sobota, 3 stycznia 2015

Od Maddox

Ostrożnie wybrała ścieżkę, którą teraz stąpa. Długie łapy wadery dotykały ziemi budzącej się do życia, niemalże czuły, jak uśpione przez zimę serce powoli zaczyna powracać do pracy. Śnieg roztopił się prawie zupełnie. Pozostawił po sobie chłód i wartkie strumyczki pobłyskujące w świetle wiosennych promieni. Ptaki zaczynały swój codzienny koncert. Przeplatające się ze sobą kaskady dźwięków mile zaskakiwały waderę. Zatrzymała się na chwilę, utkwiwszy wzrok w chordzie kosów. Podchwytywały wzajemne melodie, powtarzając je lub nieco modyfikując. Razem tworzyły zachwycającą całość, zdolną wytrącić z zamyślenia.
Maddox od zawsze kochała muzykę. Kochała jej brzmienie i kochała to, co umiała z nią zrobić, jakie emocje wzbudzić. I teraz, po tym wszystkim co przeżyła, dawne zauroczenie pozostało. Czuła jak odpływają z niej wszystkie żale i smutki, a jej dusza napełnia się nową, chwilową siłą. Później wadera karmiła się wspomnieniami. Wystarczały, bowiem i wyobraźnia nie szwankowała.
Sama postanowiła unieść łeb w górę, oblizała wargi i wydała z siebie cichy, bardzo krótki gwizd. Zapanowała ogólna cisza, drzewo na którym gromadziły się ptaki, ugięło się pod ciężarem milczenia. A potem wszystkie, jak jeden mąż powtórzyły za Maddox krótki dźwięk. To wywołało leciutki grymas zadowolenia, nie odsłaniający nawet bieli zębów.
Trawa za waderą poruszyła się nieznacznie. Nie zmartwiła się, jeśli ktoś zapragnąłby ją zabić, stanąłby przed sądem w Calme Loup. Wataha zapewniała jej bezpieczeństwo, które pozwoliło na zachowanie zimnej krwi. Siedziała więc na mile puszystym ogonie, tworząc skromną widownię dla śpiewaków.
Morfeusz położył swe chciwe łapska na delikatnym ciele wadery. Maddox ułożyła się, przymykając powieki. Przed ślepiami majaczył jej sen, był tak samo blisko jak daleko i równie niechciany, co potrzebny. Ziewnęła głęboko, to był jej ostatni znak sprzeciwu. Słaby bunt odszedł w niebyt. Ciałem i duszą zawładnęło coś, czego już dawno nie doświadczyła - odprężenie. Z jej mięśni uciekło napięcie, myśli oczyściły się samoistnie. Nawet oddech stał się miarowy.
***
- Popołudnie bez koszmarów, skarbie. - zawadiacki uśmiech, przyozdabiający usta Gale'a skutecznie ją dobudził.
- Flammèche! - pisnęła tylko. Bez problemu odnalazła silne barki, ciepłą pierś. Wtuliła się w śmiesznie zmierzwione futro, czując na policzkach krwisty rumieniec.
- Szukałeś mnie? - zmarszczyła brwi, odchylając łeb w tył. Żelazny uścisk nie zelżał, nadal była bezpieczna.
- Ech, zdążyłem się stęsknić. - prychnął tylko. To dziwne, ale ona również. Brakowało jej serdecznego śmiechu i dymnej postawy. Z jej futra zniknęło ciepło pozostawione przez iskierkę drzemiącą w Gale'u. Brakowało jej przyjaciela.
Ktoś przerwał im tę bloga chwilę. Powietrze przeciął krzyk, a kosy go podchwyciły. Teraz i one powtarzały imię basiora. Maddox poczuła delikatne muśnięcie na łapie i tyle się widzieli. Rozbawiony spuściła łeb. Wsłuchiwała się uważnie w brzmienie tysiąca głosów. Uwielbiała chwile jak te, chwile przeznaczone na rozmyślania. Jednak los nie był wobec niej pszychylny. W okolicach krzyża poczuła uderzenie. Odwróciła się w tył, acz niezbyt gwałtownie. Lodowym oczom uchwyciły spore uszy i tęczówki odmiennej barwy.
- Wybacz. - rzucił nieznajomy z nieznacznym uśmiechem. - Pochłonięty poszukiwaniem, zupełnie nie zwróciłem na ciebie uwagi, eee...
- Maddox. - przedstawiła się uprzejmie. - Czego szukasz...? - uniosła brwi, zadając dotatkowe, nieme pytanie dotyczące imienia.

<Oliver? C: >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz