poniedziałek, 5 stycznia 2015

Od Yaenn C.D Gale'a

- Chodź, mój drogi - ostrożnie chwyciła królika łapami, odczepiając go od poturbowanego nosa basiora, po czym pogładziła gryzonia po łebku. Ponownie usadziła go na swoim grzbiecie i posłała leżącemu na ziemi wilkowi obojętne spojrzenie.
- Może w ramach rekompensaty za te liczne obrażenia, jakie ty i twój znajomy pozostawiliście na moim ciele, zgodziłabyś się na krótki spacer, skarbie? - zapytał nie szczędząc dostojnego tonu. W odpowiedzi otrzymał jedynie cios w pysk.
- Na spacer zgodzić się mogę, lecz nie na zwracanie się do mnie per skarbie - fuknęła oburzona. - Następnym razem będę mniej delikatna i może się to dla ciebie skończyć czymś gorszym, niż tylko kilkoma ugryzieniami.
Cień uśmiechu, jaki zdołała u niego zauważyć, ostatecznie przekonał ją, że to słowo będzie prześladowało ją przez całą ich znajomość. Nie miała tu oczywiście na myśli, iż wykazuje jakiekolwiek chęci zbliżenia się do basiora. Bardziej dołowały ją kwestie formalne, więzi, na jakie była skazana pełniąc takie, a nie inne stanowisko.
Spacer skupił się głównie na maszerowaniu w odległości półtora metra od siebie, bez jakiejkolwiek rozmowy czy mądrych regułek, kiedy bez specjalnego entuzjazmu pokazywała swemu towarzyszowi kolejne lokacje. Zazwyczaj, jako istoty bardziej doświadczonej i obeznanej, oczekiwało się od niej legend, opowiastek, żartów czy cytatów powiązanych z tym czy tamtym i zazwyczaj też miała humor by prawić takowe bez końca.
Dziś czuła pewien rodzaj skrępowania. Obawiała się, że powie coś nieodpowiedniego i w oczach nowo poznanego obraz niezależnej, alternatywnej istoty zostanie nieco podburzony. Chciała sprawiać wrażenie silnej, wywierać na nim dobre wrażenie, czasem nawet zaimponować swoją wiedzą, lecz nie była w stanie wydusić czegoś więcej niż kilku zwykłych, pustych słów, które swoim brzmieniem niczego nie zmieniły.
Co tu ukrywać - sprawiała wrażenie śmiertelnie czymś zmartwionej, jakby znajdowała się w całkowicie innym świecie. Na wszystkie pytania, nawet te, na które odpowiedź mogła mieć długość dobrego poematu, reakcja była krótka i treściwa. Lakoniczne wypowiedzi były przy jej osobie jak najbardziej na miejscu, lecz nie tak paskudny humor.
Był wieczór, kiedy krążąc po terenach Calme Loup bez celu niespodziewanie wkroczyli w bardziej górzyste okolice. W oddali na tle pomarańczowego nieba malowały się zarysy najwyższych szczytów, wciąż pokrytych śniegiem, groźnych i majestatycznych. Yaenn ich widokiem napawała się podczas pierwszych dni w watasze, to też teraz nie wywierały na niej większego wrażenia. Wciąż sunęli wgłąb potężnych, skalnych ramion, a ich mroczne oblicze z wolna przysłaniały ciepło ostatnich promieni słonecznych w tym dniu.
Nagle wadera niespodziewanie uniosła głowę. Jej uszy obracały się na wszystkie możliwe strony, aż w końcu obrały jeden kierunek i nieco się ku niemu nachyliły. Patrzyła przez chwilę z niezwykłą uwagą na zakręt przed nimi, po czym gwałtownie skoczyła do zarośli obok, ciągnąc za sobą basiora. Cudem było, że jeszcze w tak niegościnnej okolicy zachowały się wszelakiego rodzaju gęstwiny, dla jednych będące pożywieniem, a dla innych, jak w powyższym przypadku, prowizoryczną, lecz w miarę skuteczną kryjówką.
- Nie przypominam sobie, byś zdradził mi swoje imię - powiedziała półgłosem, wciąż wertując wąski przesmyk i czekając w napięciu.
- Gale, panienko - odrzekł i, jak mogła przewidzieć, na jego pysk ponownie wypełzł ten sam uśmieszek, którym raczył ją przy poprzednim spotkaniu.
Byli niebezpiecznie blisko siebie. Gdy w normalnym przypadku zaakceptowałaby to, biorąc pod uwagę, iż coś dość nieprzyjemnego czaiło się tuż za rogiem, teraz odległość wydawała się zdecydowanie zbyt mała. Ubolewała nad faktem, iż musi kryć się praktycznie "przytulona" do kogoś, kogo mogłaby ponownie pogryźć bez wyrzutów sumienia. Chwilę potem jej umysł zajął się jednak czymś całkowicie innym.
Zza skalnego załomu wyłoniło się pięciu rosłych, poważnych krasnoludów. Przyodziani w wilcze skóry, dzierżący w dłoni miecze, topory i inne równie niebezpieczne narzędzia, niewątpliwie wzbudzali strach w każdym drapieżniku, jaki w ich trofeach mógł dojrzeć swych braci. Przemaszerowali równym krokiem tuż przed oczami Yaenn i Gale'a, po czym znikli za kolejnym zakrętem.
- Wygląda na to, że nie wrócimy na noc do domu - westchnęła ciężko, spoglądając na znikające w mroku korony drzew.

<Gale?>

Od Olivera C.D Maddox

- Szczęścia - parsknął, odruchem odpowiadając tak jak zawsze na tego typu pytania - Ale szczęście jako gatunek wartości niemal wymarłych, wymaga wiele pracy oraz zaangażowania, przez co ciągle mi umyka zostawiając jedynie swój ślad w postaci przemijających uśmiechów i krótkich chwil beztroski, którymi muszę się zadowolić. Dlatego na dzisiaj chyba sobie tych poszukiwań odpuszczę. Zamiast tego, powiem ci, że od rana rozglądam się za miejscem które zwą Cave.
Wilczyca zastrzygła uszami spoglądając na niego jak na szaleńca. Usiadła wciąż nie spuszczając z niego wzroku, jakby szukała jakiś niepokojących sygnałów z jego strony. Basior jednak wydawał się w miarę o zdrowych zmysłach, a w jego oczach błyskały iskierki niezachwianej pewności siebie. Wiedział na co się pisze i nie zamierzał mimo to rezygnować. Albo głupi, albo skończy jako stary dziwak.
- Um - bąknęła w końcu niepewna czy powinna zdradzać porywczemu poszukiwaczowi lokalizację Cave'a - Znajduje się w górach - odparła w końcu starannie dobierając słowa.
O dziwo wilk nie speszył się jej pełną rezerwy wypowiedzią i wciąż pełen entuzjazmu spojrzał na nią z nadzieją prosząc o dokładniejsze koordynaty.
- To niebezpieczne - zauważyła, uciekając wzrokiem w bok.
- Wiem o tym - uniósł do góry jedną brew - Ale jestem przygotowany na wszystko - wskazał na pokaźny plecak przyczepiony mocno do jego grzbietu - Chcę temu wyzwaniu sprostać. Wiele się nasłuchałem o tym miejscu nie tylko tu w watasze. Pogłoski o Cave'ie krążą po całkiem sporej części kontynentu. Spotkałem nawet wilka, któremu podobno udało się przedostać do drugiego wyjścia , ale jego relacje nie były zbyt wiarygodne, więc w sumie nic nie wiadomo. Równie dobrze może to być po prostu opuszczone, ponure miejsce w którym nic nie ma a wszelkie zagrożenie już dawno przeminęło.
- A równie dobrze może być pełne pułapek, ślepych korytarzy i kto wie czego jeszcze - wilczyca zdecydowanie nie podzielała pozytywnego nastawienia basiora - Nie rozumiem czemu chcesz tak ryzykować.
- Bo się nudzę w życiu - puścił do niej oczko - A tak serio to po prostu bardzo mnie to zaintrygowało i chcę zbadać to miejsce. Nie wierzę, że jest tak bardzo niebezpieczne, żeby nie dało się go opuścić. Wszystko da się zrobić, trzeba mieć tylko odpowiednie podejście.
- Zginiesz tam - rzuciła sucho Maddox, spoglądając na wilka ponuro - Nie pokażę ci gdzie to jest. Nie mam zamiaru być odpowiedzialna za twoją śmierć.
Oliver zmarszczył brwi i pośpiesznie zaczął grzebać w plecaku. Po chwili przeszukiwania wszelakich kieszonek i kieszeni wyciągnął mapę. W większość była pozapisywana w notatkach i drobnych przypiskach, dało się jednak zauważyć, że przedstawia tereny Calme Loup i to dosyć szczegółowo pozaznaczane. Jedynie w jednym jej rogu było czysto. Wilczyca od razu poznała, że to właśnie w tych rejonach znajdował się Cave. Nie dała po sobie tego zobaczyć i tylko obserwowała dalsze poczynania basiora. Wilk z namaszczeniem analizował mapę, określił swoje obecne położenie po czym westchnął głośno.
- Nie możesz mi nawet powiedzieć czy Cave znajduje się w tym miejscu, które mam na mapie puste? - popatrzył na nią nieco już zrezygnowany.
- Wiesz chyba jak będzie brzmieć odpowiedź - przekręciła lekko głowę.
Przytaknął i wcisnął mapę z powrotem do plecaka. Zasępiony usiadł naprzeciwko Maddox, wbijając wzrok w swoje łapy. Przygarbił się, stracił ze swojej radości ducha. Jego ówcześnie błyszczące oczy, przygasły. Z młodego silnego wilka nagle zaczął przypominać zbite szczenię.
Wilczyca poczuła jak kiełkuje w niej całkiem niesłuszne poczucie winy. Zdusiła je tłumacząc sobie, że wilk by zginął w tamtym miejscu, wciąż jednak nieprzyjemnie ściskało ją w gardle. Nie może przecież pozwolić, żeby ktokolwiek bezsensownie narażał się na śmierć. Ale.. może rzeczywiście jest tam całkiem bezpiecznie? Może całe zagrożenie dawno minęło? Może nie powinna się tak opierać?
Przełknęła ślinę, pełna wahania. Co robić? Oliver jest dorosły, na pewno wie jak o siebie zadbać. Po za tym ma taką silną aurę. Nic mu się stanie, przecież, prawda?
Czując jak ostatnia linia jej oporu roztrzaskuje się westchnęła cichutko. Spojrzała na siedzącego basiora i stanęła gwałtownie, Wilk uniósł zaskoczony głowę, w jego oczach błysnęło.
- Nie odpowiadam za twoją śmierć - zaznaczyła tylko wilczyca ruszając przed siebie. Basior nie chciał pokazać po sobie, że się cieszy, ale całą swoją postawą pokazywał entuzjazm jaki w nim buzował. Dzielnie dotrzymywał kroku gniewnie stawiającej łapy Maddox starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów drogi, którą pokonują. Nie mógł się doczekać zbliżającej się przygody.
Do Cave'a dotarli dopiero wieczorem. Omijając kolejne rzeki lawy i wystające ostre skały podeszli w pod potężne wrota. Oliver zafascynowany oglądał je dokładnie analizując każdy szczegół konstrukcji. Maddox tymczasem zastanawiała się ile czasu zajmie jej droga powrotna oraz czy może nie powinna jednak odwieść Olivera od tego pomysłu. Gdy już miała powiedzieć mu o głupocie tego przedsięwzięcia basior nagle zakrzyknął. Wilczyca nastroszyła się i w kilka chwil znalazła się obok krzykacza.
- Co się stało? - spytała troskliwie.
Basior drgnął i odwrócił się do niej.
- A um masz na myśli ten krzyk? - uśmiechnął się krzywo - Kamień mi spadł na łapę, gdy badałem wejście. Nic takiego. Ale za to znalazłem przycisk, który przypuszczalnie otworzy wrota - rzekł z entuzjazmem pokazując ozdobny, ukryty przełącznik.
- Właśnie Oliver - wadera chciała już zaczął wykład, gdy nagle kilka kamieni obsunęło się prosto na nią. Próbując wykonać unik skoczyła w bok wpadając na basiora. Wilk wytrącony z równowagi oparł się ciężko na przycisku tym samym go aktywując. Gdy potężne wrota rozstąpiły się obydwa wilki wciąż walczące o utrzymanie się na nogach z rumorem poleciały do wnętrza Cave'a. Zanim zdążyły się pozbierać skrzydła wrót zatrzasnęły się, zamykając im drogę powrotu.
Oliver zebrał się z ziemi i pomógł wstać zszokowanej waderze.
- Wydaje mi się - zaczął ponuro - że będziemy musieli razem przejść przez Cave.

<Maddox? ;3>

Od Gustave'a C.D Grime

Nowa członkini watahy, to ktoś, komu basior musiał poświęcić choć trochę swej uwagi. W końcu nie może zaniedbać wilków, należących do tej społeczności, toteż ukłonił się nieco, tak jak nakazuje zwyczaj.
- Będę niezmiernie uszczęśliwiony, móc Panią oprowadzić. - dodał, szarmancko i powoli, aby następnie ruszyć przed Nią, szybszym krokiem, bowiem nie za wiele czasu mógł poświęcić na tą przechadzkę.
Dotarł razem z Nią do pierwszego miejsca owego zwiedzania, którym był Mystic Waterfall. Śmiało można powiedzieć, iż o tej porze roku wygląda najkorzystniej, już nie tak zamarznięty, wokół którego zaczęły wyrastać typowe dla tej pory roku kwiaty oraz różowe pąki na drzewie.
- To tutaj wszystko się zaczęło. - powiedział po chwili, uśmiechając się delikatnie, tak, jakby to miejsce było jedyną Jego nadzieję, przynajmniej w czasach, kiedy tułał się bez żadnego choć celu. - Znalazłem tutaj prawdziwe ukojenie, toteż nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek mógł zniszczyć to piękne miejsce. Wiążę z nim najwięcej wspomnień. - przeszedł obok wodospadu, zaczerpnął trochę chłodnej jeszcze wody, aby następnie ruszyć dalej.
Nie rozmawiali podczas drogi prawie wcale. Wymienili jakby tylko krótkie zdania, powitanie Grime w watasze było głównym tematem ich rozmów. Najwyraźniej dzisiejszego dnia nie kwapił się za bardzo, aby rozmawiać o czymś szczególnym, tym bardziej dla Niego ważnym. Dalej szedł nieco przed Nią, ciesząc się co prawda ze spaceru, jednak już mniej z przymusu prowadzenia pogawędki. Starał się jednak zachować przynajmniej pozory uprzejmości, aby już po kilki dniach nie zrazić sobie Grime.
- Co chciałaby teraz Pani zobaczyć? - zapytał po dłuższej chwili, nie chcąc, aby milczenie brało górę. - Atrakcji bowiem jest na tyle, iż zająć mogę Pani cały dzień. Miłą odmianą było jednak określenie miejsca, do którego chciałaby Pani się udać. Las, zbiornik wodny, może góry? - dodał na ostatku.

<Grime?>

Od Gale'a C.D Yaenn

Taki atak ze strony wadery wydał mu się zaskakująco zabawny. Miał zamiar rozegrać to nieco inaczej; może zupełnie inaczej, ale co począć kiedy rozpalona do czerwoności kobieta rzuca się na ciebie? Był bezradny.
- Szczerze powiedziawszy, tak właśnie chciałem postąpić. - odparł, a puszysta kulka futra zatrzęsła się z przerażenia. Yaenn odsłoniła zęby, a z głębi jej gardzieli wydobył się głuchy warkot. - Ty reagujesz tak na zupełnie normalne zachowanie ze strony zdrowego basiora. - dodał używając rzeczowego tonu. - Jak mam zareagować ja, kiedy trzymasz mój obiad na głowie i nie chcesz mi go oddać?
Musiał użyć silnego argumentu, którego żaden osobnik nie byłby w stanie podważyć. Droczenie się z Yaenn sprawiało mu przyjemność. Może nie droczenie się, a sama rozmowa? Później pomyśli nad ową teorią, teraz miał poważną sprawę do załatwienia.
- Już jadłeś, mógłbyś dać sobie spokój. - zmrużyła oczy.
- Dać sobie spokój? - usiadł na puszystym ogonie, a na pysku pojawiło się zdziwienie. - Skarbie, nie wiesz co mówisz. Gdybym dał sobie spokój, nie byłbym tak idealnie zbudowany i nieziemsko przystojny. - prychnął z dezaprobatą.
- Zaraz poprzestawiam ci tę mordkę, kolego. - sierść przemieszana z piórami stanęła dęba. Nadal rozluźniony Gale uderzył o twardą ziemię, czując, że nazajutrz przywita go niemiła niespodzianka w postaci guza. Miejsce pulsowało bólem, ale nic poza tym się nie wydarzyło. Głowa była cała. Przyciskany do podłoża miał idealny widok na Królika Sprawcę Zamieszania i jego Obrończynię. Wyciągnął łapę, nie zdołał przybliżyć jej na więcej niż dziesięć centymetrów. Kończyna, obezwładniona po mistrzowsku, została przyciśnięta do piersi. Nie ruszała się.
- Łapy precz od królika. - wycedziła przez zaciśnięte zęby. W czekoladowych tęczówkach zapłonęła furia. Zęby kłapały milimetry od jego ciała. Gale nie chciał zrobić jej żadnej krzywdy. Wiedział jak bardzo umie być denerwujący i nie zamierzał 'karać' za to towarzyszki.
Wśród dzikich odgłosów szamotaniny Yaenn nie usłyszała desperackiego popiskiwania przyjaciela. Futrzak ześlizgnął się z jej głowy i spadł prosto na pierś brutalnie pobitego basiora. Na moment zapanowało milczenie, nikt nie śmiał się poruszyć.
- Skarbie, zabierz go ze mnie. Ten zając zachowuje się zbyt niewinnie. Jeszcze dopadną mnie wyrzuty sumienia, kiedy będę go konsumował. - obruszył się. Perliste oczka skierowane na przeorany blizną nos basiora nie zdradzały zamiarów gryzonia. Toteż nie mógł przewidzieć, że bestia rodem z piekieł poprze swojego Obrońcę i również się na niego rzuci. Lucyfer zaatakował niesprawny nos, co wywołało przeraźliwy ból rozpalający nerwy od środka. Flammèche podskoczył niczym oparzony. Przez jego krzyk przebił się cichy chichot należący do Yaenn. Śmiała się naprawdę pięknie, gdyby miał chwilę chętnie wsłuchałby się w ten czysty dźwięk. Miał jednak Królika Agresora na głowie i nie za bardzo wiedział jak sobie z nim poradzić, nie robiąc przy tym krzywdy ani sobie, ani jemu. Gdyby choć kępka puszystej sierści spała z ciałka Królika, Gale prawdopodobnie zostałby pozbawiony jakiejś koniczyny na zawsze.
- Skarbie, pomóż. - wybełkotał kręcąc łbem to w lewo, to w prawo. Nic nie pomagało. Spragniona krwi bestia wbijała swoje ostre ząbki w biedny nos basiora.


<Yaenn? Co ja piszę.>

Od Noah

Gdy rozdzieliłem się w górach z Raven, nie sądziłem, że będę tak bardzo za nią tęsknić. A może tęskniłem za kontaktem z innym wilkiem..?
Właśnie gdy o tym pomyślałem, wyczułem zapach wilka. A właściwie wielu wilków. Wataha...
Zjechałem na łapach po kamiennym zboczu i ruszyłem lasem.
Może Alpha pozwoli mi dołączyć do tej watahy..?
Truchtałem miedzy drzewami, uważnie nasłuchując i obserwują otoczenie, niekoniecznie dając po sobie znać.
Po mojej prawej stronie zobaczyłem ruch. Obserwowałem to miejsce katem oka, bo w ten sposób ruch był najlepiej widoczny.
Znów poruszenie, zarys sierści na tle liści.
Wilk.
Wiedziałem jak grać, żeby nikt się nie zorientował, że wiem, że mnie śledzi. Po kilku minutach jednak mi się znudziła ta zabawa w kotka i myszkę więc zatrzymałem się, jak gdyby nigdy nic przeciągnąłem się, po czym odwróciłem się i lekko merdając ogonem spojrzałem na krzak, za którym krył się "szpieg".

Ktosiu..?

Od Raven C.D Inés

Zamrugałam, by odgonić łzy. Przede mną stała szczupła wadera o ślicznym ubarwieniu sierści. Na jej bokach dostrzegłam złożone skrzydła, które drżały lekko od skrywanych emocji.
- Zgubiłam się. - odpowiedziałam cicho - Jesteś w Calme Loup..?
Wadera rozluźniła się lekko i skinęła głową.
Uśmiechnęłam się lekko i wstałam, podając jej łapę, natychmiast zapominając o swoim zmartwieniu.
- Jestem Raven, magiczka. - przedstawiłam się, pokonując swój naturalny strach przed zawieraniem znajomości.
- Inés... Główny magik... - odpowiedziała mi - dlaczego cię nie znam..?
Może nie tylko ja czułam się w jej towarzystwie swobodnie..?
Zaśmiałam sie lekko.
- Jestem w oddziałach medycznych. - wytknęłam lekko język.

Inés?

Od Yaenn C.D. Gale'a

Jak najbardziej miała powód by się denerwować, lecz teraz nie widziała w tym wszystkim sensu. Raz rzuca się na nią z pazurami, a raz częstuje tępymi tekścikami, chcąc przyćmić zdrowy rozsądek. Każde słowo będące czułostką prawioną od basiorów działało na nią niczym czerwona płachta na byka. To, że zdołała zachować spokój z perspektywy czasu wyglądało na prawdziwy cud.
Przemierzała truchtem las, stopniowo oddalając się od siedziby Alphy. Nie uśmiechało się jej kolejne spotkanie z tajemniczym nieznajomym choć wiedziała, że jeśli ten zdecyduje się zostać, to ponowne widzenie będzie nieuniknione. Z jednej strony coś ją ciągnęło do odkrycia sekretów, jakie może w sobie skrywać wilk, a z drugiej rozum podpowiadał, by trzymać się od niego z daleka. Jak wiele może zrobić chcąc zaspokoić swoją ciekawość?
Kiedy coś niespodziewanie trzasnęło tuż obok niej, odskoczyła na bok jak oparzona rozkładając skrzydła i obnażając kły. Z zarośli wyłonił się mały, dziki królik, wlepiając w nią swe paciorkowate oczka. Szare, puchate futerko i oklapłe uszy czyniły z niego idealną broń do zmiękczania serca Yaenn. Miała w sobie coś co sprawiało, że te niewielkie stworzonka nie czuły przed nią strachu, a nawet lubowały się w towarzystwie wadery. Uspokoiła się więc nieco i przywołała na pysku promienny uśmiech.
- Też jesteś samotny, co maluchu? - rzuciła do niego przyjaźnie i położywszy się pozwoliła, by mógł znaleźć wygodne miejsce na jej grzbiecie pomiędzy piórami.
- Martwię się o swoją wilczą dumę będąc darmowym pociągiem dla chodzącego obiadu - westchnęła ruszając wolno w stronę łąki. Poczuła, jak małych rozmiarów istotka lekko drgnęła, wydając fuknięcie pełne szczerego oburzenia. - Spokojnie, nie zjem cię ja ani nikt inny, póki jesteś tam gdzie jesteś.
Tak też przez co najmniej trzy godziny sunęła z szarym kształtem ulokowanym przy jej karku, głową spuszczoną niżej niż zwykle i na w pół zamkniętymi ślepiami. Nie była to senność, znużenie, zanudzenie czy cokolwiek innego, co przychodziłoby przeciętnemu osobnikowi do głowy. Był to stan głębokiego zamyślenia, badania szufladek pełnych wspomnień, zarówno tych lepszych oraz gorszych.
Przez większość życia miała jedynie siebie. Matka, mimo względnej troski o jej życie, nigdy nie okazywała czułości ani szczególnego przywiązania. Wilczycy trudno więc było stwierdzić, czy jedyna znana osoba będąca z nią połączona więzami krwi naprawdę ją kochała. Przed paroma laty byłoby to dla niej bez znaczenia. Bardziej wtedy przejmowała się swoim życiem oraz przyszłością niż tym, co działo się za czasów szczenięcych lat. Teraz, kiedy miała zapewniony dom, opiekę, mogła czuć się częścią jakiejś społeczności, pytania i niedokończone zagadki z przeszłości powracały.
Dotarłszy na łąkę pozostawiła swego towarzysza i przyjaciela na dole, by mógł zaznać rozkoszy wiosennej trawy i koniczyny, a sama znalazła w pobliżu dogodne drzewo do obserwacji. Czuła się po części odpowiedzialna za stan psychiczny i fizyczny mięciutkiej, drobniutkiej istotki, to też nie mogła pozostawić jej bez opieki.
Wnikliwie obserwując całą okolicę, w tym główny, najważniejszy obiekt, po pewnym czasie dostrzegła w zaroślach ruch. Nie było to przeraźliwe drganie wysokich traw, wprowadzonych w takie konwulsje przez niewprawnego łowcę. Każdy, nawet głupi, zrozumiałby, że tylko najlepsi są w stanie tak delikatnie i spokojnie poruszać się w ukryciu.
Yaenn zgrabnie zeskoczyła na ziemię i rzuciła się na ratunek swemu znajomemu, pokonując dzielącą ją od niego odległość eleganckimi susami. Nim napastnik zdążył wykonać jakikolwiek ruch, zagrodziła mu drogę, grożąc ostrym jak brzytwa uzębieniem. Rozłożywszy skrzydła i nastroszywszy pióra na grzbiecie przypominała co najwyżej niewydarzonego, poirytowanego gryfa, choć nigdy nie miała okazji takowego ujrzeć.
Spomiędzy zarośli błysnęła para spiżowych, rozbawionych ślepi, co dodatkowo wzburzyło gotującą się w waderze krew. Bez zawahania rzuciła się na wciąż niezidentyfikowaną postać, wpijając wszystko co ostre w jej ciało. W takiej furii, nawet gdyby walczyła z rosłym, barczystym basiorem, siły były wyrównane.
Można by powiedzieć, że w jej czekoladowych oczętach płonął żywy ogień, kiedy siłowała się z brązowym kształtem. Tak gwałtowny atak powodował jednak większe zmęczenie, czego jak najbardziej świadom był przeciwnik. Zdecydowanym ruchem zrzucił ją z siebie, aczkolwiek zdążyła jeszcze dotkliwie wgryźć się w jego prawą łapę.
Leżąc na ziemi z kończyną obcego w pysku, nagle doznała olśnienia. Rozpoznała tęczówki, pysk, futro, dosłownie wszystko co było w jego posiadaniu. Wypluła z pyska wilczy nadgarstek, kaszląc, jakby najadła się trutki. Gdy pozbyła się dziwnego posmaku, spojrzała z wyrzutem na basiora.
- To ty? - fuknęła z wyrzutem. - Mogłeś go zabić! - zwróciła wzrok pełen czułości na małego królika, gramolącego się teraz na jej głowę.

<Gale?>

Od Gustave'a C.D Corrin

On czuł, że wadera nie myśli o sobie w sposób, jaki On myśli o Niej. Przedstawiła się jakby wręcz pesymistycznie, jak waderę, która na Niego nie zasługiwała, bezwartościową Corrin, która nie wie, co basior ten robi tutaj, z Nią. On jednak był Nią tak oczarowany, że nie chciał nawet tego słuchać. Nie znał Jej wprawdzie wcale, z drugiej jednak strony nie wyobrażał sobie, że wadera w dalszym ciągu mogłaby wygadywać na swój temat te wszystkie kłamstwa. Całowała tak cudownie, tak namiętnie, a jednocześnie tak wyjątkowo, iż każde wypowiedziane przez Nią słowo obelgi bardzo Go bolało. Ponadto uraziło Go stwierdzenie, iż wadera mu nie wierzy. Czyżby wyglądał na takiego, który ot tak, zmieniłby zdanie na Jej temat? Uznała Go za dwulicowego basiora, który chce jedynie zabawić się jej kosztem, doznać fizycznych przyjemności. Czyż nie widziała, iż ten gotów jest oddać za Nią nawet swoje marne życie? Czyż nie widziała, że chciałby mieć wyłącznie Ją, nie potrzebowałby innych, tylko Jej, której w tym momencie pożądał? Czyż nie widziała, iż ostatnim, co przyszłoby mu do łba, byłoby opuszczenie Jej? W Jego gestach, słowach, było tyle emocji, tych, które skrywane były od wielu miesięcy, a może i wielu lat. Śmiało mógł stwierdzić, że był na Nią zły, przynajmniej do momentu, gdy ta po raz kolejny Go pocałowała. Właściwie, gdy pocałowała Go po raz pierwszy, bowiem reszta ich pocałunków zainicjowana została przez Niego. Przyłożył swoje ciężkie, potężne i muskularne łapy na Jej grzbiecie, tak, aby przytrzymać Ją przy sobie. Wiedział, że może zrobić jej krzywdę, rozciąć ta piękną skórę, nie przejmował się tym jednak zanadto. Po Jej słowach tylko utwierdził się w przekonaniu, iż również On nie jest Jej obojętny. Uszczęśliwiło Go to niezmiernie, uśmiechnął się, delikatnie i znowu się do Niej zbliżył. Znowu Ją pocałował, delikatnie. Czuł, jak Ona się uśmiecha, czuł tą więź, która do tego czasu zdołała się między Nimi wytworzyła. Czuł, że dzięki Niej na nowo jest szczęśliwy i czuł, że będzie oddany Jej do końca swych dni. Odsunął się nieco, posłał szarmancki uśmiech. Zbliżył się ponownie, ujął za łapę po to, aby na wypadek gdy ta się nie zgodzi i tak zaprosić Ją na spacer. Być może chciał, aby i tym razem mu towarzyszyła, być może nie wyobrażał sobie dnia spędzonego bez jej obecności. Szedł chwilę. W ciszy. Nieco bardziej za Nią, aby rozkoszować się Jej widokiem. Tak niewinnej, którą wystarczyłoby poderwać do góry i upuścić, aby zabić. Była dla Niego niczym lalką, o którą trzeba niezmiernie dbać, żeby ta nie straciła na swym uroku.
- Jestem niezmiernie szczęśliwy, że zechciała mi Pani towarzyszyć. - zaczął w końcu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, iż wadera niekoniecznie chciała z Nim się wybrać na spacer. Nie mógł pozwolić jednak, aby ta teraz zawróciła i zostawiła Go samego. - Nie chcę Pani zranić. - dodał ni stąd, ni zowąd. Mina Jego spoważniała, a każde słowy było wypowiadane z prawdziwą szczerością w głosie. - Po prostu nie wyobrażam sobie, iż mógł zachować się tak bezczelnie i z własnej woli się od Pani uwolnić. Zapewniam, iż jest to niewykonalne. - powiedział, ostatnie zdanie, jakby głośniej, chcąc upewnić Ją w swoich zamiarach wobec Niej. - Nie myślę o Nikim innym, niż o Pani. Zajęła Pani mój umysł całkowicie, już teraz jestem Pani oddany. - tutaj przyśpieszył, specjalnie, aby po chwili znaleźć się tuż przed Nią i ponownie pocałować. Z jaką łatwością mu to już przychodziło. Jak cudownie się czuł, wiedząc, co ta do Niego czuje. Przeszła Go momentalna fala ciepła, która minęła po chwili, jakby znak, że pora kontynuować swój monolog. Ruszył teraz, przed Nią, plecami do Niej zwrócony. - Jestem pewny, że gdybym teraz się Pani oświadczył, a Pani nie odrzuciła mych uczuć, skazując mnie na porażkę, to miłość, tak piękne uczucie pojawiłoby się z czasem. - mówił szczerze, doskonale wiedząc, że gdyby tylko miał pierścionek, to raptem po dwóch dniach znajomości z Nią rzuciłby się na klęczki i oświadczył. - Nie mniej jednak, chyba porę nieco o sobie opowiedzieć. Chciałbym, aby to Pani wysłuchała mej krótkiej opowieści, aby następnie w końcu zrozumieć, iż tak idealnym basiorem nie jestem. - chciał, aby doskonale zdawała sobie sprawę z Jego wad. Jeżeli bowiem miałaby Go pokochać, to jedynie miłością szczerą, która akceptuje zarówno wady jak i zalety. - Nie zdaję sobie sprawy z tego, gdzie dokładnie się urodziłem. Byłem bowiem młody, a po śmierci mych rodziców, którzy oddali za mnie życie, musiałem tułać się to tu, to tam. Byłem bliski śmierci, a ocaliła mnie pewna wadera z przyjaznej mi później watahy. Tam poznałem naiwną przedstawicielkę Naszego gatunku, z którą to się ożeniłem. Być może dla tego, aby zaimponować reszcie, bo wiem ta uznawana była za najpiękniejszą, jednocześnie niestety pozbawiona wszelkiego taktu i inteligencji. Rozwiodłem się. Następnym krokiem była walka. Nie byle jaka, a u boku mego najlepszego przyjaciela, brata, który również oddał za mnie swe życie. Tak bardzo przytłoczyła mnie Jego śmierć, że odszedłem z tamtej społeczności. Radziłem sobie nader dobrze, aby po raz pierwszy w mym życiu się zakochać. Nie wiadomo skąd, przybyła do mnie wadera, którą pokochałem być może najbardziej, przynajmniej na tamte czasy. Uwadze Pani nie może również ubyć fakt, iż zostałem ojcem, aby po tych wydarzeniach wadera ta opuściła mnie, pozostawiając z obolałym łbem i raną ciętą na wewnętrznej stronie brzucha. Nie pałałem do Niej nienawiścią. Jedyne, co na ten czas czułem, był niepojęty wręcz żal. Po ponownym upadku znalazłem się tutaj. Do dzisiaj nie mam pojęcia, jak przedostałeś się przez te góry, być może byłem w amoku, bowiem gorączka nie opuszczała mnie od kilku dni. A teraz jestem tutaj, z Panią. - skończył. Nie miał już więcej do powiedzenia. Przyśpieszył tylko nieco kroku, ażeby to nie wyjść na osobnika, który użala się nad sobą. Stwierdził bowiem, iż przeszłość jest już dawno za Nim.

<Corrin?>

Od Browna C.D Maemuki

Spojrzałem na nią nieco zdziwiony.
- Nie byłem głodny, więc poszedłem się przejść - odparłem. Zdumiało mnie, że Mae nie jada mięsa. Słyszałem o takich ludziach, ale nie wilkach!
- W taki razie chyba powinienem zaproponować małą przechadzkę - mruknąłem.
- W sumie, nie mam nic przeciwko - uśmiechnęła się, co odwzajemniłem i ruszyliśmy. Rozmawialiśmy przez cały czas, idąc między drzewami Szumiącego Lasu, aż doszliśmy do Mystic Waterfall. Siadłem na ziemi i spojrzałem w dal. Rozmyślałem nad możliwością odwiedzin u moich rodziców, znalezienia rodzeństwa...
- A ty o czym myślisz? - zapytała Mae, uśmiechając się łagodnie.
- Cóż... O tym, że gdzieś tam jest moje rodzeństwo i rodzice. Myślałem, czy by nie odwiedzić tych drugich. Albo znaleźć brata i siostrę - odpowiedziałem, cały czas patrząc na horyzont. A co, jeśli im się nie powodzi? Potrzebują mojej pomocy? A ja nie umiem im pomóc, siedząc tutaj i gapiąc się bezmyślnie na krajobraz, zamiast gnać na...
- Ciastek! - krzyknęła wadera, spoglądając na mnie z zaniepokojeniem.
- Tak? - spojrzałem na nią, unosząc brwi.
- Siedzisz cicho od jakiś pięciu minut! Bałam się, że coś ci się stało! A jak cię wołałam, nie odpowiadałeś - wyjaśniła, zdenerwowana.
- Cóż... Przepraszam. Czasami zdarza mi się zamyślić, no wiesz - przeprosiłem.
Postanowiłem jak najszybciej oddalić się od wodospadu, ponieważ tam miałem najlepsze miejsce do popadnięcia w zamyślenie, co było niebezpieczne.
Wstałem i otrzepałem się jak pies, po czym ziewnąłem i spojrzałem na słońce. Było prawie południe, więc mój żołądek zawiadamiał, że czas coś przekąsić.
- Wiesz.... Muszę iść na polowanie. Obiecuję, że nie zabiję żadnego młodego zwierzaczka ani matki! Widzisz, nie mam tego w zwyczaju - oznajmiłem, machając ogonem.
- Skoro musisz... -westchnęła Maemuki. Uznałem, że sama trafi do domu i od razu pobiegłem do Deer.
~*~
Udało mi się złapać dzika (który WCALE nie był bezbronny) i teraz siedziałem, zajadając się udźcem. Zleciały się wrony, z czego po zimie nie wyglądały jeszcze tak dobrze, jak ja uznałem, że powinny.
- Jedzcie, jedzcie. Dla wszystkich wystarczy - zachichotałem i obgryzłem kość. najadłem się już, więc zostawiłem mięso ptakom i wróciłem do jaskini. Zająłem się swoimi obowiązkami, na czym upłynęła mi reszta dnia. Wieczorem zadowolony ułożyłem się na posłaniu i usnąłem.

<<Maemuki? Dziki nie są bezbronne!>>

Od Gale'a C.D Yaenn

Lekka wadera zajęła dogodne miejsce gdzieś w wysokich gałęziach. Basior nie miał szans tak zwinnie i dostojnie wdrapać się na drzewo, zrezygnował więc z tego pomysłu, nie chcąc dać towarzyszce powodu do śmiechu. Jego nieporadność w takiej chwili mogłaby mieć druzgocące skutki w przyszłości. Zadowolił się miękkim posłaniem tworzonym przez mech, ułożył się na nim wpatrując się tęsknie w odległe krople deszczu. Przed tymi skrzętnie chroniła go gruba warstwa liści.
- Jeszcze nie zdążyłaś mi się przedstawić, skarbie. - mruknął unosząc połyskujące ślepia w górę.
- Yaenn, nie skarbie. - fuknęła gdzieś ze swojej kryjówki. W geście poddania położył uszy po sobie, choć z pyska nie znikał charakterystyczny uśmieszek.
- Jak sobie życzysz, skarbie. - odparł pół żartem, pół serio. Niebo przeszył perlisty grom, pozostawiając po sobie echo grzmotu. Gale odruchowo pociągnął nosem, aby poczuć zapach deszczu. Nic jednak do niego nie dotarło. Powietrze przedostało się do płuc, pozostawiając na nieczułym nosie drobinki zapachu. Cóż z tego, kiedy jest się pozbawionym węchu?
- Może jesteś głodna? - zapytał, odruchowo przyklejając do ust 'banana'. Kawał mięsa leżał nieopodal niego. Niestety, cała dawna ochota na zjedzenie go uleciała z basiora jakby za pstryknięciem palcami.
- Niekoniecznie. - odrzekła lakonicznie, acz postanowiła wyzbyć się dawnego oschłego tonu, w wyobraźni Masqué'a krzywiła się przy wypowiadaniu tych słów. Pohamował prychnięcie, ale nie dawał za wygraną. Od szczenięcia był uparty.
Za pomocą dobrze wyważonego cięcia pazurem, otrzymał spory kawałek delikatnego mięsa. Ujął go w zęby starając się nie wyrządzić zbytnich szkód. Stając na tylnych łapach, wskoczył na jedną z niższych gałęzi wyciągając łeb w stronę Yaenn. Ta, z iście teatralnym wywinięciem oczami, łaskawie postanowiła przyjąć skromny podarek.
- Dziękuję. - westchnęła tylko, wracając na swoje dawne miejsce. Może wyznawała regułę 'przytakuj, da ci spokój'. Ta myśl wróciła wesołkowi dawny humor. Przyszła stara ochota na długie opowieści zwieńczone jego epickimi tryumfami. Krwawymi pościgami, trzymającymi w napięciu momentami i upojnymi nocami spędzonymi w towarzystwie rozchichotanych panienek. Nienawidził takich, ale cóż zrobić, kiedy przyzwoitych na świecie jest tak mało?
Kiedy deszcz ustał zupełnie, a na nieboskłonie ponownie pojawiło się gorące słońce, wyszli z ukrycia. Pod kierownictwem wadery kroczył dumnie wśród wysokich traw, widząc nieco więcej aniżeli sama przewodniczka. Jak obiecała, tak też zrobiła. Doprowadziła Gale'a pod same wejście do jaskini alfy. Odeszła tłumacząc się obowiązkami.
- I tak cię znajdę, skarbie. - zakrzyknął za nią, zwracając uwagę przechodnich wilków. Nie przejmował się tym zbytnio. Z presją radził sobie niemal idealnie.
- Będę czekać. - posłała mu wyzywające spojrzenie, trwające ułamek chwili. To jednak pozwoliło jej na zawładnięcie umysłem basiora. Od tej pory kierowała nim żądza wygranej niemego pojedynku. Trzeba było wiedzieć, że Gale uwielbia wygrywać.
Ocucił go chrzęst żwiru pod łapami basiora. Flammèche odwrócił się zawczasu i skłonił lekko, na znak szacunku. Odpowiedziano mu skinieniem głowy.
- Witaj. - przywitał się, typowym dla siebie, pewnym głosem.
- Miło mi cię gościć na terenach mojej watahy. - odpowiedział, a zdanie wcale nie brzmiało jak regułka wykuta na pamięć i recytowana co moment. - Szukasz schronienia, czy przychodzisz wieścić decyzje innych władców?
- To pierwsze, panie. Poszukuję schronienia, acz nie myślę o żerowaniu na pracy innych.
- Calme Loup, tak jak ja, posiada szeroko otwarte ramiona, skore gościć kogoś rwącego się do pracy, mój drogi. - zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się nad czymś niezmiernie ważnym.
- Wyglądasz na nieco zmęczonego. Pozwól, panie, że zaproponuję pomoc i odciążę twoje obolałe od odpowiedzialności barki. - wypiął lekko pierś, chcąc okazać pełnie swych sił.
- Do czego pijesz? - na jego wargi zawitał półuśmiech.
- Na pewno mógłbym zająć stanowisko dotyczące sądownictwa. W tym żywiole czuję się jak ryba w wodzie, a i osądzać umiem słusznie. Dokładnie słucham, a cierpliwość jest moim drugim imieniem.
- Pozwól, że się wtrącę. Skromnością za to nie grzeszysz! - szturchnął go nieco w ramię, co w tamtej chwili nie wydało się ani trochę nie na miejscu. Przynajmniej nie dla Gale'a. Alfa musiał dojść do innego wniosku, gdyż momentalnie wrócił wyraz konsternacji na pysku.
- Nie każdy jest idealny, panie. Czy skromność jest pożądana u sędziego? Nie tak bardzo jak bezstronność i cierpliwość, umiejętność podejmowania słusznych, naturalnie dla ogółu, decyzji. Nie ukrywam, takowe stanowisko byłoby prawdziwym zaszczytem. - starał się jak mógł wybrnąć z sytuacji. Czy był to swoisty test wobec nowego członka?
- Nieugięty w swoich działaniach, przy tym niezbyt nachalny. - rzekł ciszej. - Mój drogi...
- Gale. - podpowiedział szybko nowicjusz.
- Gale'u, witaj w naszych skromnych progach, nowy sędzio! - na widok szerokiego uśmiechu i alfa zaśmiał się cicho. Choć sztywno trzymała się go etykieta, posiadał uczucia i nie bał się ich okazywać. Niestety, wyglądało na to, że większość z nich tłamsił w sobie, być może w pogoni, lub podążaniu, za autorytetem obranym w dzieciństwie.
- Dziękuję, panie. - ukłonił się ponownie, tym razem głębiej i już bez pierwotnej obawy. Zdążył poznać swojego władcę i przekonać się o tym, że jeśli znajdzie sobie towarzystwo, będzie mu się tu żyło jak w bajce.
- Na przyszłość, mam na imię Gustave. Walcz i zwyciężaj, Gale. - dodał używając powiedzenia rzymskiego pochodzenia. Nie każdy mógłby to zrozumieć, nie każdy na co dzień posługuje się takimi frazami. Można czymś takim zaimponować.
- Następnym razem pojawię się z prośbą o wyższe stanowisko, panie. - choć miał na myśli żart, iskierka w nim zapłonęła i od teraz będzie pragnąć wykazać się.
- Mam nadzieję, że nie rzucasz słów na wiatr. - zawołał odchodząc we własną stronę. Niesamowite jak bardzo ktoś mógł pchnąć cię do działania, wypowiadając starą rzymską dewizę.
Począł szukać wadery, której przecież obiecał spotkanie. Nie robił tego, aby udowodnić jej swój upór, nie. Chciał przyjrzeć się bliżej istocie jaką jest Yaenn.

<Yaenn, skarbie?>

Od Gwyneth C.D Olivera

Wadera przypatrywała się bandażom o miętowym kolorze, ładnie wyglądających na tle szczupłych łap, okrytych mieszaniną popiołu oraz krwi, nadal cieknącej z rany na głowie. Uśmiechnęła się do basiora, raz za razem przebierając łapami, kładąc prawą na lewej i odwrotnie, w celu przywrócenia odpowiedniego pulsu.
- Tak więc...Oliver? - basior machnął głową na znak, iż wadera jednak zapamiętała jego imię
- Oliver. Chcesz wiedzieć, co przywiało mnie w tą, niezbyt przyjazną dla mojej osoby krainę. Nie okłamując Cię, stwierdzę, iż sama chiałabym wiedzieć, dlaczego tu jestem. - odpowiedziała uśmiechając się i jednocześnie spijając teraz już tylko napar, który podsunął jej wilk pod nos. Miał on słodkawy, zbliżony do rozpuszczonego karmelu smak, jednak czuć było tam nuty pewnego rodzaju, obcych waderze ziół. Wilk skrzywił się, widocznie nie dowierzając historii wadery.
- Mówiąc, "co przywiało cię w te, obecnie, niegościnne strony", masz zapewne na myśli to, iż gdzieś tutaj p r z y n a j m n i e j się zatrzymałeś, co z kolei prowadzi do tego, iż znasz te tereny bardziej, niż ja. - powiedziała odrywając wzrok od swoich łap, a przerzucając go na basiora, który tymczasem pakował do torby resztki ziół leżące wokoło koca, na którym wadera spoczęła.
- Owszem. Zatrzymałem się, ale na dłużej. Konkretniej, przebywasz teraz na terenach watahy, jeszcze bardziej szczegółowo, nazywa się ona Calme Loup. - powiedział, trochę niewyraźnie, gdyż w pysku trzymał sporego liścia, nieznanego wilczycy pochodzenia.
- Calme Loup, powiadasz. Mam to wymawiać "Kalme Lup", czy raczej "Kalme Loup". - powiedziała wadera, literując ostatnie słowo, dzięki czemu zabrzmiało ono bardziej donośnie. Basior uśmiechnął się, jednakże po chwili jego uśmiech przerodził się w cichy śmiech, z czasem zdający się być coraz głośniejszy.
- Co cię tak bawi? - zapytała, prychając, podnosząc głowę i spoglądając bacznie na basiora, który nadal dławił się śmiechem.
- Nikt mnie...po prostu o to...nie pytał. - powiedział basior, próbując zachować dawną uwagę. Gwyneth odwróciła się, spoglądając w pokrytą mchem ścianę jaskini, gdzie nie gdzie pokrytą wodą.
- Eeej, no nie obrażaj się...-powiedział basior starając się zachować poważny wyraz twarzy, jednakże na jego pysku ciągle malował się pewny rozbawienia uśmiech.
- Dlaczego mam się nie obrażać na kogoś, kto zupełnie mnie nie szanuje? - wadera prychnęła, mówiąc, jak by to, co przed chwilą powiedziała, było zupełnie oczywiste.

Oliver? Brak weny. xd