Nagle wszystkie czarne myśli się rozpłynęły, wszystkie powątpiewania zabrał ze sobą czas. Ciężkie sekundy, które trwały jak miesiące, które się wydłużają. Czuła na sobie jeszcze delikatny pysk Gustave'a i zapragnęła go więcej. Nie chciała mu się jednakże narzucać, to on miał zrobić ten ostateczny krok. O ile oczywiście chciał takową rzecz uczynić, bo tak należało jej myśleć. Czy było to odpowiednie? Czy powinna była się tak zachować? Odpowiedź w jej głowie brzmiała: tak. Gdyby nie dotknęła Jego ciała, nie skierowała do Niego tych słów, chyba nigdy nie przeżyłaby tego, co czuła podczas składania Jego delikatnego całusa. A było to uczucie magiczne, jakby nagle wszystkie dobre rzeczy tego świata skierowały się do niej. Możliwe, że dla wielu innych wader taka rzecz była codziennością, niezauważalną wręcz. Jednak Corrin była inna, nie słyszała nawet komplementów. Zawsze żyła samotnie, ciesząc się własnym istnieniem (no, w mniejszym lub większym stopniu). Zazwyczaj integracja z innymi była dla niej nie lada problemem, dlatego radziła sobie z nim ucieczką do samotności. Przyzwyczajała się do niej powoli, tłumaczyła, że jest jej tak dobrze. Aż w końcu w to uwierzyła. Tak, tak było w każdym przypadku. Oprócz przypadku zwanym Gustave. Był On dla niej jak stuletnia brandy dla alkoholika, jak pusta biblioteka dla mola książkowego. Prawda była taka, że przez ten jeden, jedyny dzień zdążył nią zawładnąć i opanować praktycznie każdy z jej zmysłów. Zabawne, jak szybko popadła w takie odurzenie, w taką niemoc uczuciową. Śmiała się w duchu ze swojej słabości, z tego, że tak łatwo dawała się omamić Jego wdziękowi i aksamitnemu głosowi. Jednak ten stan był miły, nawet bardzo. Nie przeszkadzał jej właściwie w żadnym stopniu i to było zdecydowanie zgodne z jej sumieniem. Spojrzała na Gustave'a, a w oczach miała łzy wzruszenia. Szybko zamrugała, by się ich wyzbyć. A potem przemówiła.
- Widzi Pan, Gustavie... Chyba muszę się jeszcze przekonać.- zachichotała, widząc zdumienie na Jego twarzy. Zobaczyła, że Księżyc ustępował już miejsce Słońcu. Znaczyło to, że siedzieli tak razem cały dzień. Cóż, trudno. Nie odczuwała zmęczenia, On zresztą też takowej potrzeby chyba nie uwidaczniał. Intrygował ją, praktycznie sprowadzając na ja jakiś inny, o wiele lepszy świat. Jakby stworzony specjalnie z myślą o niej, basior idealny siedział przed nią i czekał na wyjaśnienie jej słów. Obdarzyła go zagadkowym uśmiechem, po czym przybliżyła się do Jego ucha, jakby w obawie, że ktoś ją usłyszy. Oczywistym jednak było, że taka możliwość była wręcz absurdem.- Musi chyba Pan się bardziej postarać.- wypowiedziała szeptem, wycedzając powoli każde słowo, jakby upajając się nimi. I tak właśnie czuła. Błogi stan, który mógłby pozostać taki na wieczność.
<No to staraj się Pan.>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz