśniłem. – Mogę się stąd wydostać... Tak sądzę. Na zewnątrz dla nich będziemy jedynie smugą.
Yaenn rozejrzała się jeszcze raz... Jak to możliwe, że nas jeszcze nie złapali? Może to jej szczęście...
– Dobra, spróbujemy.
Yaenn weszła na mój grzbiet. Mi towarzyszyły w tamtym momencie dziwne uczucia.
– Gotowa?
– Tak.
Odetchnąłem i ruszyłem. Niemal z miejsca z zawrotną prędkością. Nieznajomość terenu nigdy nie może być dobra, ale w tamtej chwili... Chyba nieźle sobie radziłem. W uszach dźwięczył mi tylko pęd powietrza.

<Yaenn? Wiem, dosyć nieudane... :/>

Od Corrin C.D Gustave'a

Ranek miał się odbyć w zupełnie innej atmosferze, o wiele bardziej spokojnej i cichej. Miał przynieść czas na przemyślenia. Ta pora dnia byłą dla Corrin potrzebna, by wszystko przemyśleć od nowa, przypomnieć sobie słowa i strategie ułożone wobec możliwego spotkania z basiorem. Tak miało się zapowiadać się jej przywitanie dnia. Wadera jednak napotkała coś innego na swej drodze. Coś, co na zawsze wygoniło jej strategie i argumenty z głowy. Zapomniała, że w ogóle potrafi posługiwać się mową, że może cokolwiek zrobić. A to "coś" było określane jako Gustave. Dla wielu dowódca Calme Loup, wielki i niezłomny basior. Dla niej natomiast... No właśnie. Kim był dla niej? Ukochanym? Obiektem westchnień, fascynacji? Ideałem? Te wszystkie określenia były błędne, coś w nich się nie trzymało prawdy. Corrin po pierwsze Go nie kochała. Choć wielu mogło tak sądzić, ona Gustave'a tym uczuciem nie darzyła. Owszem, był jej najbliższy, najbardziej potrzebny. Nie chciała się z Nim rozstawać chociażby na kilka sekund, potrzebowała tej Jego specyficznej, przyciągającej postawy. Jednak nie mogła tego nazwać miłością. Przynajmniej jak na razie. Miłość buduje się na zaufaniu, czasie i poznaniu. A ona z nim nie spełniała żadnego z warunków. Zadziwiła się w ogóle, że tak racjonalne i trzeźwe myślenie może w ogóle w takim momencie działać. Mówił do Niej tak pięknie, całował tak perfekcyjnie. To wszystko było dowodem na to, że nic sobie nie ubzdurała, że nic jej się absolutnie nie pomieszało. Czuła na sobie Jego oddech, byli tak blisko siebie. Nie wstydziła się już żadnej swojej reakcji, nie próbowała już od tego się uwolnić. Pragnęła Gustave'a jak nikogo na świecie, chciała spędzić z Nim resztę swego marnego żywota. Chwyciła Go mocno łapą za kark i przeczesała Jego mocne i grube futro, aż do szczeciny na samym dnie. Poczuła przypływ odwagi, więc zjechała mu jak najdalej mogła po kręgosłupie, wykonując przy tym okrężne ruchy. Nie musiała patrzeć na to, co robi. Zdążyła się już na Jego anatomię napatrzeć. Wolała Jego oczy, które nadal były skierowane na nią. Kiedy już nie sięgała, bo nadal trzymał ją w żelaznym uścisku, znów pięła się w górę, aż do barku. Tam zatrzymała na chwilę łapę, by dokładnie Go wybadać. Przechodziły ją fale ciepła, tak przyjemnego, że dodawały jej jeszcze więcej śmiałości. Następnie jej drobna łapa powędrowała po Jego mocno trzymającej kończynie górnej. Przeszła aż do Jego wielkiej łapy i dołożyła swoją. Robiła to bezwiednie, pod przypływem impulsu. Mimo to, basior nie przerywał jej poczynań, co znaczyło dla niej, że może sobie pozwolić na więcej. Zetknęła się z Nim nosem. Obydwoje mieli je o szarym odcieniu, więc stanowiły teraz jakby złączoną jedność. Prawie dotykała Go wargami, rozkoszując się każdą chwilą błogiej ciszy. Niby tacy samotni, bez dźwięku. A jednak stanowiąc cudowną jedność. Niespodziewanie zamknęła oczy i musnęła go nosem. A potem otworzyła powieki, by raz jeszcze napoić się Jego widokiem. Był dla niej stworzony, a tak przynajmniej myślała. Zapominała przy Nim o swojej ciemnej przeszłości i cynicznym charakterze. Chciała mu dziś udowodnić, że czuje to samo. Nie pocałowała Go, tylko odgrywała wszystko spokojnie, jakby swobodnie wręcz. Tymi zagrywkami chciała mu pokazać, że można okazywać wszystko w sposób inny, niż wszyscy. Jego wzrok był skupiony na niej, tak samo jak ostatniego wieczora.
- Widzisz już teraz Panie co do Ciebie czuję? A może nadal masz wątpliwości, takie jak miałam ja co do Twojej osoby? Jesteś dla mnie wręcz mistyfikacją. Nie wierzę, że jesteś we mnie odurzony, jak ja w Tobie. Nie chodzi mi o Twoje stanowisko, nie chodzi mi nawet o Twój charakter. Wokoło jest tyle lepszych, pewniejszych ode mnie. A Ty mnie zaskoczyłeś, choćby dzisiaj. Czemu to robisz? Poświęcasz się mi, takiej bezwartościowej osobie. Nawet o mnie nie wiesz tyle, by stwierdzić, czy byłabym dla Ciebie bezpieczna, Gustave. Ale wiesz co... Nie chcę tego smutnego monologu ciągnąć. Wiem, że bardzo by mnie zabolało, gdybyś nagle zmienił zdanie. Dlatego jeśli przy mnie wytrwasz, to ja... Ah, zresztą - żachnęła się nad swoją nieudolną wypowiedzią, kłębkiem mniej lub bardziej skoncentrowanych myśli. Po prostu przybliżyła się te kilka milimetrów i pocałowała Go. Starała się to robić w ten sam cudowny sposób, w który jeszcze tak niedawno On to robił. Zamknęła tym razem oczy, starając się wypaść jak najlepiej. Potem odsunęła się lekko, ale nie gwałtownie. Uwolniła swoje oczy z zasłony powiek i rzęs a następnie uśmiechnęła się lekko. Był taki oszołomiony, znieruchomiał. Bała się nawet, że zrobiła coś źle, ale chyba nie na tym ta mina polegała, bo nie puścił jej ze swych ramion - Teraz powinieneś zrozumieć. - zaśmiała się perliście, najpiękniej w swoim życiu. Bo prawda była taka, że nareszcie zaznała to wspaniałe uczucia o nazwie szczęście na nowo. Odważyła się pokazać Mu moje uczucia na poważnie, już tym ostatecznym sposobem. Skoro on mógł to zrobić i to kilkakrotnie, to ona też sobie tego nie zabroniła. Mogła tego jeszcze pożałować i odpokutować swoje winy przez lata. A jednak nie odczuwała z tego powodu smutku, przerażenia. Oddała się innemu uczuciu, które było temu o wiele lepsze. Czuła, że nareszcie mogłam komuś wszystko powierzyć, komuś zaufać. Nie miała nikogo, więc czemu nie miałaby mieć Gustave'a? Skoro On jej to powiedział, a ona Mu zawtórowała, to były to chwile tak oszałamiająco magiczne i przepełnione euforią, że nic nie byłoby w stanie jej od tego powstrzymać. A jednak było coś jeszcze. Coś, co nie dawało jej spokoju. Był oszałamiający, ale czy aby na pewno sobie na Niego zasłużyła? A jeśli tak, to czym? Odsunęła te myśli na bok, poddając się znów rytmowi swoich sercowych palpitacji. Może i je czuł na swojej klatce piersiowej, ale teraz jej to nie obchodziło. Nie kryła się z niczym, była gotowa na wszystko z Jego strony. Zabawne, jak uzdrawiającą moc na jej smutki miało to uczucie między nimi. Ucieszyła się z tej po raz pierwszej użytej liczby mnogiej. Jakby już stanowili jedność.

                                                            <Gustave?>

Od Browna C.D Maemuki

Spojrzałem na nią z namysłem. Coś ciągnęło mnie w stronę myśli, że dobrze byłoby, gdybym jej coś o sobie opowiedział.
- Nie za bardzo jest o czym... Jestem tylko zwyczajnym wilkiem - odparłem. Mimo to postarałem się jak najlepiej i najkrócej opowiedzieć swoją i tak krótką historię.
A jeśli chodzi o charakter, to lepiej, abyś sama mnie poznała. Nie lubię, gdy ktoś ocenia mnie ot, tak od.razu - zakończyłem.
Przez chwilę siedzieliśmy w przyjaznym milczeniu. Nagle Mae powiedziała:
- Zapewne chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć?
Pokręciłem łbem.
- Nie specjalnie. Wolę sam cię poznać... - mruknąłem.
~*~
Następnego dnia, gdy tylko wszedłem na zewnątrz, uderzył mnie zapach wilgotnej gleby, innych wilków i zwierząt. Nie byłem specjalnie głodny, więc pomyślałem o spacerze. Poszedłem przez las, spokojnie wszytko podziwiając. Widziałem łanię z młodym, ale nie przejąłem się tym. Na polowaniu nie byłem, a moim zwyczajem i tak nie zapolowałbym na matkę i dziecko. Wszystko powinno mieć czas na dorośnięcie.
Tak się zagapiłem, że wlazłem na kogoś innego. Jak się okazało, Mae.
- Aj, przepraszam. Czasami tak mam... - próbowałem się tłumaczyć, zbierając dwoje cielsko z ziemi.
- Nie ma sprawy - odparła. Nie wyglądała na potłuczoną.

<<Mae?>>

Od Gustave'a C.D Corrin

Oto basior, niektórzy powiadają, że dobry przywódca, On jednak sądzi, że beznadziejne stworzenie, które potrafi wszystko zepsuć. Niezmiernie łaknął jej obecności, jednak nie potrafił jej zatrzymać, bowiem chciała coś przemyśleć, toteż musiał zachować się jak przystoi i pozwolić jej odejść. Jakże chciał jednak ją zatrzymać, ująć za łapę i jeszcze raz złożyć pocałunek na jej wargach. Nie postąpił tak jednak, odprowadzając ją jedynie wzrokiem. Próbował zasnąć, ułożyć wszystko, co się stało. W głowie dalej brzęczała Jego obietnica, której może i słownie nie złożył, z całego jednak serca wiedział, że jeżeli jutro się z Nią spotka, to będzie pragnął z Nią porozmawiać. Być może jeszcze raz ją pocałuje, być może wyjaśni Jej to, co dzisiaj się stało. Położył się, próbował zasnąć, wszystkie jednak próby odejścia do krainy snów nic nie przyniosły. Cały czas myślał o Niej, tylko o Niej. Jakby zajęła najważniejsze z miejsc w Jego umyśle, zapanowała nad Nim, jak królowa, wydając mu rozkazy. Nie spal całą noc, rozmyślając wile godzin, o tym, co się stało, o tym, czego pragnie, stwierdził w końcu, że pragnie Jej. Nie znał Jej wcale, nie wiedział o Niej prawie nic, doskonale zdawał sobie jednak sprawę, że przez ten pocałunek wszystko się wyjaśniło. Napięcie, pożądanie, tyle emocji kłębiło się w Jego łbie, że najchętniej by się do Niej przytulił. Nie kochał Jej. Jeszcze nie, jednak wiedział, że jest dla Niego niebywale ważna i że On jest ważny dla Niej. Sam sobie się dziwił, że tak szybko coś między Nimi zaiskrzyło, że w tak zawrotnym tempie wszystko się działo. Nie żałował jednak niczego. Chciał Ją poznać, chciał, żeby ta znowu Go kusiła, żeby szeptała te piękne słowa. Stwierdził zatem, że dziś, bowiem nastał już ranek, zagra choć raz nachalnego, okropnego, pełnego uczuć Gustave'a, a gdy tylko Ją zobaczy, bez większego namysły weźmie Ją w ramiona, pocałuje, kilka razy, namiętnie, a gdy tylko ta będzie chciała wydostać się z Jego objęć, to wbije swe potężne pazury w jej grzbiet, by jeszcze choć na chwilę Ją przy sobie przytrzymać, następnie jeszcze raz pocałuje. Później z Nią porozmawia. Wyciągnie z Niej wszystko. Jej przeszłość, jej uczucia wobec Niego i to dlaczego zdecydowała Go uwieść, szeptać te piękne słowa, to, co skłoniło Ją do takiej decyzji.
Zerwał się pośpiesznie, jakby targało Nim szaleństwo. Był jednak doskonale pewny tego, co ma zamiar zrobić i niczym na błyskawicy ruszył w kierunku Jej jaskini. Nie do końca orientował się gdzie mieszka, jednak nos jego, tak czuły, idealnie wyczuł Jej zapach. Tak słodki, który utrzymywał się od dnia wczorajszego. Znalazł Ją, siedziała przy swej pieczarze. Zobaczyła Go, już chciała coś powiedzieć, ten jednak tylko zbliżył się i ponownie Ją pocałował. Tym razem namiętnie, tak, jak ustalił to dzisiaj rano. Nie zważał na to, że może Go uderzyć, że może wziąć Go za totalnego wręcz ignoranta. Jeszcze mocniej wpił się w jej usta, tak, aby ukazać Jej przez to wszystko, co czuje. Później pocałował Ją jeszcze raz, tym razem już delikatniej. Dla Niego ta chwila była magiczna. Zrobił wszystko, co w Jego mocy, aby na pewien sposób Ją odzyskać.
- Obiecałem Pani, że gdy Panią ujrzę, to podejdę. Oto jestem. - powiedział, jakby tylko po to, aby przerywając, tak przyjemną dla Niego, czynność później ponownie Ją pocałować. Nie zważał na to, co powiedzą inny, jak zareaguje Ona. Zrobił to, co chciał zrobić, dla Niego liczyła się tak chwila, ten moment, uchwycony tak namiętnie. - Gdyby Pani była mną niezainteresowana, gdybym Pani nie zaintrygował, gdyby Pani mnie pożądała, nie wypowiedziałaby Pani tych pięknych, pełnych uczuć emocji. - tutaj przerwał, na chwilę. Chciał Jej uświadomić, że być może pała do Niego tą samą sympatią, co On do Niej. - Gdybym natomiast ja nie był Panią zainteresowany, nie uczyniłbym tego, co wczoraj i dzisiaj. - dodał, szarmancko się uśmiechając. Serce biło tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z Jego piersi. - Gdyby Pani mnie tak bardzo nie otumaniła, gdyby Pani nie była tak wspaniałą, piękną i intrygującą waderą zapewne nie dałbym się w dniu wczorajszym ponieść emocjom, tak samo nie uczyniłbym tego dzisiaj. Nie znam Pani wcale, jednak zdołała Pani zająć cały mój umysł. Myślę tylko o Pani, co gorsze nie mam pojęcia dlaczego. W całej sytuacji widzę jeden pozytyw. Wydaje mi się bowiem, że pożąda mnie Pani równie mocno, co ja Panią. Wiem, że nie jest to miłość, zadurzenie, byś może zwykłą fascynacja. Chciałem jednak zaznaczyć, iż tak niesamowitej wadery na swej drodze nigdy nie spotkałem. - dodał, cofając się nieco. Wiedział, że ta może Go odrzucić, wiedział, że Jego słowa wyrażały emocje, które od wczorajszej nocy zakrzątały jego myśli, nie bał się jednak tego, że ucierpi fizycznie, a jedynie tego, że Corrin myśli całkiem inaczej. Wiedział jednak, na te kilka godzin z Nią spędzonych, że chce do Niej należeć. Przynajmniej na razie.

<Corrin?>

Od Raven

Po raz kolejny rozpoczęłam wycieczkę po terenach watahy, próbując wyryć w pamięci wszystkie ścieżki i polany, każdy krzaczek i drzewo.
Jak na razie dobrze mi szło. Łatwo przyswajałam sobie nowe tereny.
Gdy jednak odwróciłam się, chcąc ruszyć w drogę powrotną, zatrzymałam się i gapiłam się na ścieżkę, którą wcześniej szłam.
A właściwie w miejsce, gdzie ta ścieżka powinna być.
Jakim cudem zniknęła..?
- Niemożliwe... - sapnęłam. Przecież mam świetną orientację w terenie! A Noah nauczył mnie jak odnajdować właściwe kierunki...
Zaczęłam krążyć, starając się odnaleźć zgubioną dróżkę.
Czułam jak w moim sercu wzrasta uczucie, którego nie lubiłam. Ba! Nienawidziłam! - strach.
A zwykle po strachu nadchodzi panika...
Krążyłam tak jeszcze przez chwilę, po czym w końcu zdecydowałam się poddać i położyłam się z rezygnacją pod wielkim dębem.
Zgubiłam się.
Jak mogłam się zgubić..?
Zdołowana, nie wyczułam nadejścia wilka. Tym bardziej więc zaskoczył mnie głos, brzmiący tuż przede mną.
- Dlaczego płaczesz..?
Moja głowa podskoczyła do góry, a wzrok zatrzymał się na...

Ktosiu..?

Od Grime

Ciepły wiatr targał moim futrem, promienie słońca przedzierające się zza białych chmur wycelowane były prosto w moje oczy, tak, że niczego nie widziałam, lecz nie przeszkadzało mi to. Niebo było różowo-miodowe. Zachody słońca od zawsze mnie fascynowały oraz przyprawiały o zachwyt. W głębi duszy byłam szczęśliwa, że nareszcie mogłam czuć zapach świeżej trawy i ugniatać ją łapami. Brakowało mi tego. Stałam na niewielkim wzgórzu przykrytym cienką warstwą kolorowych kwiatów, wypatrywałam jej, ale ona nie przychodziła. Minęło kilka godzin odkąd się rozdzieliłyśmy, zaczynałam przejawiać niepokój, który narastał z każdą minutą. Nigdy wcześniej nie przebywałyśmy bez siebie, nie potrafiłyśmy działać bez wspólnego towarzystwa. Bałam się odzywać, a co dopiero wołać, przebywałam bowiem na terytorium nieznajomej watahy. Co prawda byłam na jej granicach i pewnie zdołałabym uciec przed wilkami i ich nadejściem, niestety strach nade mną górował, a w myślach miałam najgorsze scenariusze. Każdy, nawet najcichszy szelest był dla mnie powodem do ucieczki. Pomimo tego, czekałam.
Czekałam aż do zachodu słońca, niestety jej nie ujrzałam, a jedynie usłyszałam. Ostrzegałam ją przed rozłąką, ale ona nie słuchała. Przemawiała do mnie łagodnym, spokojnym tonem, tym anielskim głosem z lekką chrypką, gdy czuła zmęczenie. Obiecywała, że niedługo się zjawi, a mi samej kazała udać się w głąb polany aż do lasu i odnalazła Alfę watahy. Oczywiście, że to zrobiłam, bo czego się nie robi dla ukochanej siostry? Zawsze kiedy Navine wydaje mi jakieś polecenie, wykonuję je. Szkoda, że nie działa to w drugą stronę.
Zaczął zapadać zmrok. Przedzierałam się już przez gęstwiny urokliwego lasu, gdy nagle zostałam zaskoczona obecnością jednego z członków watahy. Wahałam się jak zareagować. Gdybym naskoczyła na nieznajomego źle by się to dla mnie skończyło - dla intruza. Szybko zmieniłam nastawienie i podkuliłam pod siebie ogon, dając znać, że nie mam złych zamiarów. Z cienia wyszedł dostojny basior. Byłam od niego sporo niższa, więc czułam się dziwnie, tym bardziej, że mierzył mnie lodowatym wzrokiem. Nie wyglądał na zadowolonego. Szczerze powiedziawszy nie bałam się jego siły, która w nim z pewnością drzemała, a słów, które mogłyby się z niego wydostać. Mijały minuty, a my staliśmy wpatrzeni w siebie, w ciszy i bezruchu. Pod jakąś presją nie wytrzymałam i zapytałam trochę głupkowato:
- Czy mam przyjemność z Alfą?
- Tak. - odrzekł jakby oschle.
- Co za ulga. - szepnęłam. - Chciałabym dołączyć do Twej watahy. Przynajmniej tymczasowo.
- Nie ma problemu, śmiało.
Basior wyglądał na naprawdę smutnego. Otaczała go aura melancholii, która z jednej strony zachęcała do pocieszenia, z drugiej odpychała i zarażała takim samym stanem. Nie miałam zamiaru się kłócić, bo nie po to przebyłam taki kawał drogi, no ale jak na Alfę, to on z pewnością wigorem nie żył. Mógłby do tego podejść z większym entuzjazmem. Jego wataha powiększyła się o jedną waderę, czy to nie powód do radości? Zanim się obejrzałam on był już kilka metrów ode mnie, schowany pod dorodną topolą. Nie obchodziło mnie już co się stało, czemu był przygnębiony, bo równie dobrze zawsze był taki "emo", a to, że mnie olał było inną sprawą. Pokręciłam z niedowierzaniem oczami i odwróciłam się pospiesznie, by ruszyć dalej, do serca watahy. Kiedy zaczęłam truchtać, uświadomiłam sobie, że przecież nie mam pojęcia dokąd się udać. Musiałam zawrócić i dogonić Alfę. Przyspieszyłam kroku. Para świetlików zaczęła za mną lecieć i trochę oświetlała mi drogę. Wtem potknęłam się o kamień i wystraszona, przypadkiem "zgasiłam" świetliki, a spod moich łap błysnęło kilkanaście błyskawic. Na całe szczęście się nie wywróciłam, to byłoby dla mnie bardzo upokarzające, popieścić się własnymi piorunami. Rozejrzałam się dookoła, po czym westchnęłam z ulgą. Zmrużyłam lekko oczy i wciągnęłam najwięcej powietrza jak się tylko dało. Zapach lasu był na tyle intensywny, że zakręciło mi się w głowie. Wypuszczając powietrze z płuc, sprawiłam, że wszystkie świetliki rozbłysły. Było ich sporo, ale nie na tyle dużo, żeby nie dało się ich policzyć. Wszystkie poderwały się ku górze tworząc złotą chmurę. Zapatrzona w małe owady nie spostrzegłam, że ktoś mnie obserwuje. Dopiero gdy wilk się odezwał oderwałam wzrok od światełek.
- Całkiem imponujące Proszę Pani. - rzekł z powagą.
Zanim dostrzegłam Alfę, on stał już u mego boku. Poczułam lekki dyskomfort, był zbyt blisko. Prawie niezauważalnie odsunęłam się od niego o kilka centymetrów. Prawdopodobnie przyłapał mnie na tym, ponieważ zrobił skwaszoną minę.
- Hmmm... Dziękuję. - uśmiechnęłam się z lekka.
- Często nie panujesz nad swoimi zdolnościami? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
Zaskoczona pytaniem i jego bezpośredniością, zaczęłam zastanawiać się kiedy ostatni raz miałam taki wypadek.
- Na szczęście rzadko.
Zaczęliśmy o czymś gawędzić. Kiedy zobaczyłam spadającą gwiazdę przypomniałam sobie o czymś. Nie rozmawialiśmy zbyt długo, więc zakończenie rozmowy nie było aż tak kłopotliwe i długie.
- Przepraszam, że tak nagle pytam, ale gdzie nocujemy? Jestem trochę zmęczona, przybyłam z daleka.
- Niech Pani za mną podąża, zaprowadzę.
Zdawało mi się, że Gustavowi (tak, tak, przedstawiliśmy się sobie!) trochę poprawił się nastrój, bo raz nawet się uśmiechnął, choć zapewne z przymusu. Szliśmy prawie dziesięć minut do jaskiń, które w większości wypełnione już były układającymi się do snu wilkami. Mniej więcej w ósmej minucie dołączyła do nas wadera, o niezbyt melodyjnym (zupełnie jak moje), lecz zapadającym w głowie imieniu - Corrin. Przez całą drogę gapiła się na mnie tak, jakby chciała wbić mi się w krtań i rozszarpać na drobny mak. Ten wzrok nie dawał mi spokoju.
- Będziesz mieszkać w tej jaskini. - powiedział Gustave i odszedł.
Na odchodnym odwrócił łeb i nadal idąc rzucił słowa pożegnania. Corrin odpowiedziała, ale ja nie czułam się jeszcze pełnoprawną "obywatelką" watahy i po prostu się na niego patrzyłam. Wadera również odeszła, z lekka szturchając mnie w biodro. Bez namysłu cicho warknęłam. Pewnie ona uznała to za "wygraną" i miała z tego satysfakcję, ponieważ gdy się odwróciłam po prostu kipiała z radości. Ech. Zaczęłam kierować się w stronę mojego lokum, ale gdy ujrzałam, że Corrin mieszka obok mnie, totalnie mnie zatkało. No dobra, tak w sumie nie miałam jej niczego do zarzucenia, ale jednak pierwsze wrażenie najbardziej się liczy, a ona z pewnością dobrego na mnie nie zrobiła. Okej, to śmieszne, ale nikt nie robi na mnie dobrego wrażenia. Ona była po prostu dziwna. Miałam moment zamyślenia, pewnej refleksji, aż dotarło do mnie, że kiedyś możemy się zaprzyjaźnić, że kiedyś przybędzie tu Navine i nie chcę, by przywitano ją jako "tą od tej zgryźliwej, małomównej oraz wrednej Grime, która szuka zaczepki". Nie, nie chciałam tego. Wobec tego wypięłam pierś do przodu i ruszyłam dumnym krokiem w stronę mojego mieszkania. Z uśmiechem na pysku położyłam się i zasnęłam.
**
Prawdopodobnie nigdy nie przypomnę sobie jak minęła mi ranna pobudka i co w ogóle rano robiłam, ale pewnie nie wydarzyło się wtedy nic złego, bo po południu, które już cudem pamiętam, nie miałam żadnej rany, ani obniżonej reputacji. Podczas przechadzki po terenach natknęłam się na wielu ciekawych członków nowej watahy. Gustave szybko odnalazł miejsce dla siebie i innych i równie szybko jego wataha uzyskała popularność. To zadziwiające jak wiele wilków poszukuje domu. Idąc do lasu, w którym wszystko się zaczęło znowu go spotkałam. Podeszłam cicho.
- Witaj. - powiedziałam.
Basior szybko zareagował i poderwał łeb z ziemi. Nie odezwał się od razu. Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę był mój brak cienia.
- Witaj. Byłaby z ciebie świetna cichociemna.
- Cichociemna?
- Zabijałabyś z ukrycia, bez pomocy broni. - odrzekł. - W watasze mamy już jednego, jest to Matthew, może znajdziecie wspólny język.
- Jasne, brzmi nieźle.
- A, jeżeli można wiedzieć, dokąd się Pani wybiera?
- Chciałabym zobaczyć las za dnia. To na pewno bardzo ładne miejsce. Może przejdziemy się razem? Lub oprowadzisz mnie po całym terytorium, jeśli nie masz nic przeciwko?

CDN. Gustave?

Od Raven C.D Matthew

Przekrzywiłam głowę. Matt wyglądał, jakby był gdzie indziej. (w przenośni, oczywiście). Po prostu odpłynął.
- Wszystko OK..? - zapytałam zmartwiona, a on natychmiast się otrząsnął.
- Tak. - odpowiedział, unikając kontaktu wzrokowego.
- Umm... - chciałam jakoś przerwać ciszę, wróciłam więc do wcześniejszego tematu - Zapolujemy..? - zaproponowałam.
Matt rozchmurzył się lekko i skinął głową.
- To może pokażesz mi gdzie jest najlepsze miejsce na polowania..? - zapytałam - Jeszcze nie jestem zbyt dobrze zaznajomiona z terenami watahy...
- Najlepszy do tego jest Szumiący Las. - Matthew znowu ruszył przed siebie, a ja truchtałam obok niego, jednocześnie trochę pozostając w tyle, bo nie znałam drogi.
- Jakie są tam zwierzęta..? - podtrzymywałam rozmowę.
Chociaż ciągle wydawał sie być nieobecny, nie miał jakiegoś większego problemu, żeby odpowiedzieć na moje pytanie.
- Jelenie, sarny, jak masz szczęście to trafisz na łosia lub dzika... Ptaki no i gryzonie.
Rzeczywiście. Brzmiało to jak wspaniałe miejsce łowieckie.

Matt?

Od Yaenn C.D. Edwyna

Wadera siedziała na niewielkiej skałce, obserwując z oddali Utopię. Gdzieś tam był Edwyn, miejmy nadzieję, że wciąż żywy i zdrowy. Bała się miasta, jednak wejście za mury było jedyną możliwością uratowania basiora. Zastanawiała się czy nie pobiec po pomoc i powiadomić Alphę, ale perspektywa dostania od niego nagany, a co gorsza wyrzucenia z watahy była jeszcze bardziej ponura niż zostanie schwytanym przez krasnoludy.
Gdzieś na horyzoncie zaczynało świtać. Yaenn zadziwiał fakt, że w Utopii życie tętni praktycznie bez przerwy. Czy to środek nocy czy późne popołudnie, zawsze coś się dzieje i panuje niesamowity gwar. Cóż, będzie miała okazję przyjrzeć się wszystkiemu z bliska.
Podczas "niesamowitej" akcji ratunkowej zdecydowała się wykorzystać swoją zwinność, szybkość oraz praktycznie bezużyteczne skrzydła. Jeszcze nie wiedziała jak, ale w głębi duszy szczerze liczyła, że jednak na coś się przydadzą. Musiała się niestety spieszyć. Dzienne światło nie sprzyjało przemykaniu się niezauważenie przez ciemne uliczki.
Szybkim truchtem stopniowo zbliżała się do potężnych, kamienno-stalowych obwarowań, czując jak serce jej przyspiesza. Starała się nie hałasować, stawiać kroki ostrożnie, lecz na tyle szybko, by nie zaburzyć obranego wcześniej tempa. Ze starych kronik poświęconych badaniu chroniącego miasto tworu zdołała zapamiętać jedną, w tamtym momencie nader przydatną rzecz - przy wieżach, umieszczonych na każdym rancie muru, od zewnętrznej strony znajdowały się drzwi. Zwykle bywały zamknięte i prowadziły do nieużywanych już korytarzy, ale co wprawniejszy wilczy włamywacz był w stanie otworzyć je za pomocą swoich pazurów. Nigdy tego nie próbowała, lecz teraz była to jej jedyna szansa.
Zdziwiona była, że przedostanie się przez otwartą przestrzeń i ukrycie w cieniu kamiennej, wysokiej ściany przebiegło bez żadnych komplikacji. Nikt jej nie zauważył, nie wszczął alarmu, a ona mogła spokojnie zająć się swoją pracą. Ostrożnie podczołgała się do drzwi i użyczywszy pazura swej prawej łapy zaczęła grzebać w zardzewiałym zamku. Po chwili coś szczęknęło i skrzypnąwszy uprzednio, wejście łagodnie się uchyliło. Szczelina była na tyle szeroka, że wadera mogła się przez nią bez problemu przedostać.
Korytarzyk był wąski i zakurzony, a w załamaniach tkwiły liczne pajęczyny. Najwyraźniej nikt nie przechodził nim przez kilkadziesiąt, może kilkaset lat. Panująca w mroku cisza zaburzana była jedynie stuknięciami twardych poduszek o bruk.
Po kwadransie bezcelowego sunięcia w ciemnościach, Yaenn natrafiła na kolejne drzwi. Te były jednak znacznie większe i obite żelazem, a małe okienko u góry zabezpieczone zostało stalowymi kratami. Nie wahając się zbyt długo nacisnęła mosiężną klamkę i tak jak uprzednio weszła do środka.
Pomieszczenie było w rzeczywistości kuchnią. Na piecach stały garnki, roznoszące po pokoju smakowitą woń. Drewniany stół pokrywały wszelkiego rodzaju smakołyki - szaszłyki, steki, pieczone kurczaki i indyki, nadziewane warzywami oraz miód do picia. Coś, co stanowiło wręcz ambrozję pośród napitków preferowanych podczas biesiad.
Wtedy los postanowił się do niej po raz kolejny szeroko uśmiechnąć. Wszystkie delikatesy przygotowane zostały dla nadzorców w kopalniach, więc gdy drzwi prowadzące do podziemi szeroko się otwarły i wmaszerowały przez nie trzy rosłe krasnoludy, wilczyca kilkoma susami pokonała dzielącą ją od wrót drogę i zniknęła w kolejnym mrocznym korytarzu.
- Co to było? - usłyszała głos za sobą i serce jej zamarło. Ktoś musiał ją zobaczyć.
- To pewnie kot, siadaj Gronofoldzie, Tania przygotowała nam wspaniałą strawę - drugi, znacznie niższy oraz donośniejszy odpowiedział mu wesoło i radośnie. Kroki ucichły, a oddech wadery się uspokoił.
Przez pierwsze pięć minut wydawałoby się, że schody idące w dół nie mają końca. Jednak gdy do uszu Yaenn zaczęły dobiegać przeróżne odgłosy, była już pewna, że idzie w dobrym kierunku. Uderzenia kilofów o skały, skomlenie wilków karconych chłostą i skrzypienie kółek od kopalnianych wózków przyprawiały ją o dreszcze. Wolno schodziła coraz niżej, delikatnie rozkładając skrzydła i przygotowując się na ewentualną ucieczkę.
Kiedy wydostała się do podziemnych pieczar, zachwyciła ją ich wielkość. Stropy widniały około piętnaście metrów nad jej głową, przyozdobione gromadkami wiszących stalaktytów. Wszystko rozświetlone było pochodniami, rzucającymi ciepłe smugi na każdy skrawek powierzchni znajdującej się dookoła nich.
Nagle w oddali dojrzała białą, znajomą sylwetkę. Był to Edwyn. Siedział przy wózku, drżąc z wysiłku od dźwigania ciężkiego chomąta. Miał najwyraźniej przerwę od pracy, choć podejrzewała, że niewiele ona wniesie do jego nieciekawego stanu. A przecież nie jest tu tak długo, jak niektórzy...
Wilczyca nie czekając natychmiast popędziła cicho jak mysz ku schwytanemu wcześniej towarzyszowi. Spojrzał na nią pustym wzrokiem, po czym spuścił głowę, nie odzywając się ani słowem. Zdjęła z niego przedziwny twór krasnoludów i pociągnęła za sobą. Znalazłszy bezpiecznie miejsce do tymczasowego ukrycia położyła tam basiora i zajęła się próbami przywrócenia go do świadomości na wszelkie możliwe sposoby.

<Edwyn?>