Przestraszona wadera obrzuciła wzrokiem miejsce, w którym właśnie się znalazła. Ciemne skały zdawały napierać się na nią z każdej możliwej strony, wytwarzając niemożliwe do wytrzymania napięcie. Ciepło wytwarzane przez górę wcale jej się nie podobało. To nie było to samo przyjemne uczucie, które wiąże się ze słodkim odpoczynkiem w słońcu. Gorąc bijący z samego serca Cave odstraszał Maddox, powodował nieustanne napięcie mięśni. Nie czuła się tutaj pewnie, a im realniejsze było odczucie ciepła, tym większy strach przed tym, co je wytwarzało.
- Nie, nie, nie... - mruknęła cicho, raczej do siebie aniżeli do basiora. Niczym prawdziwa desperatka podbiegła do miejska, w którym powinny znajdować się drzwi, otwór do rzeczywistego świata, przejście zatrzaśnięte przed jej wilgotnym nosem. Cóż, niecałą minutę temu, tędy wpadało świeże powietrze i muzyka polnych śpiewaków.
- Musimy się stąd wydostać. - dodała nieco pewniejszym tonem. Nie była dobra w wydawaniu rozkazów, czy podejmowaniu decyzji. Podniosła łapę i szczegółowo badała miejsce sklepienia dwóch skał. Nie dostrzegła żadnej przerwy. Owym miejscem musiały władać potężne czary, a zwykła wadera pokroju Mad nie miała szans ich złamać.
- Jedyna droga prowadzi przez Cave, nie możemy się cofnąć. - Oliver pokręcił łbem ze zrezygnowaniem. Nie przewidział takiego obrotu spraw, nie miał przecież złych intencji! To, że wilczyca wylądowała razem z nim, nie było jego winą, a już na pewno tego nie zaplanował. Gdyby mógł, cofnąłby czas i ostrzegł Maddox, poinstruowałby ją, stanęłaby parę kroków dalej i być może nigdy więcej nie zobaczyłaby basiora. Nie mniej, wolał przeżywać podobne przygody samotnie.
- Oliverze, jeśli sądzisz, że mam zamiar się poddać, mylisz się. - medyczka odwróciła się w stronę towarzysza. - Nie czujesz tego? - głową wykonała ruch, który miał okiełznać całą jaskinię. Wiedziała, że on ją zrozumie.
- Czuję, doskonale. Być może nawet lepiej niż ty, aczkolwiek to nie jest zagrożenie. - wzruszył jedynie ramionami, niezbyt przejęty. Według niego irracjonalny strach Mad był zupełnie zbędny.
- Więc co? Cieplutka oaza spokoju w samym środku piekła? - warknęła oschle. Była niemiła, umiała być prawdziwie nieznośna. Jeśli tak dalej miało pójść, wszyscy obecni na sali powinni współczuć basiorowi. Zawsze istniała jakaś szansa na to, że umie obronić się i pokonać napastniczkę.
- Skoro i tak tutaj jesteśmy, chyba warto sprawdzić, prawda? - poprawił pakunek umiejscowiony na plecach, tak aby nie zawadzał w marszu. Wszyscy pod wpływem silnych emocji, w tym przypadku paraliżującej bezradności, nie myślą zbyt logicznie. Oczywiście, Oliver miał rację.
- Wybacz. - Maddox zamrugała kilkakrotnie, wzięła głęboki oddech, a do jej płuc dostało się powietrze przesycone odorem siarki. Smród zgniłych jaj unosił się w całej jaskini, tak jak jasna mgła pełzająca parę centymetrów nad ziemią. - Może zaczniemy jeszcze raz?
- Och, Mad! - zaśmiał się perliście basior. - Nie spodziewałem się ciebie tutaj! Właśnie wybieram się w niebezpieczną podróż, która prawdopodobnie zakończy się zgonem lub kontuzją, zechcesz uczynić mi ten zaszczyt i mi towarzyszyć? - na usta wpełzł zawadiacki uśmieszek. Wyginał policzki i zdołał sięgnąć jeszcze wyżej. Niestety nie dotarł do błyszczących oczu.
- To na pewno będzie nieziemskie przeżycie, chętnie. - jej głos się nie załamał, co już było jakimś tam sukcesem. Przynajmniej w jej odczuciu.
Oboje ruszyli przed siebie. Wadera nie chciała zawadzać, więc po prostu szła w ślad za przewodnikiem. Milczeli, a korytarz, którym się przemieszczali z każdym krokiem robił się coraz większy. Ziemia stopniowo zmieniała się w litą skałę, a następnie w czarny niczym obsydian żwir. Kamienie przypominały odłamki szkła, raniły niemiłosiernie delikatne opuszki Mad, powodując zgrzytanie zębami. To była jedyna oznaka słabości, na jaką sobie pozwoliła. Teren dookoła zaczął się obniżać, a lodowe oczy wilczycy zdołały w końcu dostrzec wyżłobienia w skałach. Coś wytwarzało światło. Znaleźli się w ogromnej jaskini, sami nie wiedzieli, czy takowa nie pomieściłaby trzykrotnie terenów Calme Loup. Prezentowała się okazale. Ze swojej pozycji ani Maddox ani Oliver nie widzieli jej drugiego końca. W górze szybowały czerwone obłoki, tak jakby były to chmury z krwi. Po ich lewej stronie rozciągał się krajobraz upstrzony wzniesieniami, znalazłyby się ze dwa łańcuchy górskie. Po prawej natomiast, ziemia wyglądała jakby ktoś uciął ją w trakcie. Pionową kaskadą opadała w dół, przepaść była ogromna. Ich uszu docierał ryk bystrej rzeki.
- Założę się, że woda nie jest zdatna do picia. - mruknęła cicho medyczka.
- O ile to w ogóle jest woda. - przewodnik wziął głębszy oddech. - Dlatego pójdziemy tam.
<Oliverze? c:>