Ona jednak szła niestrudzenie, ignorując cały świat. Każdy kolejny krok oznaczał kolejne łzy, kolejne łkanie, kolejny ból. Ze spuszczonym łbem, zamglonym wzrokiem, przez las szła skulona postać, czarna wychudzona sylwetka, drżąca w swej żałobie i nieskończonej rozpaczy. Co jakiś czas zatrzymywała się by się przykurczyć, westchnąć z bólu i przycisnąć do lewego z boku łapę. Kiedy ją odejmowała, zawsze pokryta była grubą warstwą świeżej krwi i ropy. Przyzwyczajona do tego widoku szła dalej, zostawiając za sobą krwawy ślad.
To ja wtedy powinnam umrzeć, nie On. Nie zasługuję by żyć, pozwoliłam by zginął. Mój ukochany, mój najdroższy...
Jak przez mglę widziała jego pysk, słyszała z oddali jego śmiech, jego oddech i słowa... Wszystko jej o Nim przypominało, sprawiając jej tym większy ból, większy niż rana otrzymana od Jego mordercy. Był kilkanaście razy większy od niej, lecz go zabiła. Także i on nie pozostał jej dłużny, swym wielkim mieczem rozrywając na strzępy jej bok. Teraz wzdłuż całego lewego boku widniała ziejąca dziura, do której z lekkim trudem zmieścił by się przeciętny królik. Czuła, że kość miednicowa i połamane żebra wystawały jej z ów rany, a wierzchnia warstwa mięsa obumarła już, przykryta warstwą krwawiących pęcherzy i ropni. Na szczęście nikogo nie spotkała, nie pragnęła bowiem towarzystwa. A nawet gdyby, ranę przykrywała długa, zmatowiała sierść. Nikt więc nie mógł jej pomóc. Nie miała już siły żyć bez Niego i chciałaby móc umrzeć w katuszach, cierpiąc jak on. Trawiła ją jednocześnie gorączka, ból, pragnienie i głód, a mimo wszystko nic nie jadła, nie piła, nie spała, ani nie próbowała nawet opatrzyć rany. Pragnęła już tylko śmierci, by móc znów być z Nim.
Wędrowała odkąd zginął, to znaczy kilku tygodni, codziennie coraz słabsza i zrozpaczona. Czemu śmierć nie mogła nadejść? Nagle do jej uszu dobiegły dźwięki, do nosa zaś zapachy. Wszystko jednak przytłumione przez ogromny ciężar smutku, jaki odbierał jej świadomość otoczenia. Mimo wszystko zorientowała się, iż ktoś tu idzie, bez wątpienia jakiś wilk. Niczym w śnie, rozpaczliwym śnie rozejrzała się, poszukując schronienia. Byle uniknąć kontaktu. Zauważyła krzaki. Ale...
Zatrzymała się niepewnie, nasłuchując. Z drugiej strony wilk mógł mieć złe zamiary, pragnąc ją dobić. Wtedy mogłaby szybciej umrzeć. Obcy się jednak zbliżał, a ona nie miała sił na ból. Chciała umrzeć, leżąc i cierpiąc katusze. Przyzwyczajenie wzięło w górę, a we krwi zabuzowała adrenalina. Zebrała siły i podbiegła do oddalonych kilka metrów krzaków, po czym wskoczyła w nie, ciężko upadając na ziemię. Przeszył ją dreszcz, ból, wyczerpanie. Przetoczyła się na bok, raną do góry, wyciągnęła się. W boku pulsował przeraźliwy ból, a świat ograniczał się do kroków obcego. Wszystko pociemniało, przestała czuć zapachy, słyszeć skowronki, jedynie ów kroki. Straciła przytomność, wystawiając się na pastwę losu, ukryta w krzakach.
<Ktosiu?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz