- Chodź, mój drogi - ostrożnie chwyciła królika łapami, odczepiając go od poturbowanego nosa basiora, po czym pogładziła gryzonia po łebku. Ponownie usadziła go na swoim grzbiecie i posłała leżącemu na ziemi wilkowi obojętne spojrzenie.
- Może w ramach rekompensaty za te liczne obrażenia, jakie ty i twój znajomy pozostawiliście na moim ciele, zgodziłabyś się na krótki spacer, skarbie? - zapytał nie szczędząc dostojnego tonu. W odpowiedzi otrzymał jedynie cios w pysk.
- Na spacer zgodzić się mogę, lecz nie na zwracanie się do mnie per skarbie - fuknęła oburzona. - Następnym razem będę mniej delikatna i może się to dla ciebie skończyć czymś gorszym, niż tylko kilkoma ugryzieniami.
Cień uśmiechu, jaki zdołała u niego zauważyć, ostatecznie przekonał ją, że to słowo będzie prześladowało ją przez całą ich znajomość. Nie miała tu oczywiście na myśli, iż wykazuje jakiekolwiek chęci zbliżenia się do basiora. Bardziej dołowały ją kwestie formalne, więzi, na jakie była skazana pełniąc takie, a nie inne stanowisko.
Spacer skupił się głównie na maszerowaniu w odległości półtora metra od siebie, bez jakiejkolwiek rozmowy czy mądrych regułek, kiedy bez specjalnego entuzjazmu pokazywała swemu towarzyszowi kolejne lokacje. Zazwyczaj, jako istoty bardziej doświadczonej i obeznanej, oczekiwało się od niej legend, opowiastek, żartów czy cytatów powiązanych z tym czy tamtym i zazwyczaj też miała humor by prawić takowe bez końca.
Dziś czuła pewien rodzaj skrępowania. Obawiała się, że powie coś nieodpowiedniego i w oczach nowo poznanego obraz niezależnej, alternatywnej istoty zostanie nieco podburzony. Chciała sprawiać wrażenie silnej, wywierać na nim dobre wrażenie, czasem nawet zaimponować swoją wiedzą, lecz nie była w stanie wydusić czegoś więcej niż kilku zwykłych, pustych słów, które swoim brzmieniem niczego nie zmieniły.
Co tu ukrywać - sprawiała wrażenie śmiertelnie czymś zmartwionej, jakby znajdowała się w całkowicie innym świecie. Na wszystkie pytania, nawet te, na które odpowiedź mogła mieć długość dobrego poematu, reakcja była krótka i treściwa. Lakoniczne wypowiedzi były przy jej osobie jak najbardziej na miejscu, lecz nie tak paskudny humor.
Był wieczór, kiedy krążąc po terenach Calme Loup bez celu niespodziewanie wkroczyli w bardziej górzyste okolice. W oddali na tle pomarańczowego nieba malowały się zarysy najwyższych szczytów, wciąż pokrytych śniegiem, groźnych i majestatycznych. Yaenn ich widokiem napawała się podczas pierwszych dni w watasze, to też teraz nie wywierały na niej większego wrażenia. Wciąż sunęli wgłąb potężnych, skalnych ramion, a ich mroczne oblicze z wolna przysłaniały ciepło ostatnich promieni słonecznych w tym dniu.
Nagle wadera niespodziewanie uniosła głowę. Jej uszy obracały się na wszystkie możliwe strony, aż w końcu obrały jeden kierunek i nieco się ku niemu nachyliły. Patrzyła przez chwilę z niezwykłą uwagą na zakręt przed nimi, po czym gwałtownie skoczyła do zarośli obok, ciągnąc za sobą basiora. Cudem było, że jeszcze w tak niegościnnej okolicy zachowały się wszelakiego rodzaju gęstwiny, dla jednych będące pożywieniem, a dla innych, jak w powyższym przypadku, prowizoryczną, lecz w miarę skuteczną kryjówką.
- Nie przypominam sobie, byś zdradził mi swoje imię - powiedziała półgłosem, wciąż wertując wąski przesmyk i czekając w napięciu.
- Gale, panienko - odrzekł i, jak mogła przewidzieć, na jego pysk ponownie wypełzł ten sam uśmieszek, którym raczył ją przy poprzednim spotkaniu.
Byli niebezpiecznie blisko siebie. Gdy w normalnym przypadku zaakceptowałaby to, biorąc pod uwagę, iż coś dość nieprzyjemnego czaiło się tuż za rogiem, teraz odległość wydawała się zdecydowanie zbyt mała. Ubolewała nad faktem, iż musi kryć się praktycznie "przytulona" do kogoś, kogo mogłaby ponownie pogryźć bez wyrzutów sumienia. Chwilę potem jej umysł zajął się jednak czymś całkowicie innym.
Zza skalnego załomu wyłoniło się pięciu rosłych, poważnych krasnoludów. Przyodziani w wilcze skóry, dzierżący w dłoni miecze, topory i inne równie niebezpieczne narzędzia, niewątpliwie wzbudzali strach w każdym drapieżniku, jaki w ich trofeach mógł dojrzeć swych braci. Przemaszerowali równym krokiem tuż przed oczami Yaenn i Gale'a, po czym znikli za kolejnym zakrętem.
- Wygląda na to, że nie wrócimy na noc do domu - westchnęła ciężko, spoglądając na znikające w mroku korony drzew.
<Gale?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz