poniedziałek, 12 stycznia 2015

Od Corrin C.D Gustave'a

Z opowieści Gustave'a nie zapamiętała nic, dosłownie nic. Czarna pustka wirująca w jej głowie pozostała po tych wszystkich Jego słowach. Nie chodziło tu o to, że mówił monotonnie, bez zmiany twarzy. Nie chodziło też o to, że nie interesowała ją Jego przeszłość, w żadnym wypadku. O co w takim razie chodziło? Zapamiętała bowiem jedną (ale za to jak cenną!) informację. Gustave miał w swej przeszłości dzieci i 2 żony. Brzmiało to jak nieśmieszny żart, czy groźbę za straszne winy. A jednak tak było naprawdę. Basior, którego darzyła tak silnym uczuciem, był już związany z inną i to dwukrotnie. Wadera poczuła, że nogi ma jak z waty. Przystanęła na chwilę, musząc sobie przypominać o czynności życiowej jaką jest oddychanie. Znaczyło to, że jej wybranek, ten który całował ją jeszcze przed chwilą, miał siebie zarezerwowanego już dwukrotnie, przez waderę której Corrin nawet nie znała. Rozumiała, że może i już nic ich nie łączy, może On nie darzy ich już pozytywnymi uczuciami. Jednakże sam fakt, że przed nią była inna i jeszcze kolejna, była jak nóż w plecy. Oczywiście, nie chciała nic mówić, by pokazać swój smutek. Mogła się właściwie tego spodziewać. Taki basior jak On na pewno nie mógłby skończyć bez żadnej wadery u boku przez tyle lat. Ruszyła powolnie, drżąc lekko. Nie chciała by basior cokolwiek sobie pomyślał. Wyrównała w końcu swój krok z Jego wielkimi łapami, które tak cudnie tuliły ją rankiem. Musieli zabawnie razem wyglądać. On wielki, niczym lew czy niedźwiedź, ona zaś krucha i skulona na kształt jagniątka. Mógłby ją zgnieść gdyby chciał, mógłby ją powalić jednym ruchem. Nie miała żadnej sposobności do obrony przed Nim, mogła tylko się chronić. Czy znaczyło to więc, że stanowił dla niej zagrożenie? Nie, stanowczo Corrin nie chciała myśleć w ten sposób. Była Jego, oddała Mu się w pełni. Ale nie dlatego, by się Go bać, ale by wzajemnie pieczętować z Nim ich wzajemne uczucia. Nadal nie mogła wierzyć, że ktoś taki jak On mógł wybrać sobie ją za wybrankę. Podejrzewała, że nawet gdyby ją tolerował, byłoby to dla niej nie lada zaskoczeniem. Tymczasem On przerósł jej najśmielsze oczekiwania swoim zachowaniem wobec jej osoby. Zabawne, jakie niespodzianki płata życie. Trzeba było jednak przyznać, że Corrin swoją przeszłością mogła sobie zasłużyć choć na trochę szczęścia. Ba, trochę. Gustave był dla niej wręcz przysłowiową definicją tego cudownego uczucia. Spojrzała na Niego ukradkiem, tylko na małą chwilkę, by przekonać się, że nadal przy niej idzie, dotrzymuje kroku. Zapewne męczył się, dostosowując do jej, bądź co bądź, powolnego tępa. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru kroku przyspieszać. Chciała przedłużyć każdą chwilę z Nim spędzoną, zatracić się we wszystkich otaczających ich odgłosach. Z błogością w myślach używała liczby mnogiej. "My, Gustave i ja, ja i Gustave" zdawała się śpiewać jej dusza. Nagle basior przystanął, co zmusiło ją do siadu na drodze. Spojrzał w jej oczy w zamyśleniu. Można by nawet stwierdzić, że zawirował w Jego oczach smutek. Podeszła do Niego powolnie, widząc tą nagłą zmianę. Powstrzymała cudem bardzo kuszącą chęć pogłaskania Go po policzku po stwierdzeniu, ze jest to nie na miejscu. Postanowiła nie wnikać w dręczące basiora myśli, tylko zacząć swą wypowiedź, by odwrócić uwagę Gustave'a od markotnych myśli.
- Fakt faktem winnam Ci teraz się zwierzyć z mojej historii. Tego zapewne każdy by ode mnie oczekiwał. Nie licz jednak na to, że, będzie to historyjka wesoła. Właściwe, drogi Panie, to nawet nie wiem czy mówiłam to komukolwiek. Zacznijmy od mojej młodości w takim razie...- przymknęła oczy w zamyśleniu, jakby chcąc przywołać wspomnienia. Prawdą było, że przypływały do niej same, jakby nie do zapomnienia - Urodziłam się w jakiejś małej watasze, dopiero zaczynającej istnieć. Moi, fm, rodzice pozostawiali sobie dużo do życzenia, że tak to ujmę - westchnęła cicho - Nic dziwnego więc, że po niedługim czasie rozbiegliśmy się z rodzeństwem na cztery strony świata. Dosłownie, bo akurat mi przypadł zachód. Spotkałam wtedy Terref''a, basiora mi przeznaczonego. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Ten jednak w dzień naszego ożenku... - poczuła, że głos jej się łamię i szybko wtuliła się w ciepłe futro Gustave'a. Nie chciała tak łatwo płakać, ale jednak karty przeszłości ją do tego zmuszały. Pociągnęła tylko nosem, lecz kontynuowała - po prostu może spójrz na mój ogon - westchnęła, pokazując wybrakowaną cześć jej ciała - Byłam więziona, torturowana, właściwie to byłam martwa. Nie odzywałam się do nikogo, wsłuchiwałam się w codzienne płacze i krzyki. Jednak to ja pierwsza uciekłam. Nie pytaj ile piłowałam kraty w okiennicy, nawet nie liczyłam tych dni. Widzisz, Gustave... tak właściwie to wszystko. Brzmi jednak jak jakaś głupia, okrutna historia wyssana z palca. Wierz mi, chciałabym, żeby tak było.- zaszlochała gorzko, wtulając się w Niego mocniej. Czuła się przy Nim tak bezpieczna, jakby już nic nie miało przerwać jej szczęścia i błogiego stanu ducha. Był dla niej lekiem na każdą chorobę, ukojeniem zmysłów. Jednakże teraz nawet On całym sobą nie mógł oddać jej tych straconych czterech lat bólu. Nawet gdyby pragnął tego całym sercem i tak nie byłby w stanie odwołać wszystkich jej błędów na drodze życiowej. Jedyne, co mogła w tym momencie zrobić, to zagłębić się w Jego grubym futrze i słuchać miarowego bicia Jego serca. Nie chciała wychodzić na słabą, myślała, że jest w stanie przeprowadzić tę historię na poziomie. Najwidoczniej jednak los dla niej chciał inaczej, jakby pokazując jej, na czym są stworzone jej fundamenty, jej podpora życiowa. Mówiąc to wszystko w takim skrócie, nie dopatrzyła się jakiegokolwiek pozytywnego aspektu, przebłysku nadziei. Jak miała pozwolić sobie na zapomnienie, stracenie tych wszystkich fragmentów? Nie sądziła, że znajdzie na to sposób tak łatwo. Jak na razie mogła jedynie zwracać swoją uwagę na nowy rozdział w jej dość brutalnej biografii. Na czymś, co mogłoby ujarzmić jej lęki, strachy i obawy. Tu o dziwo nie wystarczyło samo uczucie między nią a Gustave'em, potrzebowała o wiele więcej. Czy można ją było nazwać zachłanną w takim przypadku? Usprawiedliwiała się w myślach tym, ze przecież oddaje ze czcią to, co ma teraz i docenia wszystkie pozytywy nowego życia. Mogła płakać, owszem. Mogła również krzyczeć. Ona jednak była już silna. Te wszystkie noce samotności, przepełnione koszmarami mogła zaliczyć do przeszłości. Czas leczy rany? Nie, to wręcz rasowe głupstwo. Czas nie leczy ran, leczył je Gustave. Miała zresztą szczerą nadzieję, że w Jego przypadku jest vice versa.

                                                              <Gustave?>

Od Ally C.D. Austina

Nic nie mówiłam. Nic nie robiłam. O niczym nie myślałam; tylko o jednym – o nim. Patrzyłam w jego oczy, widziałam w nich coś niesamowitego; coś czego jeszcze nie widziałam. Jedyne czego teraz pragnęłam, to wtulić się w jego blond futro. Tylko czemu to było takie trudne. Austin wpatrzony we mnie, oczekiwał odpowiedzi, że cokolwiek powiem. A ja? Stałam jak słup. Nie potrafiłam nic z siebie wydusić. Nie miałam pojęcia co powinnam powiedzieć, co powinnam zrobić. Nie wiedziałam co w ogóle czuje. Tak bardzo mi na nim zależy, więc czemu jest mi tak trudno mu wybaczyć?
Spuściłam wzrok. Byle tylko nie napotkać jego spojrzenia. Oddychałam coraz ciężej. Przełknęłam ślinę. Uciekać? Skłamać? Powiedzieć prawdę? Otworzyłam pysk chcąc coś powiedzieć, lecz szybko zrezygnowałam… Popatrzyłam na niego, a po pyszczku spłynęła mi łza.
- Ally… - wyszeptał chcą ją otrzeć, lecz odtrąciłam jego łapę.
Spuściłam ponownie wzrok. Napięłam mięśnie, gotowa stchórzyć i uciec. Wysunęłam jedną z łap. Chciałam już się obrócić i dać nogę, lecz złapał mnie za łapę tym samym zatrzymując mnie. Spojrzałam na niego przelotnie po czym wyrwałam się z jego uścisku. Uciekłam. Zachowałam się jak ostatni tchórz. Biegłam na ile było mnie stać. Tym razem nie zatrzymałam się. Parę metrów przed jaskinią delikatnie zwolniłam tempa. Zdyszana siedziałam w bezruchu. Byłam… Wściekła! Nic nie potrafiłam zrobić! Nic nie potrafiłam mu powiedzieć! Jedynie nakrzyczeć na niego, a potem stchórzyć! Czemu… CZEMU?! Wyjęłam miecz z pochwy. Był srebrny, z perłowo-złotą rękojeścią. Na jego ostrzu, wykute były dwa węże wijące się wokół siebie. Spojrzałam na niego. Zacisnęłam go w uścisku. Chciałam dać upust swojej złości. Miałam ochotę rozwalić wszystko co znajdowało się w zasięgu kilku metrów. Już zamachnęłam się by zadać pierwszy cios, gdy usłyszałam czyjś stukot pazurów o kamień. Schowałam się w progu jaskini tuż obok wejścia. W kryjówce nie było nic widać, prócz moich ognistych ślepi. Gotowa do ataku czekałam na ofiarę. Zamarła cisza. Delikatny stukot się nasilał, aż w końcu zauważyłam wilczy cień. W mgnieniu oka ujawniłam się z ukrycia i rzuciłam na osobnika. Niestety był najwyraźniej gotów na mój atak, bo w chwili mojego naskoku odrzucił mnie tylnymi łapami. Miecz wypadł mnie z pyska, i poleciał w głąb jaskini, a ja zostałam unieruchomiona prze wilka. Zaczęłam się szarpać i wiercić, by tylko się uwolnić. W końcu się poddałam przekonana, że nie mam szans. Spojrzałam na niego.
- Austin… - pomyślałam
Gdy basior zszedł ze mnie tym samym mnie uwalniając; odeszłam parę kroków i usiadłam. Spuściłam łeb i podkuliłam ogon. Podszedł do mnie. Zniżył się i popatrzył do góry - prosto w moje oczy, a nasze noski delikatnie się zetknęły. Uśmiechnęłam się delikatnie czerwieniąc, a basior jak zwykle odpowiedział swoim lekko głupkowatym uśmieszkiem.
- Tęskniłam. - wyszeptałam cichutko.

Austin?