sobota, 3 stycznia 2015

Od Shōgaina #2

To miejsce było tak piękne, że już nie dziwiłem się Gustave'owi, iż to tutaj postanowił się osiedlić. Ptaki zebrały się na koronie rozłożystego drzewa rosnącego przy wodospadzie i śpiewały, nieprzejęte widokiem kolorowego wilka, leżącego na wpół w wodzie, z rozłożonymi skrzydłami. Nie mogłem się zebrać, aby spróbować dowiedzieć się czego chcę. Myślałem sobie o swojej przeszłości, o tym jak powoli odzyskuję pamięć...
- Co tu robisz? - głos basiora wyrwał mnie z zamyślenia. - Przeziębisz się, a nie mamy więcej lotników. - wstałem i popatrzyłem za siebie. No pięknie! Tego tylko brakowało, żeby Gustave tu przyszedł. Nawet nie zdążyłem skosztować wody. To nie fair~ mruknąłem w myślach. Ku mojemu zdziwieniu, mimo zaskoczenia wywołanego przez przybycie Alphy, mój umysł wciąż pozostawał uporządkowany.
- Właściwie to przyszedłem tutaj, aby zastanowić się nad pewną decyzją.
- I zastanowiłeś się?
- Nie zdążyłem nawet napić się tej wody.
- Eh... - Gustave głośno westchnął, po czym powiedział- Tu nie chodzi o samą wodę Shogainie. To miejsce samo w sobie jest tak spokojne i ciche, że pozwala ci zastanowić się nad sobą. Jeśli ci to pomoże, to możesz mi wyjawić nad czym się zastanawiasz.
Zamknąłem oczy i głośno wciągnąłem powietrze. Chciałem tego. Gustave był idealnym przywódcą, a bycie dowódcą szpiegów to w jakimś sensie obrona jego, obrona całej watahy. Złożyłem skrzydła, podszedłem do Alphy i kłaniając się powiedziałem:
- Czy uczynisz mi ten zaszczyt i pozwolisz zostać dowódcą twoich szpiegów? Służba tobie i watasze będzie dla mnie zaszczytem, a uważam, ze podołam tej odpowiedzialności. Mogę przyjmować różne kształty, poruszam się bezszelestni i nie ukrywam, że mam zmysł taktyczny. Może jestem nieco oschły i arogancki, ale myślę, iż może mi to pomóc w zarządzaniu jednostkami. Posiadam dużą wiedzę o przeróżnych rzeczach, co może pomóc mi w rozeznaniu aktualnej sytuacji watahy. Zrozumiem, jeśli tego nie zrobisz.
Podniosłem się i czekałem na "wyrok".

<Gustave? :D>

Od Nyanne C.D Maemuki

Kto? Co? Jak? Gdzie?
Myśli uporczywie pulsowały pod czaszką, zabierając miejsce na cokolwiek innego niż pytania.
-Gdzie ja jestem?- spytała ochryple, wbijając wzrok w koc ją przykrywający.
- W lecznicy Calme Loup- odpowiedział głos.
- Kim wy jesteście?
- Maemuki i Shogain, członkowie watahy.
Nagle obok niek znaleźli się rozmówcy. Okrutny basior, którego już poznała oraz łagodnie wyglądająca wadera, którą wzięła za Kili'ego.
Teraz jednak wilk był bliski płaczu, zaś jego towarzyszka przybrała iście lodowatą minę. Zlustrowała obydwojga swym zamglonym wzrokiem, jakby to cokolwiek dało. Albo znaczyło.
- Skąd znacie moje imię? Skąd wiecie ile mam lat?
I skąd wiecie o Nim?
Krew słabo buzowała w jej żyłach. Maemuki otworzyła pysk.
- Mamy... swoje sposoby.- odparła.
- Czytacie w myślach?
Odpowiedziało milczenie, którym nie mógłby się poszczycić nawet trup. Nie zamierzała pozwalać, by ktoś ją uleczył. Przynajmniej bez wyjaśnienia.
- O co chodzi z tą harmonią, chaosem, córkami i innymi bzdetami?- Słabowity głosik ciął ciszę niczym Jego bastardowy miecz ciął walczącego z Nim orka, nim tamta kreatura Go zabiła. Pociągnęła nosem.
Nikomu nie ufaj. Nigdy.
Nagle ktoś jeszcze wkroczył do jaskini.

<Maemuki? Shogain? Kolejny ktosiu?>

Od Corrin C.D Gustave'a

 Miała to, czego tak naprawdę chciała. Potwierdzenie swojej śmiałej teorii o ich możliwej przygodzie miłosnej. Tak plebejska wadera i Alpha? Brzmiało to co najmniej zabawnie. Zwykły farmazon, absolutnie bzdurna myśl. Czy aby na pewno? Czy mogła w stu procentach ufać temu uczuciu, dać się mu wodzić? Nie chciała, a raczej nie mogła się zastanawiać. Pocałował ją. Nikogo innego tej nocy, tylko ją. Może był to przelotny zamysł, może już się rozmyślił? Jednakże sam fakt, że uczynił tak, a nie inaczej poruszył ją całą, od pazurów aż po ostatnie włosy na uszach. Miała wielką ochotę zostać tu z Nim do końca swoich dni, nie wyglądając na świat zewnętrzny, tak pełen niebezpieczeństw. Wyczuła jednak w swej intuicji, że również On musi przemyśleć to, co uczynił przed kilkoma chwilami. Chciała Go posłuchać, ukłonić się grzecznie i zniknąć. Tak po prostu o Nim zapomnieć i zaprzestać kontynuowania tych wszystkich sprzecznych sytuacji. Wiedziała jednak, że nie uda jej się tego w pełni uczynić, nawet, gdyby uciekła jak najdalej, po prostu rzucając się przed siebie. Wróciłaby do Niego, by skryć się przed całym złem tego świata. Był dla niej kimś bardzo ważnym, bez kogo właściwie nie mogłaby się obejść. Podeszła więc do Niego niepewnie i łapą przekierowała Jego wielki pysk w jej stronę. Spojrzał na nią tymi pełnymi niezdecydowania oczami, co wywołało u niej gęsią skórkę. Ona również nauczyła się już nie odwracać wzroku. Opuściła łapę, jednak przy spuszczaniu jej jakby przypadkiem nadal dotykała Jego rozgrzanego ciała. Chciała się rozpłakać, nie pozwalając sobie na choćby chwilę rozłąki. Wiedziała jednak, że nie będzie Jego gościem przez wieczność, byłoby to absolutnie niestosowne. Przywołała minę wyrażającą wręcz nadprogramowy smutek i powiedziała, dość dobitnie:
- Czuję, że mam iść. Sama też tego chcę, muszę coś przemyśleć. Jeśli jednak jutro się spotkamy, obiecaj mi, że podejdziesz.- nie chciała właściwe słyszeć odpowiedzi. Bała się, że będzie ona negatywna. Zanim zdążył więc nabrać powietrza w płuca, odbiegła pędem. Obejrzała się tylko, czy czasem nie biegł za nią. Tak jak myślała, była wolna. Zaprzestała szaleńczego tępa i pomyślała o zwyczajnym truchcie. Tak było jej łatwiej. Myśli kłębiły jej się w głowie, tworząc niewyjaśnioną plątaninę absurdów. Postarała się je w miarę uporządkować, jakby wkładając każdą do oddzielnej szuflady. Jak można się było spodziewać, największą część garderoby jej umysłu zajmowała ta z napisem "Gustave". Nie mogła przestać liczyć na to, że coś się zmieni, że nagle ona wypięknieje i zasłuży sobie na taki ideał, jakim był on. Dotarła już do swojej jaskini. Nie rozpatrywała za długo idealnych, gładkich ścian swojego mieszkania, ani jednej, długiej półki skalnej służącej jej za łóżko. Po prostu wgramoliła się tam, dość niezdarnym sposobem zresztą i starała się znów pomyśleć. Musiała zdecydować nad jednym z nowych wątków z jej życia. Przy Nim czuła się taka szczęśliwa, spełniona. Czy był to odpowiedni moment, by stwierdzić o tak ważnym uczuciu, jakim jest miłość? Nie wiedziała nawet, czy Go kocha. Czuła się po prostu całkowicie od Niego uzależniona, jakby był jej odosobnionym, lepszym powietrzem. Ciężko było jej stwierdzić to na podstawie jednego, choć tak burzliwego dnia całe to dziwne zajście. Krótki, bezwartościowy romans? To nie było to. Może doświadczona w życiu uczuciowym nie była, może nigdy nie zaznała miłosnego odurzenia naprawdę. Ale czuła, że Mu też nie jest wcale obojętna. Po rozpatrzeniu wszystkich za i przeciw, wyszło na to, że musi Go jeszcze poznać. Poznać na tyle, by wydać prawidłowy osąd. Bała się tylko, że będzie on co najmniej niesprawiedliwy wobec jej osoby.

                                                                <Gustave?>

Od Cinder

Jak zwykle przygarbiona, obojętna. Wzrok skupiony na źdźbłach trawy i kolorowych płatach kwiatów. Skwaszona mina zdobiła jej pysk. Jak dobrze, że tylko dzisiaj. Miała prawo. Na sama myśl o długiej podróży i ostatniej kłótni z bratem robiło je się niedobrze. Brat. Niby ostatni wilk, na którym jej zależy, a jednak ma go dosyć. Potrzepała pyskiem, by pozbyć się żałosnych myśli o ostatnim członku jej rodziny. Zacisnęła powieki i wzięła głęboki oddech. Przechodząc koło swojej jaskini postanowiła do niej zaglądnąć. Sama nie wiedziała w jakim celu. Rozejrzała się i wyszła. Mrużąc oczy wlepiła wzrok, kiedy odchodziła.
Zatrzymała się przed nią - jaskinią w której mieszkał Gustave. Beznamiętnie spojrzała na nią oddalając się. Nie spuszczała z niej wzroku. Chodziła zataczając koła, ale nie ważyła spuszczać z niej swoich turkusowych ślepi.
- Powinnaś odpocząć. - Głos wydobywający się z głębi jaskini sprawił, że uszy Cinder stanęły na baczność, a sama ona przyjęła poważna postawę.
Starała nie okazywać uczuć. Kamienny pysk był teraz priorytetem. Jednak lekkie zmarszczenie brwi i przymrużenie oczu wpadły automatycznie. Wciągnęła nosem czyste świeże powietrze. Zacisnęła szczęki, kiedy kasztanowy basior wyszedł z cienia jaskini.
- Więc? - spytał. Na jego pysku zagościł niewielki uśmiech.
- Nie mam nic do roboty - rzuciła opanowując złość.
- Naturalnie - zaczął.- Rozumiem, że nie zawsze jest się zajętym, ale wyjdź do wilków. Życie nie opiera się tylko i wyłącznie na pracy - wyprostował się.
Cinder spojrzała na niego z uniesionymi brwiami. Jakby bycie przywódcą nie było pracą. Może jednak basior miał rację? Może jednak Cinder musiała odpocząć. Spuściła wzrok, ale ponownie spojrzała na wilka. Wzięła wdech, by móc odpowiedzieć, ale nie wiedziała, jakie słowa ma wypowiedzieć.
- Dobrze - wydusiła jednak potwierdzając krótkimi przytaknięciami. Przełknęła ślinę i wtopiła wzrok w łapy basiora.
Gustave cofnął się o krok i rzucił Cinder pogodne spojrzenie. Skina lekko łbem i zwrócił się do swojej jaskini. Wadera odprowadziła go wzrokiem. Kiedy wilk zniknął w cieniu groty, Cinder cofnęła się kilka kroków i zawróciła.
Zachwiała się delikatnie, kiedy jej łapa niespodziewanie poślizgnęła się o mokry kamień pokryty glonami. Odzyskała równowagę i kontynuowała wspinaczkę. Skoczyła niezgrabnie wślizgując się na jeden z wyższych głazów. Położyła się w cieniu chowając się przed wilcza społecznością. Wodospad był daleko, ale przyjemnie szumiał w jej uszach. Co chwilę mogła dostrzec pary wilków rozmawiających ze sobą. Zmarszczyła nos, a głowa obróciła się w przeciwną stronę. Oparła ją o wilgotne łapy. Wzdychnęła, a jej oczy napełniły się. smutkiem.
- Czemu spędzasz czas samotnie? - Głos nieznajomego przywrócił ja do rzeczywistości. Spojrzała w dół. Nie odezwała się. Nie miała zamiaru.
- Heeej! Powiedz coś - basior uparcie próbował zwrócić je uwagę.
- Coś - powiedziała. Kąciki je ust lekko uniosły się. Wstała przeciągając się. Kątem oka spojrzała na basiora dając uśmiechowi rozwinąć się. Zaśmiała się widząc reakcje basiora i zeskoczyła do niego.

< Więc? Mógłby ktoś? :I >

Od Chaos C.D Shōgaina

Jeszcze tego brakowało! ~ pomyślałam.
Więc teraz czeka mnie dźwiganie basiora, tak? Pięknie! No po prostu świetnie! ~ Podeszłam do ciała wilka i szturchnęłam łapą.
***
Weszłam do jaskini medyków. Znajdował się tam tylko jeden wilk. Maddox jeśli dobrze pamiętam. Wadera popatrzyła na mnie.
- Stracił przytomność po walce z... Yyy... Niedźwiedziem. Takim magicznym. - Medyczka podeszła do basiora, następnie gestem wskazała mi wyjście jaskini. Truchtem wybiegłam na zewnątrz. Oparłam się o pewnego rodzaju ścianę i czekałam. Zamknęłam oczy i nadal czekałam. Nagle ktoś mną potrząsną. Szybko otworzyłam oczy.
- Basiorowi nic nie jest. Padł z wyczerpania. A tobie coś jest?
- Nie... Nic. - Maddox wzruszyła ramionami i odeszła. No pięknie... Teraz tracę poczucie czasu.
***
- No wreszcie! Obudziłeś się! - powiedziałam gdy Shōgain otworzył oczy. - Tak spałeś. - Odpowiedziałam zanim jeszcze wilk zdążył zadać pytanie.
- Ile czasu?

<Shōgain? Leżę sobie, nic nie robię...>

Od Maemuki C.D Nyanne

- Kto to Kili? - spytałam delikatnie, jednocześnie sięgając po brudny opatrunek, który zdążył już przesiąknąć ropą. Chaos był zbyt silny.
- Ja...
- Spokojnie, nic nie mów. Jestem Maemuki, sędzia Calme Loup. Wezwali mnie, ponieważ nie mogą sobie poradzić z twoją raną. Potrafię posługiwać się harmonią, ale...
- Jest zbyt silny, prawda? - wadera ledwo wydusiła z siebie to pytanie.
- Jeśli masz na myśli chaos, to owszem, niestety. Choć jest jedna osoba, która mogłaby ci pomóc.
- Tylko nie on... Proszę....
- Cicho, mała. Zaśnij, odpocznij. - wlałam w nią trochę spokoju i wilczyca na nowo zapadła w płytki sen.
- Znajdzie i przyprowadźcie tu Shogaina. Z tego, co wywnioskowałam, zrobił coś tej waderze. Najpierw to odkręci, a później stanie przed sądem.
***
- Nic jej nie zrobiłem! Sama nie chciała pomocy! - wilk był oburzony.
- Po pierwsze nie krzycz. Po drugie, nie obchodzi mnie to, że nie chciała. Widziałeś, w jakim jest stanie i jej nie pomogłeś. Do jasnej cholery, Shog! - syknęłam cicho - Ona ma tylko dwa lata! Czyś ty postradał zmysły przez ten chaos?! Zdajesz sobie sprawę, ze tak właściwie to zostawiłeś do dziecko na pastwę losu?!
- To już nie jest dziecko, Mae. Skończyła dwa lata? Skończyła. Nawet miała męża! Nie obwiniaj mnie za jej decyzję! - jego głos przechodził w cichy warkot.
- Będę to robić, bo doskonale wiesz, że gdybyś przyniósł ją tu wcześniej miałaby jakieś szanse.Teraz nie mogę nic zrobić! To nie musiało się tak kończyć.
- Ja... - cichy głos wadery przerwał naszą kłótnię. Odwróciliśmy głowy w jej kierunku, a ona siedziała, z pyskiem wykrzywionym z bólu, ale przytomna.
- Proszę, Nyanne... Powiedz, że tego nie słyszałaś...
- Nie mam szans... Umrę... Spotkam się z moim Słońcem i Gwiazdami...
- Jeszcze nie teraz. jestem w stanie wyciągnąć z niej mrok, lecz tylko wtedy, kiedy tego zechce! Inaczej nic ani nikt nie będzie w stanie jej pomóc! posłuchaj mnie, patrz na mnie. Sama trzymasz w sobie to zakażenie. Musisz pozwolić mi wyciągnąć z siebie to zło. - zdziwiona popatrzyłam na Shogaina, po którego policzku spływała.... ŁZA. Pan Nieład płakał.
Kiedy zorientował się, że na niego patrzę, powiedział tylko: "Pamiętam."
- Nyanne, proszę... Nie rób tego, co moja córka... Zgódź się!
- Ty miałeś córkę?! - byłam pełna niedowierzania.
- A ty jesteś moją siostrą. Nie teraz Maemuki, proszę. Nyanne!

<Nyanne?>

Od Shōgaina #1

Myśli kłębiły się w mojej głowie niemiłosiernie. Każda z nich uderzała gdzie indziej, a ja nie mogłem wystarczająco się skupić, żeby je przegonić. Jedna szarpała za wspomnienia z dzieciństwa, przywołując bolesną pustkę po rodzinie, druga za myśli związane z Mae, coś niewątpliwie musi ich łączyć, trzecia za tą niezwykle małą w moim umyśle część odpowiedzialną za niepokój zdenerwowanie. resztkami sił powstrzymywałem chaos, aby przypadkiem gdzieś się nie wydostał.
Skutki uboczne chaosu, tak już bywa.
Szczerze? Nie wiedziałem, czego chcę. Nie wiedziałem, czy TEGO chce. Może to zabrzmi głupio, ale bałem się o to spytać. Przecież to w końcu Alpha! Nie wiedziałem, czy Gustave chciałby mieć jako dowódcę szpiegów wilka opanowanego chaosem. Chociaż z drugiej strony... przyniosłoby to wiele korzyści... Albo nie? Nienawidzę uczucia, kiedy jakaś niewidzialna macka szarpie struny moich uczuć na chybił trafił, nie zważając na ból i zdezorientowanie, jakie przez to wywołuje.
Kierowałem się do jaskini Alphy wciąż zastanawiając się nad tym, co powiedzieć Gustave'owi, żeby się zgodził, kiedy do głowy wpadła mi całkiem znośna myśl. Skupiłem się na niej i odepchnąłem wszystkie męczące mnie myśli w kąt. zapiszczały przeraźliwie, kiedy dziwna, jasna macka harmonii unieruchomiła je w kącie mojej głowy. Chyba nie pochodziła ode mnie więc czujnie rozejrzałem się dookoła, w poszukiwaniu jakiegoś wilka. Zdziwiłem się, bo nie zobaczyłem nikogo wokół siebie.
- Tu jestem, Shogunie. - popatrzyłem w górę, gdzie zobaczyłem Mae, raz po raz machającą wielkimi, gołębimi skrzydłami. Robiła to równie bezszelestnie jak ja, dlatego jej nie usłyszałem. Cicho wylądowała obok mnie i uśmiechała się lekko.
- Za dużo myślisz, Nieładzie. - przysiadła na ziemi, jednocześnie w mgnieniu oka dematerializując ptasie skrzydła.
- Skąd wiesz? Z tego, co wiem, nie umiesz wchodzić do umysłów... - zdezorientowała mnie jeszcze bardziej, choć muszę przyznać, że błogi spokój panujący w mojej głowie był bardzo przyjemny.
- Ja, owszem, nie umiem. Ale jest w tobie chaos, który coraz bardziej próbuje zawładnąć twoim umysłem, a harmonia, którą mam ja, potrafi wydobyć z ciebie resztki ładu i dać im przewagę, skarbie. - posłała mi całusa, miałem tylko nadzieję, że nie na poważnie. Nie dała mi nawet dojść do słowa, co za tupet! - Jeśli mogę ci coś radzić, Shogainie to idź nad Mistycznego Wodospadu. Harmonia na tyle oczyściła twoje serce, że powinno ci to pomóc się zdecydować. Do zobaczenia. - mrugnęła porozumiewawczo okiem i pobiegła do lasu.
Ja natomiast skierowałem się w stronę wodospadu.
Raz się żyje.

C.D.N.

Od Gustave'a C.D Corrin

Nie mógł uwierzyć. Nie potrafił pojąć, co taka wadera, jak Ona robi tutaj z Nim. Jedynym rozsądnym wytłumaczeniem byłoby chyba, że chowa się przed deszczem, ten jednak zdołał już dawno ustać, a na pięknym niebie, gdzie błękit, a następnie szarość, który przemienił się teraz w głęboką czerń, zawitały błyszczące, niczym Jej oczy, gwiazdy. Czuł jej zapach. Tak przyjemny, tak słodki. Serce, po raz kolejny już w tym dniu, zaczęło bić szybciej, a Jego, jakby na chwilę ogarnęła panika. Wszystko to była Jej wina. Nie bał się stwierdzić otwarcie, przed samym sobą jednak, że owinęła Go sobie wokół pazura. Sprawiła, że z gburowatego, zamkniętego w sobie i oschłego basiora ponownie wyłonił się ten Gustave, za którym niegdyś tak szalały inne przedstawicieli tego gatunku. Znów stał się uwodzicielski, znów chciał wdawać się w te gierki, które najczęściej prowadziły do romansu. W tym wypadku było jednak inaczej. Nie łaknął zwykłego przelotnego związku, a czegoś poważnego, jakby przy Niej momentalnie odzyskał wiarę w miłość. Ot tak, po prostu czuł, że znowu może się zakochać, że może kogoś pożądać.
Zbliżyła się, szeptała te piękne słowa do Jego ucha, a On poczuł, że coś się z Nim dzieje. Na pysku wręcz momentalnie zawitał ten szarmancki, po części jednak arogancki, pełen przejęcia uśmiech. Mówiła tak pięknie, tak cudownie Mu się jej słuchało. W pewnym momencie skończyła, a jej pysk dalej pozostał przy Jego uchu. Jakby nie wiadomo z jakiej przyczyny odwrócił swój łeb w jej stronę. Biorąc głęboki uśmiech, przybliżył się na tyle, iż ich nosy dzieliła dosłownie kilku milimetrowa przerwa. Bez większego namysłu, bez jakiegokolwiek pozwolenia po prostu Ją pocałował - raz, namiętnie, jednak delikatnie. Trwało to może kilka sekund, kilka sekund, które teraz zleciały tak szybko, minęły tak prędko. Odsunął się powoli, jakby w transie, szoku, bowiem najchętniej jeszcze raz by to powtórzył. Jeszcze raz chciałby złożyć pocałunek na jej wargach, tym razem już nie tak dyskretny, a przepełniony wszystkim, co czuł w tym momencie. Cofnął się jeszcze trochę, nie spuszczając jednak z Niej wzroku. Karcił się w duszy, że był tak słaby, że uległ Jej wdziękom, sądził jednak, że każdy normalny wilk by tak uczynił. Zaryzykował wszystko, doskonale zdając sobie sprawę, iż popełnił w pewnym sensie głupstwo. Z drugiej jednak strony, dlaczego wyszeptała tak piękne słowa? Dlaczego zaczęła Go kusić? Czyżby nie zdawała sobie sprawy, że basior ten jest po prostu kolejnym nachalnym i aroganckim przedstawicielem swego gatunku? Nie wolno tak postępować... Nie z Nim.
- Czy teraz wierzy mi Pani na słowo? - dodał, nieco bardziej obojętnie. Chciał jakby zatuszować to, co właśnie się stało, toteż powrócił ten władczy, ostry głos, którego dotychczas używał w rozmowach. - Niech Pani spojrzy. - mówiąc to odwrócił łeb w stronę wylotu jaskini, gdzie idealnie dostrzec mógł gwieździste niebo i piękny Księżyc. - Jakbym widział Panią. - tutaj stanął. Głoś ponownie zmienił się w potulny, a On dopiero po wypowiedzianych słowach zdał sobie sprawę z tego, co właśnie uczynił. Jakby komplement sam wyrwał się z Jego gardła. Ucichł wręcz momentalnie, nie spoglądając na Nią, a na gwieździste niebo. Jakby chciał, żeby już wyszła. Nie dlatego, że miał jej dosyć, a dlatego, że czuł się speszony. Nie bardzo, ale na tyle, iż najchętniej zostałby teraz sam, pewnie myśląc o Niej.

<Corrin?>

Od Nyanne C.D Shōgaina

Wadera spojrzała się na niego wzrokiem mówiącym jeden, bezpośrednim wzrokiem.
Zostaw mnie, bo cię zabiję.
A przynajmniej chciała tak powiedzieć i móc spełnić ów prośbę, gdyby tylko mogła Basior jednak wyszczerzył kpiąco zęby i ponownie zadał jej ból, używając jakiejś chaotycznej mocy. Warknęła.
- Zz-zostaw mnie. Ch-chcę umrzeć.
To wychrypiawszy uniosła się z lekka niezgrabnie, z furią rozdrapując kamienie. To nie basior ją przeraził, lecz myśl że może jej zadać czystą, bezbolesną śmierć. Nagle do jej uszu dobiegł złowrogi głos przybysza.
- Chcesz umrzeć? No problem. Ale nie dam ci łaski.
- Mam gdzieś twoją łaskę.
Tamten zaprzestał czegokolwiek, pozwalając by Nyanne podniosła się na drżących od konwulsji łapach, odwróciła się i odeszła.
Szła przez las, dopóty osobliwy basior nie znikł między drzewami, zostawiając ją ponownie samą, pozbawioną jakiegokolwiek towarzystwa. Znów słyszała jedynie własny, słaby oddech, pazury rozrywające cicho wiosenną trawkę i ciche trele. W lesie ciemniało, z racji iż zbliżała się noc. Zauważywszy to, rozejrzała się za nocnym grobem, w razie gdyby miało jej przyjść odejść w czasie snu. Nagle ujrzała starą, powykręcaną wiśnię, porastającą już młodymi listkami koloru pudrowego różu. Wśród jej konarów dostrzegła płaskie, odsłonięte miejsce.
Kili uwielbiał te drzewa.
Z tą myślą pokuśtykała do niej, pozwalając by postrzębiony ogon wił się luźno po ziemi, wytwarzając przy tym szelest. Zbliżywszy się, nie do końca spójnymi ruchami wdrapała się na wiekowe drzewo. Kiedy dotarła do rozgałęzienia obranego za za posłanie, już z lekka dyszała, czując w żołądku rozpaczliwe ukłucie głodu. On powiedział jej niegdyś, iż żucie liści zapełnia żołądek. Mimo wszystko nie sięgnęła po soczystego listka.
Trupy nie jedzą.
Zamiast tego rozciągnęła się z trudem na twardym, nieprzyjemnym drewnie i poczęła wpatrywać w gwiazdy. Uczono ją, iż dusza po śmierci staje się gwiazdą i będzie trwać dopóty świat istnieje. Jeśli była to prawda, wiedzieła która należała do Niego. Ta skierowana na zachód, w kierunku Ereboru. Z lekka błękitna, rozbłysła jako pierwsza gdy On konał Towarzyszyły jej dwie mniejsze. Byli to Jego brat i wuj.
Niebawem i ja stanę się gwiazdą. Pojawię się obok Niego i już nigdy nie opuszczę.
Na tę myśl z mętnego oka poleciała łza, jedna, druga, trzecia i czwarta. Płakała. Ze złością zmarszczyła nos, po raz setny tego dnia słysząc jego śmiech i widząc zapłakane oczy wypełnione bólem. Kiedy umierał, płakał. Ona zaś spiła jego łzy w ostatnim pocałunku.
Z zamyślenia wyrwał ją dziwny szelest. Przeciągnęła się, krzywiąc przy tym okrutnie pyszczek. Cały grzbiet miała bowiem obolały od drewna A, i była przemarznięta, do szpiku kości. W zamian ujrzała pierwsze przebłyski w ciemności, zwiastujące kończącą się noc. Uniosła się gwałtownie, kiedy do nozdrzy dopuściła zapachy. Wilk. Nie ten, którego wczoraj spotkała. Inny. Inny wilk. To musiało świadczyć o watasze. Nagle przeszył ją straszliwy ból. Opadła ze zdyszeniem na drewno. Zbyt szybko się podniosła, co poskukowało jeszcze większym otwarciem rany. Okrute uczucie odebrało jej siłę, paraliżując ją i przesłaniając widok. Zemdlała.
[...] Przez zamknięte powieki wdzierało się jasne światło poranka. Zmarszyła brwi i rozchyliła powieki. Do ciemnej jaskini wdzierały się promienie słońca. Zamknęła je i znowu otworzyła, cicho przy tym jęcząc. Poczuła zapach. Zioła, leki, kto tam wie. Coś przykrywało jej ranę. Jeszcze coś innego pokrywało samą nią. W przegubie łapy czuła przyjemny przepływ. Zapewne kroplówka.
Nad nią zaś pochylał się łagodny pysk, z przyjemnym spojrzeniem. Serce jej zamarło, a po chwili zaczęło bić mocniej. Pochylał się nad nią Kili.
Moje Słońce i Gwiazdy.
-Kili...?- słyszała własny głos, tak słaby i cichy że ledwo usłyszalny. Nigdy nie była tak słaba i bezbronna jak w tej chwili.

<Kto tam nade mną ślęczy? c:>

Od Matthew C.D Raven

- Widzisz dusze?- zapytałem zaciekawiony.
- Właściwie... Właściwie to tak. Widzę je, ale muszę je "przywołać" a tu one po prostu są...- wytłumaczyła Raven.
- Nic nie rozumiem, ale uznajmy, że wszystko OK- powiedziałem i ruszyliśmy dalej. Szliśmy w milczeniu, choć widziałem, że przytłacza to waderę. Gdy dochodziliśmy do końca lasu, postanowiłem zapytać:
- Jesteś głodna?- wadera zastanawiała się kilka sekund.
- Zjadłabym coś- odpowiedziała wreszcie. Wtedy oświeciło mnie, że ani razu nie potraktowałem wadery sarkazmem ani niczym takim. Wydało mi się to... Dziwne, a przynajmniej na tyle, żeby zapytać samego siebie, czy wszystko ze mną dobrze.

(Raven?)

Od Raven C.D Maemuki

Wzrok Shōgaina natychmiast wylądował na mnie.
Westchnęłam.
- Zgoda. - natychmiast się rozchmurzył i rozłożył skrzydła.
Spojrzałam na Maemuki.
- Na pewno za nami nadążysz.? - spytałam - Mogę użyć magii wiatru, żeby cię ponieść lub najzwyczajniej zwiększyć skrzydła i cię ponieść. - zaproponowałam, posyłając magię do kryształów na moich bokach, które po chwili przybrały kształt opierzonych, ale świetlistych (bo końcu składały się z czegoś na kształt światła) fiołkowych skrzydeł.
- Lecisz, czy nie!? - usłyszałam nad sobą głos Shōgaina.

Maemuki?

Od Corrin C.D Gustave'a

Nagle wszystkie czarne myśli się rozpłynęły, wszystkie powątpiewania zabrał ze sobą czas. Ciężkie sekundy, które trwały jak miesiące, które się wydłużają. Czuła na sobie jeszcze delikatny pysk Gustave'a i zapragnęła go więcej. Nie chciała mu się jednakże narzucać, to on miał zrobić ten ostateczny krok. O ile oczywiście chciał takową rzecz uczynić, bo tak należało jej myśleć. Czy było to odpowiednie? Czy powinna była się tak zachować? Odpowiedź w jej głowie brzmiała: tak. Gdyby nie dotknęła Jego ciała, nie skierowała do Niego tych słów, chyba nigdy nie przeżyłaby tego, co czuła podczas składania Jego delikatnego całusa. A było to uczucie magiczne, jakby nagle wszystkie dobre rzeczy tego świata skierowały się do niej. Możliwe, że dla wielu innych wader taka rzecz była codziennością, niezauważalną wręcz. Jednak Corrin była inna, nie słyszała nawet komplementów. Zawsze żyła samotnie, ciesząc się własnym istnieniem (no, w mniejszym lub większym stopniu). Zazwyczaj integracja z innymi była dla niej nie lada problemem, dlatego radziła sobie z nim ucieczką do samotności. Przyzwyczajała się do niej powoli, tłumaczyła, że jest jej tak dobrze. Aż w końcu w to uwierzyła. Tak, tak było w każdym przypadku. Oprócz przypadku zwanym Gustave. Był On dla niej jak stuletnia brandy dla alkoholika, jak pusta biblioteka dla mola książkowego. Prawda była taka, że przez ten jeden, jedyny dzień zdążył nią zawładnąć i opanować praktycznie każdy z jej zmysłów. Zabawne, jak szybko popadła w takie odurzenie, w taką niemoc uczuciową. Śmiała się w duchu ze swojej słabości, z tego, że tak łatwo dawała się omamić Jego wdziękowi i aksamitnemu głosowi. Jednak ten stan był miły, nawet bardzo. Nie przeszkadzał jej właściwie w żadnym stopniu i to było zdecydowanie zgodne z jej sumieniem. Spojrzała na Gustave'a, a w oczach miała łzy wzruszenia. Szybko zamrugała, by się ich wyzbyć. A potem przemówiła.
- Widzi Pan, Gustavie... Chyba muszę się jeszcze przekonać.- zachichotała, widząc zdumienie na Jego twarzy. Zobaczyła, że Księżyc ustępował już miejsce Słońcu. Znaczyło to, że siedzieli tak razem cały dzień. Cóż, trudno. Nie odczuwała zmęczenia, On zresztą też takowej potrzeby chyba nie uwidaczniał. Intrygował ją, praktycznie sprowadzając na ja jakiś inny, o wiele lepszy świat. Jakby stworzony specjalnie z myślą o niej, basior idealny siedział przed nią i czekał na wyjaśnienie jej słów. Obdarzyła go zagadkowym uśmiechem, po czym przybliżyła się do Jego ucha, jakby w obawie, że ktoś ją usłyszy. Oczywistym jednak było, że taka możliwość była wręcz absurdem.- Musi chyba Pan się bardziej postarać.- wypowiedziała szeptem, wycedzając powoli każde słowo, jakby upajając się nimi. I tak właśnie czuła. Błogi stan, który mógłby pozostać taki na wieczność.

                                                             <No to staraj się Pan.>


Od Shōgaina C.D Chaos

- Stwierdziłbym wtedy, że to nie jest naturalne, w związku z czym jest pełen chaosu, przez co, skoro ja też jestem go pełen nic mi nie zrobi. A dlaczego pytasz, słodziutka? - wadera nie odpowiedziała, tylko głośno przełknęła ślinę i wskazała łapą za moje plecy. Odwróciłem głowę i zdążyłem uskoczyć w ostatnim momencie, zanim stwór rozłupał mi głowę.
- Uciekaj, głupia! - krzyknąłem i wzleciałem w powietrze.
- Mówiłeś, że nic ci nie zrobi! - krzyknęła zrozpaczona i rzuciła się do ucieczki. Niedźwiedź nie pobiegł jednak za nią, tylko został przy mnie, ciskając kulami energii. uchylałem się raz po raz, aż brakowało mi tchu. Jedna z nich trafiła w lotki mojego lewego skrzydła, które zmieniły się w popiół. Spadłem więc na ziemię, tuż pod stopy wielkiego niedźwiedzia.
- To nie jest zły niedźwiedź! tobie nic nie zrobi! po prostu strzeże tej łąki i lasu przed chaosem, którym jestem przepełniony. Nic na to nie poradzisz, słodziutka. Musi zginąć albo on albo ja!- odturlałem się na bok, w chwili gdy stwór chciał grzmotnąć mnie łapą i przybrałem postać czarnego smoka o trzech głowach. 

Nie czekając na ruch niedźwiadka zalałem go naraz trzema strumieniami: wody, ognia i prądu. Ciekawe połączenie, w każdym bądź razie zwęglone truchło opadło na ziemię, a kiedy wróciłem do wilczej, również opadłem na ziemię, tyle że z wyczerpania, bo chaos lubi wysysać ze mnie energię.
- Widzisz słodziutka, i po sprawie. - mruknąłem i osunąłem się w krainę snów.



<Chaos?>

Od Gustave'a C.D Maemuki

On siedział w swojej jaskini, jakby cały świat pozostał gdzieś zanim. Obowiązki wypełnił już wcześniej, swój poranny obchód odbył kilka godzin temu. Nie pozostało mu już nic, jak rozmyślanie. A znowu rozmyślał o Niej - Corrin. Cóż. Aż dziwne, że Jego myśli, były tak bardzo zajęte przez Nią. Zaintrygowała Go, przez co nawet nie zauważył, jak do Jego pieczary wchodzi Maemuki. Nieco zdenerwowana chciała zamienić z Nim kilka zdań, ten jednak nieco obojętny tylko z grzeczności zaczął odpowiadać. Cała sytuacja diametralnie się jednak zmieniła, gdy okazało się, iż wadera, teraz stojąca naprzeciw Niego, chciała objąć wyższe stanowisko, tudzież awansować. Zamienił z Nią kilka słów, żeby następnie przemówić.
- Moja droga. - zaczął spokojnie, wyraźnie widząc, że Jego znajoma nieco się denerwuje. - Nie znam Cię niestety na tyle, aby powierzyć Ci to stanowisko. Twoje niezdecydowanie, niepewność, którą pokazujesz niestety nie pozwala na awans. - powiedział, jakby bez ogródek, jednak nie chciał jej całkowicie załamać. - Nie chodzi, że na stanowisko to się nie nadajesz, jednak chciałbym, żebyś mi to udowodniła, żmudną pracą, doskonałym wręcz wypełnianiem swych obowiązków i zaangażowaniem. - dodał z uśmiechem, co prawda delikatnym, jednak na tyle miłym, aby wadera mogła sądzić, że o stanowisko starać się może.

DOPISEK OD ADMINISTRATORA: Niezmiernie się cieszę, że ktoś zdecydował się na swój sposób "aplikować" o wyższe stanowisko, jednak chciałabym, żebyś zrozumiała mnie. Nie przyznałam Ci stanowiska, nie dlatego, że mam taki kaprys, a dlatego, że objęcie stanowiska, jednego z głównych, wymaga zaangażowania. Cudownie by było, gdyby opowiadanie o próbie awansu było o wiele dłuższe, rozbudowane, przede wszystkim w myśli wadery, które kłębią się w jej umyśle i na tyle pewnie przedstawione Alphie, aby ten nie miał żadnych wątpliwości, co do powierzenia Maemuki tego stanowiska. Życzę powodzenia przy pisaniu i jeżeli nie zraziły Cię moje uwagi, to czekam na kolejne opowiadanie. c: *przepraszam, jeżeli pomyliłam płci - ostatnio mi się to zdarza*

Od Maemuki C.D Raven

Spojrzałam na minę Raven, która nieco chyba martwiła się zachowaniem Shogaina.
- Nie przejmuj się nim. Maruda z niego okropny. - mrugnęłam porozumiewawczo okiem do wadery, na co Shog się oburzył i przystanął.
- Mogę się założyć, że Raven umie latać! po co jej, w innym wypadku, kryształy po bokach?
- Owszem, umiem. - Raven była skonsternowana i nie wiedziała, czy ma się uśmiechnąć, czy raczej przybrać maskę złości.
- Nic z tego nie wynika. - mruknęłam cicho.
- Do diabła, Mae! Panujesz nad naturą, czy nie?!
- Tak... I co w związku z tym?
- Przywołaj jakieś ptaszki, albo wyczaruj sobie skrzydła, tonie jest trudne. A jak nie, to zaraz zmienię się w smoka i udźwignę nas oboje.
- To nie jest dobry pomysł. jeślibyś to zrobił, natychmiast nie kontrolując niczego, spróbowałabym przywrócić cię do wilczej formy. Wiesz, chaos, harmonia i te sprawy. Ale jeśli Raven chce z tobą lecieć, to lećcie, a ja dobiegnę.

<Raven? :D>

Od Maemuki

Zdenerwowana przekroczyłam próg jaskini Alphy. Pierwszy raz od długiego czasu czułam się tak niepewnie. Przychodzę prosić o objęcie "dowództwa", będąc w watasze niezwykle krótko. No, ale cóż. Raz się żyje.
- Witaj Gustave. - pojawiłam się w wejściu i skłoniłam na znak szacunku. Na wszelki wypadek zamachałam jeszcze ogonem. Wilk zauważył mnie jakby dopiero po chwili.
- O, Maemuki, cześć. Co cię tu sprowadza? - basior wstał i podszedł do mnie. Zamachał ogonem, to chyba dobry znak.
- Wystarczy Mae. -uśmiechnęłam się.
- Tak, tak. Cały czas zapominam. No, ale dlaczego przyszłaś? - i własnie w tym momencie nie byłam w stanie wydusić słowa. - No, słucham. Nie bój się, nie gryzę. - uśmiechnął się i usiadł obok.
- Eh.... Bo widzisz, Gustave. Wiem, że jestem tu krótko i może jeszcze nikogo nie sądziłam, chociaż to może dobrze, bo wspaniale świadczy o Calme Loup, zero problemów i w ogóle, ale stanowisko głównego sędzi jest puste, a przydałby się tam wilk ,który ma czyste serce, jest sprawiedliwy, empatyczny i miłosierny...
- Czekaj. Jeśli dobrze zrozumiałem, chcesz żebym obsadził na tym stanowisku ciebie?
- Nie! Znaczy się, nie wiem... Mówię tylko, że dobrze by było mieć sędzię głównego i... Do diabła, tak! - spuściłam wzrok i zawstydziłam się lekko.
- Hm...
- Od razu mówię, że jestem gotowa przejść wszelakie testy i zrobić tysiącpięćsetstodziewięćset rzeczy, żeby objąć to stanowisko. Sprawdź mnie, jeśli chcesz, a zobaczysz, że się do tego nadaję. - podniosłam łeb i uśmiechnęłam się lekko. Pewność siebie na powrót we mnie wstąpiła.

<Gustave?>

Od Chaos C.D Shōgaina

Wciągnęłam powietrze do płuc. Otworzyłam pysk by wyrzucić to wszystko co myślałam o tym co zrobił gdy uświadomiłam sobie, że tak naprawdę to mnie uratował.
- Dziękuję. - Powiedziałam. Odwróciłam się, lecz przed odejściem zdążyłam mruknąć - Za uratowanie.
- Proszę - rzucił udając obojętność. Wiedziałam, że tak naprawdę cieszy się iż przyznałam swoją porażkę. Mogłabym uznać, że okaleczyło to moją dumę (Oczywiście tak było...) ale mogłabym uznać, że się pomyliłam. Odkręciłam się i zobaczyłam coś czego chyba nie chciałam widzieć. Niedźwiedzia. Ale w jaki sposób dostał się tu? No tak... Magia...
- Ym... Co by było gdyby stał nad tobą wielki niedźwiedź z magicznymi mocami? - zapytałam - Bo właśnie tam stoi.

<Shōgain? Moja wena jest ustawiona na 'Krótko ale wiele' więc mogę jeszcze długo popisać.>

Od Raven C.D Shōgaina

Zachichotałam. Byłaby z nich słodka parka.
- Umiesz latać? - zapytałam waderę, kojarząc po stanowisku, że ma na imię Maemuki. Ta pokręciła głową.
- Nie. - odpowiedziała. - I i tak zostaniemy na ziemi.
Shog, bo tak go nazwała wadera, skrzywił się niezadowolony i fuknął, ruszając za Maemuki razem ze mną.
Może jednak nie będę się aż tak nudziła..?
- Masz na imię Maemuki, prawda..? - upewniłam się, a wadera pokiwała entuzjastycznie głową. - A ty..? - zwróciłam się do basiora, który nadal wyglądał na urażonego faktem, że musi iść, a nie lecieć
- Shōgain. - burknął.
- To..? Jakie masz stanowisko..? - zagadnęła mnie Maemuki.
- Magiczka. - odparłam.
Z jakiegoś nieznanego mi powodu od razu polubiłam Maemuki. Co do Shōgaina, nie byłam pewna, ale znałam gorszych.

Shōgain? Maemuki?

Od Shōgaina C.D Chaos

Mogłem jej nie ratować przed tym niedźwiedziem. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy. W każdym bądź razie, złapałem zdziwioną wilczycę i wzniosłem się w powietrze. Zaczęła krzyczeć dopiero po chwili., kiedy zorientowała się, ze ziemia jest jakieś 30 metrów pod nią.
- Puść mnie! - krzyczała przerażona.
- Nie zrobię tego. - byłem bardzo spokojny, miałem gdzieś co chce.
- Zostaw mnie! Masz mnie natychmiast puścić!
- Jak chcesz. - zmieniłem zdanie i puściłem wilczyce. Zabawnie było obserwować jej reakcję. Krzyczała i machała łapami, starając się wciągnąć powietrze do płuc. Jego opór jednak skutecznie jej to uniemożliwiał. Była chyba pewna, że zginie, kiedy zapikowałem w dół i złapałem ją tuż nad ziemią. Otworzyła zaciśnięte powieki i z niedowierzaniem spojrzała na moją twarz, po czym wyszarpała mi się, uderzając ciałem o ziemię. Szybko wstała i otrzepała się z kurzu, posyłając mi pełne złości spojrzenie. Złożyłem skrzydła i tylko wzruszyłem ramionami.
- Zrobiłem to, co chciałaś. - namyśliłem się chwilę.- Chociaż nie, nie zrobiłem. Nie zrobiłem w jakiś 50%. Teraz masz czas, żeby nakrzyczeć na mnie za to, że cię złapałem, słodziutka.

<Chaos?>

Od Maddox

Ostrożnie wybrała ścieżkę, którą teraz stąpa. Długie łapy wadery dotykały ziemi budzącej się do życia, niemalże czuły, jak uśpione przez zimę serce powoli zaczyna powracać do pracy. Śnieg roztopił się prawie zupełnie. Pozostawił po sobie chłód i wartkie strumyczki pobłyskujące w świetle wiosennych promieni. Ptaki zaczynały swój codzienny koncert. Przeplatające się ze sobą kaskady dźwięków mile zaskakiwały waderę. Zatrzymała się na chwilę, utkwiwszy wzrok w chordzie kosów. Podchwytywały wzajemne melodie, powtarzając je lub nieco modyfikując. Razem tworzyły zachwycającą całość, zdolną wytrącić z zamyślenia.
Maddox od zawsze kochała muzykę. Kochała jej brzmienie i kochała to, co umiała z nią zrobić, jakie emocje wzbudzić. I teraz, po tym wszystkim co przeżyła, dawne zauroczenie pozostało. Czuła jak odpływają z niej wszystkie żale i smutki, a jej dusza napełnia się nową, chwilową siłą. Później wadera karmiła się wspomnieniami. Wystarczały, bowiem i wyobraźnia nie szwankowała.
Sama postanowiła unieść łeb w górę, oblizała wargi i wydała z siebie cichy, bardzo krótki gwizd. Zapanowała ogólna cisza, drzewo na którym gromadziły się ptaki, ugięło się pod ciężarem milczenia. A potem wszystkie, jak jeden mąż powtórzyły za Maddox krótki dźwięk. To wywołało leciutki grymas zadowolenia, nie odsłaniający nawet bieli zębów.
Trawa za waderą poruszyła się nieznacznie. Nie zmartwiła się, jeśli ktoś zapragnąłby ją zabić, stanąłby przed sądem w Calme Loup. Wataha zapewniała jej bezpieczeństwo, które pozwoliło na zachowanie zimnej krwi. Siedziała więc na mile puszystym ogonie, tworząc skromną widownię dla śpiewaków.
Morfeusz położył swe chciwe łapska na delikatnym ciele wadery. Maddox ułożyła się, przymykając powieki. Przed ślepiami majaczył jej sen, był tak samo blisko jak daleko i równie niechciany, co potrzebny. Ziewnęła głęboko, to był jej ostatni znak sprzeciwu. Słaby bunt odszedł w niebyt. Ciałem i duszą zawładnęło coś, czego już dawno nie doświadczyła - odprężenie. Z jej mięśni uciekło napięcie, myśli oczyściły się samoistnie. Nawet oddech stał się miarowy.
***
- Popołudnie bez koszmarów, skarbie. - zawadiacki uśmiech, przyozdabiający usta Gale'a skutecznie ją dobudził.
- Flammèche! - pisnęła tylko. Bez problemu odnalazła silne barki, ciepłą pierś. Wtuliła się w śmiesznie zmierzwione futro, czując na policzkach krwisty rumieniec.
- Szukałeś mnie? - zmarszczyła brwi, odchylając łeb w tył. Żelazny uścisk nie zelżał, nadal była bezpieczna.
- Ech, zdążyłem się stęsknić. - prychnął tylko. To dziwne, ale ona również. Brakowało jej serdecznego śmiechu i dymnej postawy. Z jej futra zniknęło ciepło pozostawione przez iskierkę drzemiącą w Gale'u. Brakowało jej przyjaciela.
Ktoś przerwał im tę bloga chwilę. Powietrze przeciął krzyk, a kosy go podchwyciły. Teraz i one powtarzały imię basiora. Maddox poczuła delikatne muśnięcie na łapie i tyle się widzieli. Rozbawiony spuściła łeb. Wsłuchiwała się uważnie w brzmienie tysiąca głosów. Uwielbiała chwile jak te, chwile przeznaczone na rozmyślania. Jednak los nie był wobec niej pszychylny. W okolicach krzyża poczuła uderzenie. Odwróciła się w tył, acz niezbyt gwałtownie. Lodowym oczom uchwyciły spore uszy i tęczówki odmiennej barwy.
- Wybacz. - rzucił nieznajomy z nieznacznym uśmiechem. - Pochłonięty poszukiwaniem, zupełnie nie zwróciłem na ciebie uwagi, eee...
- Maddox. - przedstawiła się uprzejmie. - Czego szukasz...? - uniosła brwi, zadając dotatkowe, nieme pytanie dotyczące imienia.

<Oliver? C: >

Od Shōgaina (Maemuki) C.D Raven

Zdziwiony popatrzyłem na wilczyce unosząc jedną brew.
- Dlaczego ryjesz pyskiem po ziemi? - spytałem bez cienia emocji.
- Przewróciłam się po prostu. - wadera prychnęła z oburzeniem i otrzepała się z kurzu.
- Nie przejmuj się nim - mruknęła Mae szturchając mnie w bok - on już taki jest. Jak się nazywasz? - kolorowa wadera natychmiast mile się uśmiechnęła. Zdziwiło mnie, jaki miała na mnie wpływ. Poznałem ją przed chwilą, a wydawało mi się, że znamy się od dawna. Czułem jak jej towarzystwo wnosiło coś do mojego serca, coś przeciwnego chaosowi, przez co być może potrafiła mnie opanować. Na jej uwagę o moim sposobie bycia prychnąłem tylko i popatrzyłem na górkę, z której przed chwilą zjechał nieznany nam wilk.
- Raven. Jesteście z Calme Loup? Nie widziałam was wcześniej. - spytała i spojrzała na Maemuki. Jakby celowo unikała mnie wzrokiem, też coś!
- Ja nie. Gdybym należał, raczej byś mnie poznała. Poza tym... - szykowałem się do rzucenia jakiegoś obraźliwego zdania, ale wtedy Mae po prostu zamknęła mi usta lianą, która nagle wyrosła z ziemi. Była tak silna, że nie mogłem nawet przełknąć śliny.
- Nie denerwuj mnie Shog, bo zaraz ci coś zrobię! -zgromiła mnie wzrokiem, a ja przyjąłem jej bitwę na spojrzenia. Chwilę wytrzymała, po czym, niby niewinnie, popatrzyła na Raven. - Ja owszem. Ty też, prawda? Widziałam cię już wcześniej, ale nie miałyśmy okazji się poznać. - uśmiechnęła się ponownie do Raven i liana puściła mój pysk. Byłem dość zdenerwowany i trawa wokół naszych stóp powoli przepełniała się chaosem. Fioletowa wilczyca odskoczyła z krzykiem, gdy zmutowane źdźbło dźgnęło ją w łapę. Mae jednak natychmiast uspokoiła niekontrolowany wypływ chaosu.
- Mam wrażenie, że się w jakiś sposób uzupełniamy, Shog. - mruknęła zamyślona, po czym nagle otrzeźwiała i powiedziała głosem przepełnionym pozytywną energią:
- Jestem sędzią, a ty? Zresztą porozmawiamy po drodze. Trzeba zaprowadzić tego wilka do watahy.
- Wolałbym polecieć... - mruknąłem niezadowolony.



<Raven?>

Od Chaos

Leżałam na wielkim kamieniu. Otoczony był średniej wysokości trawą. Byłom na łące więc trawa wręcz musiała tam być. Popołudniowe słońce przyjemnie grzało mnie w grzbiet. Rozmyślałam o tym co wydarzyło się kilka dni temu. Szybko mnie przyjęli. W zasadzie to nigdy nie miałam okazji dołączyć do watahy więc niewiedziałam ile czasu zajmuje takie dołączenie.
Mniejsza z tym co wydarzyło się wcześniej... Grunt, że żyję ~ pomyślałam. Właśnie miałam przekręcić się na plecy gdy coś zwaliło mnie z kamienia. Przez chwilę widziałam podwójnie lecz mogłam ocenić iż tym 'czymś' był wilk.
- Co ty robisz?! - syknęłam. Tamten przyłożył palec do ust dając mi znak bym była cicho. Następnie wskazał na odległy kształt.

<Proszem nieznanego wilka? Aha... Przepraszam za długość... Normalnie weny nie mam D:>

Od Raven

Odkąd rozdzieliłam się z Noah, cierpiałam na samotność.
Ostatni miesiąc był... Najnudniejszym okresem w moim życiu.
Westchnęłam, przeskakując nad powalonym pniem. Może powinnam była dołączyć do tej watahy razem z Noah..?
Zadarłam głowę do góry, starając się objąć wzrokiem masyw, na który się właśnie wspinałam.
Była to olbrzymia, skalista góra, stanowiąca część łańcucha górskiego, przez który właśnie się przeprawiałam. Jak dla mnie bomba. Może nawet natrafię na szarotki..?
Uśmiechnęłam się, lekko przyspieszając, po kolejnej godzinie wspinaczki.
Dotarłam do szczeliny, wbijającej się głęboko w górę. Nie wahałam się długo i już po chwili kłusowałam w cieniu skał.
Robiło się coraz ciemniej, ale zanim zdecydowałam się użyć magii, żeby rozjaśnić drogę, ta sama w sobie stała się na powrót widoczna.
Gdy w końcu dotarłam na koniec szczeliny, uśmiechnęłam się szerzej. Pode mną roztaczał się piękny krajobraz bogatej w zasoby naturalne doliny.
Zaczęłam schodzić po stromym zboczu, zdecydowana zatrzymać się gdzieś tutaj na dłuższy odpoczynek. Niestety źle stąpnęłam i zjechałam, a właściwie sturlałam się do lasu, ryjąc szczęką w ziemi z rozłożonymi na boki łapami.
Gdy podniosłam się z jękiem, moje spojrzenie wylądowało na dwóch wilkach.
- Um...? Cześć..? - przywitałam się nerwowo.

Ktosie..?

Od Raven C.D Matthew

Skinęłam głową w odpowiedzi, a Matt od razu ruszył przed siebie. Dogoniłam go szybko i przez dłuższą chwilę szliśmy w milczeniu.
Na ścieżce przed nami spała dusza wilka. Nie należała do tych widocznych, bo Matt po prostu przez nią przeszedł, ja jednak ominęłam śpiącą waderę, co nie uszło uwadze basiora.
- Co robisz? - zapytał, patrząc na mnie dziwnie.
- Ominęłam... - zawahałam się na chwilkę - ...wilka. A właściwie jego duszę.

Matt?

Od Olivera

Trach!
Gdy gałąź z trzaskiem upadła na ścieżkę basior już dawno krył się w pobliskich krzewach dokładnie lustrując okolice. Od jakiegoś czasu wyczuwał tu inne wilki , choć był to raczej ślad po ich obecności aniżeli rzeczywista obecność. Miały silną aurę magiczną przez co nie mógł do końca określić ich położenia i ilości, ale zapowiadała się całkiem spora wataha. To by wyjaśniało czemu już od początku tych krain wyczuwał tętniącą życiem społeczność, a nie kolejne spokojne odludzie, które zazwyczaj napotykał. Po chwili zastanowienia wypełzł bezszelestnie ze swojej kryjówki i otrzepał gęste futro z starych, jesiennych jeszcze liści. Wiosna powoli budziła się do życia zwiastując swoje przyjście setkami maleńkich, ale kolorowych kwiatuszków, które barwnym dywanem wyścielały całą okolice. Drzewa nieśmiało puszczały pierwsze zieleniące się pąki, a wypoczęta ziemia z radością okrywała się pistacjowym płaszczem traw. Basior wziął głęboki oddech delektując się zapachem lasu. Przy okazji wietrzył także za zwierzyną i ewentualnymi wilkami. Analizował chwilę wszystkie wonie, które do niego dotarły po czym nieśpiesznie ruszył ścieżką. Całe to miejsce pełne było zwierząt. Niedaleko przebiegało stado jeleni, w norze obok ścieżyny krył się młody zając. W głębi puszczy ze swego snu powstawał niedźwiedź. Cały las wypełniała kakofonia dźwięków, trelów, świergotów i postukiwań dzięciołów, a jednocześnie panował tu niesamowity spokój. Po mimo tej całej orkiestry czuło się tu ciszę. Wilk odetchnął, zrelaksował się. Nie miał się czego obawiać. Tutejsza wataha nie okazywała wrogości, wręcz przeciwnie zapraszała do siebie oferując pożywienie, schronienie i miejsce dla siebie. Widocznie wciąż rosła w siłę i każdy nowy członek był tu na wagę złota. Alfa musiał być naprawdę silny, bo wraz z przyjściem na te tereny wyczuwało się tu autorytet. Beżowy basior nie miał zamiaru się z nim kłócić ani kwestionować jego władzy. Z góry obdarzył Alfę szacunkiem, ciekawy kimże jest ten wilk. Dołączenie do jego watahy nie byłoby głupim pomysłem. Jak bardzo wędrowanie nie byłoby pociągające dobrze jest wreszcie gdzieś osiąść, a to miejsce wydawało się ku temu idealne. Najpierw jednak musi znaleźć watahę i zwrócić się do przywódcy lub kogoś kto ma takie uprawnienia. Wyśledzenie wilków nie będzie co prawda zbyt trudne, ale może być czasochłonne. Teren jest naprawdę duży, a wilki nie trzymały się siebie. Z wielu różnych stron dochodził zapach lub siła aury kolejnego osobnika. Basior nie potrafił określić, który ślad należy do Alfy. Wiele tutejszych basiorów oraz wader posiadało naprawdę mocny charakter i magię. Badając po kolei każdy trop beżowy wilk stwierdził w końcu, że ruszy za tym, który był najbliżej. Był to magiczny "odcisk" jakiejś wadery, Znajdowała się niecały kilometr stąd i widocznie nie zamierzała się nigdzie indziej ruszać. Może drzemała lub coś w tym rodzaju. Zaintrygowany nią basior ruszył w jej stronę wartkim truchtem. W tym tempie całą odległość pokona w niecałe piętnaście minut. Nie było to może wielkie osiągnięcie, biorąc pod uwagę, że wilk poruszał się raczej średnią prędkością, ale basior i tak był zadowolony ze swoich wyników. Nie był przecież wojownikiem czy czym tam innym, by poruszać się nie wiadomo jak szybko. Zazwyczaj i tak chodzi spacerkiem dokładnie ilustrując okolicę wokół. Teraz jednak musiał się pośpieszyć, bo powoli zapadał zmrok a nie chciał spędzać kolejnej nocy skryty gdzieś w krzewach.
Zgodnie z przewidywaniem po jakimś kwadransie stanął pod wysokim drzewem szukając wzrokiem wadery. Wilczycy jednak nie było nigdzie w okolicy. W każdym razie tu na dole. Po chwili refleksji basior uniósł pysk przyglądając się gałęziom drzewa. W pierwszej chwili uznał, że na jednej z nich leży dziwaczna wyrośnięta sroka. Dopiero gdy "sroka" spojrzała na niego bystrymi, zdecydowanie wilczymi oczami uświadomił sobie, że to właśnie owa wadera. Odchrząknął po czym uśmiechnął się łagodnie,
- Witaj, lady Elster (z. niem. sroka) - rzekł miękko - Nie chcę przeszkadzać, ale czy należysz może do tutejszej watahy?
Wadera przyjrzała mu się uważnie po czym z gracją zeskoczyła na ziemię. Lot zamortyzowała rozwinięciem pokaźnych skrzydeł. Basiorowi błysnęły oczy, Wilk ze skrzydłami to rzadki widok.
- I owszem - odparła, siadając przed nim - Czemu nazwałeś mnie Elster? - spytała, nieco zaskoczona tym określeniem.
- Gdyż początkowo wziąłem cię za srokę - wyszczerzył zęby w uśmiechu - Przypominasz tego ptaka, wiesz?
- Może i przypominam, może nie - obruszyła się nieco - Kim jesteś?
- A kim chciałabyś bym był? - spojrzał na nią psotnie.
Wilczyca parsknęła, rzucając mu pobłażliwe spojrzenie. Nie zamierzała odpowiedzieć na zaczepkę. Basior westchnął w duchu, ale dobry humor wciąż się go trzymał.
- No już, już. Nie fochaj się - powiedział przepraszająco - Jestem Oliver, niewydarzony mag z krain, które nawet nie mają nazwy, Podróżuję po świecie w poszukiwaniu szczęścia. Oraz ziół, ale to szczegół. A jak tobie na imię, Elster?
Wadera zdusiła w sobie kolejne prychnięcie,
- Yaenn.
- Yeann - powtórzył w zamyśleniu basior - Bardzo ładne imię, Sroko. Czy byłabyś tak miła i opowiedziała mi nieco o tutejszej watasze i ogólnie tej krainie?
Spojrzał czarująco w jej oczy, choć widział, że waderę nie ruszają takie rzeczy, No cóż próbować zawsze można.

<Yeann? ;3>

Od Gwyneth

Raz, dwa, raz, dwa...Wiedziała, że jeżeli nie utrzyma tego tempa, zamarznie na śmierć. Patrzyła spode łba na otaczające ją góry, czując jeszcze zapach popiołu, niedawno osiadłego na jej sierści. Jej stosunkowo długie łapy zapadały się w śniegu, co jeszcze bardziej utrudniało utrzymanie tempa, które zapewniało utrzymanie ciepła. Zauważyła, że pokrywa śniegu, z biegiem czasu stawała się mniejsza, natomiast otaczające ją góry zaczęły zamieniać się w kanion. Bicie serca zaczęło robić się szybsze, aż płynącą krew wadera zaczęła wyraźnie odczuwać na całym ciele. Zatrzymała się, kiedy otaczające ją ściany, tworzące kanion były wystarczającą wysokie, aby nie przepuszczać silnie wiejącego wiatru. Spojrzała w górę, nie wiedząc, czy patrzy teraz na grubą warstwę chmur, czy też grubą warstwę śniegu, miotanego przez wiatr, który nadal szalał poza obszarem kanionu. Usłyszała pierwszy skrzek, wydany przez zapewne jakiegoś rodzaju ptaszysko, co tak czy owak dobrze nie wróżyło. Zobaczyła pierwsze zwierzę, siedzące na ususzonej gałęzi, ledwie utrzymującej siedzącą na niej istotę. Zaczął wydawać typowe dla tych ptaków dźwięki, po czym pojawiły się następne. Wadera się przestraszyła, gdyż jej widoczne żebra zapewne tylko zachęcały ptaki do konsumpcji. Uciekała, starając się patrzeć przed siebie, lecz myśl o zbliżającej się śmierci nie pozwalała jej tego zrobić. Czuła ptaki, których pazury raz za razem muskały jej sierść, za każdym razem trochę jej wyrywając. Długi ogon plątał się o jej własne nogi, utrudniając bieg. Wadera wydostała się z kanionu, po morderczym biegu, z połową futra w posiadaniu, aczkolwiek zostawiona w spokoju. Poczuła suchość w gardle, co skłoniło ją do tego, aby zacząć jeść ledwie widoczny już śnieg. Zawiało, dzięki czemu wadera pozostała z jeszcze mniejszą ilością sierści. Dopiero teraz poczuła zmęczenie. Istotnie, wiedziała, iż od bardzo dawna nie spała, jednak dopiero teraz ten fakt dał się jej we znaki. Teraz, wlekąc łapy po zamarzniętej ziemi, doszła do - jako takiej - jaskini, gdzie tylko padła ze zmęczenia.
~*~
Słońce, padające na jej powieki zmusiło ją do otwarcia ślepi. Gdy tylko starała się podnieść głowę, poczuła dość bolesne ukłucie, po czym do jej nosa dotarł metaliczny zapach krwi. Nie trzeba było długo czekać, aż resztki jej sierści zrobiły się ciemnoczerwone. Wstała, tym razem omijając pechowy stalaktyt.
- Co robisz? - usłyszała głos za sobą

Oliver?

Od Nathana C.D Yaenn

- Witaj, Yaenn.- powiedział. Zdziwił go radosny ton głosu wadery. Zwykle odnosiła się do niego z pewną rezerwą. Pomógł jej wstać.- Więc co Cię do mnie sprowadza?
Wadera przez chwilę zastanawiała się. Być może nad tym, jak odpowiednio ubrać w słowa to co chciała mu przekazać.
- Chciałabym podziękować ci, za uratowanie mnie.- wypowiadając te słowa patrzyła mu prosto w oczy. Czuł niemałe zaskoczenie, kiedy powoli przetwarzał w myślach Jej słowa. Chce dziękować jemu? Za ratunek? Przecież sama doskonale sobie poradziła. Dobrze pamiętał jak z niebywałą gracją unika ciosu niedźwiedzia. A potem jak uderza go z ogromną siłą. Dała wtedy szansę Nathanowi na unieruchomienie napastnika. Więc to Ona w tej historii była prawdziwą bohaterką.
- Nie, to raczej ja powinienem dziękować Tobie. Gdyby nie Ty, nie miałbym szans wyprowadzić ataku.- przyznał szczerze.
Nadal na niego patrzyła. Nie mówiła zupełnie nic, po prostu lustrowała go wzrokiem. Jednak basior zauważył na jej pyszczku coś, czego nie miał okazji podziwiać wcześniej. Jej oblicze rozjaśnił lekki uśmiech. Czyżby doceniła to, że nie zagarnął całej chwały dla siebie, że wspomniał o jej wyczynie?
Po chwili odwróciła wzrok, udając zainteresowanie lecącym nad ich głowami ptakiem.
- Więc...- zaczął nieco skrępowany grobową ciszą między nimi. Zwykle nie rozpoczynał rozmowy, jednak tym razem coś go ku temu pchnęło, kazało coś wydusić.- Od dawna tu jesteś?
- Właściwie od początku istnienia watahy.- wyjaśniła krótko. Skierowała swoje bystre czekoladowe oczy z powrotem na niego. Skinął głową na znak zrozumienia. Przygarbił się nieco.
- To może zgodziłabyś się na krótką wycieczkę po okolicy? Nie znam jej zbyt dobrze.- zaproponował z nutą onieśmielenia w głosie.
Yaenn chwilę rozważała jego propozycję, jakby doszukiwała się w niej jakiegoś podstępu, pułapki. Wątpiła w czyste intencje Nathana. Powinna wiedzieć, że zrobienie jej krzywdy, czy sprawienie jakiejkolwiek przykrości nawet nie przyszło mu do głowy. W końcu zgodziła się, rzucając szybkie "Zapraszam.".
Na początek udali się do Zakątku Ciszy. Szli nic nie mówiąc. A przynajmniej On. Ona co jakiś czas częstowała go ciekawostkami i anegdotami na temat lokacji, w któych się znajdowali. Starał się jej słuchać, jednak często przyłapywał się na nieuwadze. Myślami wracał do sprawy kompasu. Zakłócenia w jego działaniu niesamowicie go intrygowały. Kusiło go, by sprawdzić, odkryć tajemnicę gór. Chciał je zbadać, zabrać próbkę minerału który jest wszystkiemu winien. Chciał rozpracować tajemnicę i dostroić swoje urządzenie. Wreszcie chciał opisać wszystko w swym dzienniku i przekazać zdobytą wiedzę dalej. Postanowił, źe tego dnia, po zmroku uda się w góry i odkryje ich sekrety. Z jakiegoś powodu ukochał noc do takich wypadów. Zawsze twierdził, że w ciemności lepiej mu się myśli. Mrok spowijający świat w późnych porach nie stanowił dlań problemu. Z jego oczami mógł wszystko.
- Jesteśmy.- suchy ton głosu Yaenn sprowadził go na ziemię tak brutalnie wyrywając z rozmyślań. Oprzytomniał i rozejrzał się dookoła.

<Yaenn?>

Od Shōgaina C.D Nyanne

Kiedy poczuł zapach krwi dobiegający z ziemi, delikatnie wylądował na ziemi, złożył skrzydła i głęboko wciągnął powietrze. Zapach dobiegał z obszaru przed nim, więc ostrożnie, z pyskiem przy ziemi, podążał za tropem. Nie lubił stąpania po ziemi, kiedy jego skrzydła były sprawne, ale wiedział, że powinien dojść do tego, skąd pochodzi znany żelazny zapach karmazynowej cieczy.
Trop zaprowadził go do podrygującego z bólu ciała wadery. Na oko miała dwa lata, coś zraniło ją w bok. Normalny wilk poczułby chęć ucieczki bądź pomocy wilczycy, ale Shogun, widząc przepełnioną ropą ranę, w którą już dawno wdało się zakażenie, tylko uśmiechnął się z satysfakcji.
Tak, chaos ma swoją siłę. Nie zważając na to, jaki ból sprawi waderze poruszenie, nieznacznie nią szarpnął, na co ona wydała pełen bólu jęk, który zaraz przerodził się w okrzyk strachu spowodowany widokiem niecodziennie umaszczonego i zbudowanego wilka.
- Nie krzycz. - przykrył jej usta łapą, a ta natychmiast spróbowała go ugryźć, co jednak spełzło na niczym, ponieważ Shog natychmiast zmienił swoją łapę w kończynę demona. - Patrz na mnie i słuchaj mnie uważnie, wilczyco.- mówił pogardliwie, lecz jeśli głębiej wupatrzeć się w jego oczy, kiełkowały tam ziarenka współczucia i empatii.- Mogę wyciągnąć z twojej rany to piękne zakażenie spowodowane działaniem chaosu, mojego żywiołu. Ale będzie to bolało i nie zasklepi rany, bo do tego trzeba już pomocy lekarza. Pomogę Ci, jeśli chcesz.

<Nyanne?>

Od Nyanne

Las ciągnie się w nieskończoność, wciąż drzewa, drzewa i krzewy. Nie zwracała uwagi na fakt, jakie to wszystko jest piękne, powracając do życia po tej srogiej zimie. Inni by się zachwycali promieniami słońca, tkającymi ze swych promieni misterne siateczki oświetlające skrzący się, mokry śnieg, maciupkie listki i pączki na drzewach, porastające świeżym mchem korę, czy nawet kiełkujące przebiśniegi, krokusy i inne wiosenne kwiaty. Przeraźliwie zielona trawa mokra od śniegu i rosy, porastająca dno lasu niczym puszysty dywan stanowiła nieodzowną część ów lasu. W dodatku drobne szare ptaszki zwane słowikami wypełniały puszczę swym śpiewem, wraz z gilami, wróbelkami, skowronkami i innymi śpiewakami. Było ciepło i przyjemnie, najpiękniejsza pogoda jaką można sobie wyobrazić.
Ona jednak szła niestrudzenie, ignorując cały świat. Każdy kolejny krok oznaczał kolejne łzy, kolejne łkanie, kolejny ból. Ze spuszczonym łbem, zamglonym wzrokiem, przez las szła skulona postać, czarna wychudzona sylwetka, drżąca w swej żałobie i nieskończonej rozpaczy. Co jakiś czas zatrzymywała się by się przykurczyć, westchnąć z bólu i przycisnąć do lewego z boku łapę. Kiedy ją odejmowała, zawsze pokryta była grubą warstwą świeżej krwi i ropy. Przyzwyczajona do tego widoku szła dalej, zostawiając za sobą krwawy ślad.
To ja wtedy powinnam umrzeć, nie On. Nie zasługuję by żyć, pozwoliłam by zginął. Mój ukochany, mój najdroższy...
Jak przez mglę widziała jego pysk, słyszała z oddali jego śmiech, jego oddech i słowa... Wszystko jej o Nim przypominało, sprawiając jej tym większy ból, większy niż rana otrzymana od Jego mordercy. Był kilkanaście razy większy od niej, lecz go zabiła. Także i on nie pozostał jej dłużny, swym wielkim mieczem rozrywając na strzępy jej bok. Teraz wzdłuż całego lewego boku widniała ziejąca dziura, do której z lekkim trudem zmieścił by się przeciętny królik. Czuła, że kość miednicowa i połamane żebra wystawały jej z ów rany, a wierzchnia warstwa mięsa obumarła już, przykryta warstwą krwawiących pęcherzy i ropni. Na szczęście nikogo nie spotkała, nie pragnęła bowiem towarzystwa. A nawet gdyby, ranę przykrywała długa, zmatowiała sierść. Nikt więc nie mógł jej pomóc. Nie miała już siły żyć bez Niego i chciałaby móc umrzeć w katuszach, cierpiąc jak on. Trawiła ją jednocześnie gorączka, ból, pragnienie i głód, a mimo wszystko nic nie jadła, nie piła, nie spała, ani nie próbowała nawet opatrzyć rany. Pragnęła już tylko śmierci, by móc znów być z Nim.
Wędrowała odkąd zginął, to znaczy kilku tygodni, codziennie coraz słabsza i zrozpaczona. Czemu śmierć nie mogła nadejść? Nagle do jej uszu dobiegły dźwięki, do nosa zaś zapachy. Wszystko jednak przytłumione przez ogromny ciężar smutku, jaki odbierał jej świadomość otoczenia. Mimo wszystko zorientowała się, iż ktoś tu idzie, bez wątpienia jakiś wilk. Niczym w śnie, rozpaczliwym śnie rozejrzała się, poszukując schronienia. Byle uniknąć kontaktu. Zauważyła krzaki. Ale...
Zatrzymała się niepewnie, nasłuchując. Z drugiej strony wilk mógł mieć złe zamiary, pragnąc ją dobić. Wtedy mogłaby szybciej umrzeć. Obcy się jednak zbliżał, a ona nie miała sił na ból. Chciała umrzeć, leżąc i cierpiąc katusze. Przyzwyczajenie wzięło w górę, a we krwi zabuzowała adrenalina. Zebrała siły i podbiegła do oddalonych kilka metrów krzaków, po czym wskoczyła w nie, ciężko upadając na ziemię. Przeszył ją dreszcz, ból, wyczerpanie. Przetoczyła się na bok, raną do góry, wyciągnęła się. W boku pulsował przeraźliwy ból, a świat ograniczał się do kroków obcego. Wszystko pociemniało, przestała czuć zapachy, słyszeć skowronki, jedynie ów kroki. Straciła przytomność, wystawiając się na pastwę losu, ukryta w krzakach.

<Ktosiu?>

Nowe członkinie - Gwyneth & Nyanne!

A oto kolejne członkinie watahy! Bardzo się cieszę, że postanowiłyście dołączyć do Naszej społeczności i razem z Nami doskonale bawić się na blogu. Życzę Wam wiele cudownych chwil spędzonych w Naszym towarzystwie i wielu śmiechu!
Gwyneth
Taktyk
autor: cocaine

Nyanne
Kucharz
autor: Gelee

Od Matthew C.D Raven

- A co to ma do rzeczy?-zapytałem trochę zgryźliwie. Wilczyca nie była źle do mnie nastawiona. Właściwie to wydawała się przyjazna.
- No... W sumie... Nic- odpowiedziała zakłopotana wadera.- Jestem Raven
-Matt- przedstawiłem się.- Należysz do Calme Loup?
- Mhm...- przytaknęła.
- Więc może pójdziemy dalej?

(Raven?)

Od Maemuki C.D Browna

Spojrzałam z ciekawością na ciemnobrązowego basiora stojącego przed nami. Właśnie, nami. Jeszcze przed momentem nie wiedziałam, kim jest, a teraz przedstawia nas oboje. Z drugiej strony to dobrze, że tak szybko się otworzył i teraz we dwoje stoimy przed nieznaną nam sytuacją. 
- Jak masz na imię? - spytałam ostrożnie dużego basiora, który wciąż się w nas wpatrywał.
- Gustave. A ty jesteś Maemuki, tak? - mówił głosem, z którego nie byłam w stanie wyczytać żadnych emocji.
- Po prostu Mae. - delikatnie go poprawiłam.
-A ty to tak po prostu Brown? Wyglądasz bardziej jak... ciasteczko. - przeniósł wzrok na futro Brown'a. Oboje wymieniliśmy rozbawione spojrzenia.
- Dużo się nie pomyliłeś. - uśmiechnął się lekko, jednocześnie ucinając temat.
- Nieważne. Oczywiście, możecie dołączyć. Po drodze przedstawię Wam zasady i wybierzecie sobie stanowiska. W drogę.

***
Nasze jaskinie sąsiadowały ze sobą, więc nie chcąc siedzieć sama zajrzałam do Brown'a. Przywitał mnie delikatnym uśmiechem. Usiadłam obok niego i skupiłam wzrok na małej brązowej plamce na jego pysku.
- Jakie stanowisko wybrałeś? - spytałam, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
- Magik. A ty?
- Sędzia. - do moich uszu dochodził dźwięk kapiącej wody. W tym wypadku szczelina nie była na miejscu, więc szybko zamknęłam ją z pomocą harmonii. 
- Nieźle. - uśmiechnął się do mnie, na co spuściłam wzrok. Gdyby wilki mogły się zarumienić, byłabym czerwona jak burak.
- Opowiesz mi coś o sobie, Ciastku? - popatrzyłam na niego i uśmiechnęłam się w żartach.


<Brown? xD>

Od Yaenn C.D. Nathana

Obraz niedźwiedziej łapy wciąż pojawiał się jej przed oczami, niczym koszmar nie chcący ustąpić nocą. Znała siłę i brutalność tych stworzeń na własnej skórze - jedna z blizn skrywanych pod futrem powstała właśnie przez jedną z tych bestii. Pojawiło się wtedy nawet zagrożenie utraty wzroku, a i tak dziś nie widzi tak dobrze jak większość wilków.
Szła w takim oto zamyśleniu, co jakiś czas sprawdzając jedynie gdzie się znajduje. Do dziś nie znalazła dla siebie stałego lokum, więc zwykle sypiała gdzie popadnie. Czasem były to drzewa, czasem jakieś skalne półki w bardziej górzystych partiach terenów albo niezbyt głębokie jaskinie. Czasem zdarzało jej się zasnąć nawet na łące, bez zbytniego zainteresowania jak bardzo bezpieczna jest okolica. Dziś wybór padł na Zakątek Ciszy.
Znalazłszy swoje dwa metry kwadratowe z dala od brzegu i wszelkich hałasów, zwinęła się w kłębek po czym odpłynęła do krainy Morfeusza. Nie wiadomo co jej się śniło, lecz w każdym bądź razie był to sen bardzo przyjemny i spokojny, o czym świadczył pysk ułożony w delikatnym uśmiechu.
Zbudził ją, jak mogła się spodziewać, gwar rozmów i zabaw. Skryta w cieniu była wręcz niewidoczna, więc mogła z dogodnego położenia obserwować wszystko co działo się dookoła niej. Nie było to mimo wszystko nader ciekawe zajęcie, to też po godzinie czy półtorej ostrożnie wybyła boczną ścieżką.
Jej myśli od dłuższego czasu przyćmiewało jedno pytanie “Czy powinna dziękować Nathanowi?”. Z jednej strony wydawało się to wręcz powinnością, z drugiej jednak zastanawiała się czy to nie podstęp. Zwykle nie doszukiwała się w tak, prawdę mówiąc, heroicznych czynach drugiego dna, aczkolwiek przez ostatnie tygodnie wplatało się to coraz częściej w jej codzienność.
Zdecydowała - pójdzie podziękować basiorowi za ratunek. Pytanie tylko, gdzie ma zacząć jego poszukiwania. Na logikę uznałaby, że spał w swojej jaskini, lecz tutaj problem tkwił w fakcie, iż nie znała jej położenia.
~*~
Dawno nie bawiła się w tropienie, więc zdążyła już zapomnieć jak wielką radość i satysfakcję daje odkrywanie kolejnych śladów. Tych, które mógł zostawić wilk, zaczęła szukać nad rzeką. Po odnalezieniu pierwszych odcisków łap i pazurów potem szło już gładko oraz bez większych komplikacji.
Z głową i nosem przy ziemi niezbyt miała możliwość wertować drogę przed nią. Zdawała się na swój słuch. Niektórzy potrafią jednak zachować się na tyle cicho, by nie zostać wychwyconym przez pseudo radary wadery, to też minąwszy wielką kałużę pozostałą po deszczach, wpadła na niezidentyfikowaną jeszcze istotę.
- O, Nathan, szukałam cię - Yaenn zaczęła promiennie, czyszcząc futro z drobinek piachu pozostałych po upadku.

<Nathan?>