niedziela, 18 stycznia 2015

Od Yaenn C.D. Nathana

Szacunek dla wspomnień, zarówno swoich jak i czyichś, był jedną z podstawowych wartości, jakie chciała posiadać w życiu. Jak najbardziej w jej sercu gnieździło się coś takiego, lecz nierzadko porównując swoje przeżycia do doświadczeń innych wymagała od drugiego wilka większego współczucia oraz szacunku, niż sama raczyła darzyć jego obrazy z dawnych lat. Był to pewien wrodzony akt egoizmu, którego nie potrafiła wyleczyć.
- Wszystko w porządku? - spytała z całą powagą oraz pewnością, przerywając dość nieprzyjemną ciszę. Skinął jej w odpowiedzi głową, co ona skwitowała subtelnym, niewidocznym wręcz uśmiechem.- W takim razie prowadź. Odrobina świeżego powietrza jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Była nieco skrępowana zaistniałą sytuacją i, prawdę mówiąc, niezbyt wiedziała jak ma się teraz zachowywać. Oboje mieli za sobą dość trudne przeżycia, lecz także oboje potrafili się z nimi pogodzić i jakoś znosić je w głuchej ciszy oraz cierpieniu. Pewien impuls tkwiący głęboko w niej chciał, żeby mu pomogła, aczkolwiek nie podpowiedział jak.
Wymieniając się spostrzeżeniami na temat pogody, swojego aktualnego samopoczucia oraz wszystkiego innego co przyszło im na myśl spędzili całkiem przyjemne trzy godziny. Yaenn najbardziej radował fakt, iż nie musiała spędzać wolnego czasu sama, znalazłszy sobie odpowiednie towarzystwo.
Spokojną, kulturalną dyskusję przerwał niespodziewany trzask w zaroślach nieopodal. Ciche pomruki, jakby głosy, niskie, gardłowe i chłodne, zmieszały się z szelestem liści, poruszanych wieczornym wiatrem. Wadera nie czekała na reakcję Nathana, lecz natychmiast pociągnęła go za sobą w mrok. Przylgnąwszy gładko do ziemi okoliła to, co roztaczało się przed nią wzrokiem, po czym zajęła się obserwacją tajemniczego, rozłożystego krzaka. Nagle wszystko stało się jasne...
W ostatnich ciepłych promieniach słońca błysnęło doskonale wyszlifowane ostrze topora, zdolne do zadania śmiertelnego ciosu w ciągu jednej sekundy. Spośród zieleni wyłoniły się dwie przysadziste postacie z długimi brodami zaplecionymi w warkocze i oczami przepełnionymi rządzą mordu.
- To krasnoludy - szepnęła najciszej jak potrafiła, choć nie widziała powodu by informować basiora. Sam był najwyraźniej wystarczająco obeznany w kwestii istot zagrażających wilczemu życiu, kryjąc się przy pniu potężnego dębu.
- Nie uda nam się teraz wydostać, zagrodzili drogę - stwierdził spokojnie.
- Zawsze możemy iść lasem, ale...
- To wymagałoby ponownego zagłębienia się w góry, a z tego co mi wiadomo tam możemy spotykać znacznie więcej takich delikwentów - przerwał jej stanowczo. Głosy obojga drżały - strach zaczynał zjadać ich od środka, czego niestety nie dało się zamaskować.
- Góry są naszą jedyną szansą, jeśli nie chcemy skończyć w łapskach tych ludzi - wskazała pyskiem dwóch wojowników szukających nowej kryjówki do zastawienia pułapki. - Znam je, wiem jak możemy się ukryć. Pełno tam jaskiń, część z nich jest niezamieszkana, a krasnoludy są zbyt głośne i nieporadne, żeby dostać się do poniektórych skalnych półek. Spędzenie jednej nocy w obcej grocie chyba nie jest aż takie złe, prawda?

<Nathan?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz