sobota, 24 stycznia 2015

Od Jeff'a CD. Inés

 Kiedy wadera zorientowała się, że moje skrzydło znajduje się nie więcej niż 40 centymetrów nad jej grzbietem rozejrzała się nerwowo. Moje zachowanie widocznie jej nie za bardzo odpowiadało. Po chwili oceniania naszego położenia, odwróciła się w moją stronę z lekko rumianymi policzkami.
- Yhh.. nie trzeba. Nieopodal znajduje się moja jaskinia. Mogę zaproponować pobyt na czas deszczu?
- Czemu nie.. – odpowiedziałem, wpatrując się w krople spływające po źdźbłach trawy. – Masz jakieś konkretne plany co do mojej obecności u Ciebie? – dodałem półżartem, zerkając na nią zadziornie.
- Huh, oczywiście, że nie! – krzyknęła oburzona, po czym odwróciła się, aby zakryć czerwień, która oblała jej, jak dotąd biały, pyszczek.
Starałem się nie zaśmiać, lecz było to silniejsze ode mnie.
- Żar-żartowałem! – wydusiłem z siebie przez śmiech. – Nie śmiałbym tak na poważnie. – powiedziałem już bardziej opanowanym tonem, jednak nie miałem co liczyć na odpowiedź, lub choćby popatrzenie w moją stronę.
"Nie spotkałem jeszcze tak nieśmiałej istoty!" – przeszło mi przez myśl. Wędrowaliśmy w ciszy niecałe pięć minut, po czym wreszcie się odezwała.
- Jesteśmy na miejscu. – rzekła chłodno.
- Więc, na pewno chcesz, żebym wszedł? – zapytałem pokornie, nie chcąc znowu rozdrażnić wadery.
- Jasne, skoro już Cię zaprosiłam.. - zabrzmiało to lekko ironicznie.
- Oj daj spokój, królewno - "Co ja właściwie powiedziałem?" Spojrzała na mnie spode łba – dobrze, już się zamykam.

<Inés? Przepraszam, że tak długo nie pisałam ;_;>

Od Sad'a C.D. Noaha

Nie zdążył przemknąć niezauważony. Obcy wilk dostrzegł Sad'a i nie zignorował go. Drżąc z przerażenia i zimna, skulił się w najgłębszym, najbardziej oddalonym od wejścia końcu. Być może drapieżnik zniechęci się i odejdzie, decydując, że nie ma co się męczyć rozkopując ziemie. Widział łapy zbliżające się do niego, aż w końcu zatrzymały się. Zaraz opadło tam ciało, a pysk zbliżył się do kryjówki.
- Hej. Nie bój się... - powiedział łagodny głos, dodający otuchy, jednak szczenie nie uwierzyło w to. Nie ufało żadnemu wilku, nauczony doświadczeniem, że niektóre to naprawdę podstępne zwierzęta. A może lisy? Nie ważne, ważne, że słowa były takie same i gdy wyszedł i zaczął rozmawiać, ledwie umknął lśniącym zębom. Teraz nie zamierzał popełnić tego błędu, tak więc siedział cicho, jakby chciał przekonać tego dziwnego przybysza, że mu się przewidziało a w tej dziurze nie ma żadnego stworzenia. W końcu jednak ciekawość przezwyciężyła, a po kilku minutach wyłonił się biały pyszczek. Słońce oświetliło większość łba, odbijając się od wielkich, przerażonych, brązowych ślepi. Uszy ulegle przylegały do ciała, które leżało na podłożu. Ukazywał swą uległość, jakby krzyczał "nie krzywdź mnie!".
- Jestem Noah. - Znów rozbrzmiał ten miły głos, który wzbudził szczątkowe zaufanie u Sad'a. I nagle znów się skichał, dość mocno. Nie dość, sam się tego przeraził i ponownie zniknął w mroku, wycofując się. Biedak naprawdę był chory i wyglądał mizernie, choć był to pierwszy dzień choroby. Ospały, słaby, miał ciepły, suchy nos który oznaczał wysoką gorączkę oraz mało wyraziste oczy.
- Jestem Sad - wyszeptał drżącym głosem, by zaraz ponownie się lekko, niepewnie wychylić, ciągle mając pysk jak najbliżej ziemi. Nie chciał, by Noah źle odebrał jego zachowanie! Pewnie, że ten wilk nie uzna małego Sad'a za zagrożenie, ale może uznać, że kiedy wilczysko podrośnie będzie konkurencją, a teraz łatwiej się go pozbyć niż za takie dwa lata. O ile tyle dożyje.

Noah?

Od Noaha C.D. Sada

Trucht, przystanek, trucht, przystanek... Uszy ustawione wysoko do góry, w oczekiwaniu na jakikolwiek dźwięk zwiastujący obecność zwierzyny. Nos węszący nisko przy ziemi, szukający zapachów możliwego obiadu, wąsy wyczulone na najmniejsze drgnienia powietrza.
Każde polowanie było dla mnie swoistym treningiem.
Nagle wyczułem zmianę. Chwilę później na ziemi zobaczyłem świeżo odciśniętą jelenią racicę. Podążyłem za tropem, który dawał jasno do zrozumienia że nie był to jeden osobnik, ale całe stado.
Dostrzegłem ruch. Był jednak zbyt szybki, żeby był to jeleń. Dopiero po chwili zorientowałem się też, że nie był to żaden gryzoń ani ptak, tylko wilk. Białe szczenię.
Zdziwiony ruszyłem w kierunku, w którym czmychnął szczeniak. Nie pamiętam, żeby którakolwiek z wader zaszła w ciążę, więc raczej nie należało do watahy.
Położyłem się przed drzewem, pod którym była niewielka nora.
- Hej. Nie bój się... - powiedziałem z łagodnym uśmiechem, bojąc się że spłoszę szczenię. Lubiłem zajmować się dziećmi, a musiałem się wcześniej opiekować młodszym rodzeństwem, więc wiedziałem jak się z nimi obchodzić. W końcu prawie sam wychowałem Raven.
Po kilku minutach z norki wyjrzał biały pyszczek zwieńczony smutnymi brązowymi ślepkami. Szczenię mogło mieć najwyżej pięć miesięcy.
- Jestem Noah. - przedstawiłem się, nadal przyciśnięty do ziemi. Chciałem wiedzieć gdzie są rodzice malucha i czy potrzebuje jakiejś pomocy, ale powstrzymałem się przed zadawaniem jakichkolwiek pytań.


Sad?

Od Harrison

Szłam przez las wielkich drzew, pogwizdując sobie wesoło i raźno stawiając kroki. Dzień był taki piękny, słońce tak pięknie grały na pniach ogromnych drzew! Rozglądałam się za jakimś sympatycznym zwierzęciem, z którym mogłabym pogadać. Odrobinę nudziła mi się już samotność, więc ucieszyłabym się ze zwykłej myszy!
Kroczyłam wyraźnie oznaczoną ścieżką, wydeptaną przez dziesiątki łap. Ptaki śpiewały, coś buszowało w trawie, ale panował ogólny spokój. Bardzo podobało mi się to miejsce, ale po chwili stwierdziłam, że nie pogardziłabym jakąś otwartą przestrzenią. Rozmyślałam o tym, gdzie kończy się las, oraz o zapachu wielu wilków, przechodzących tędy. Nagle jednak moje rozmyślania zostały przerwane przez... Trzask. I jeszcze jeden! Zamarłam w bezruchu, oczekując ataku, który nie nastąpił. Zamiast niego przede mną stanął... Piękny jeleń.
- Oh! Witaj! - podbiegłam do niego. - Jestem Harris. Nie zrobię ci krzywdy, naprawdę.
Jeleń popatrzył na mnie, po czym westchnął.
- Kolejny wilk tego dnia! Jesteś druga, wiesz? Ten pierwszy był biały i jakiś taki... Dziecięcy - odparł.
Nastawiłam uszu z zainteresowaniem.
- Naprawdę? Jak to "dziecięcy"? - zapytałam, siadając.
- No... Szczeniak. Tak, to był szczeniak! - gorliwie pokiwał łbem. - Cały mokry, sam i chyba przeziębiony.
Przeziębiony? Sam? Mokry? Myśli przewijały mi się przez głowę, gdy upewniałam się, że dobrze zrozumiałam.
- Dziękuję za pomoc. Zaprowadzisz mnie do niego? Tylko poczekaj... - przymknęłam oczy, i wyczułam roślinę, która mogłaby pomóc w przeziębieniu. - Świetnie! To po drodze! Ruszajmy!
Zwierz skinął łbem, po czym odwrócił się i poprowadził mnie ścieżką.
***
Gdy nazrywałam już odpowiednie rośliny i mój kumpel jeleń zaprowadził mnie do miejsca, gdzie ostatnio widział szczeniaka, podziękowałam mu za pomoc, pożegnałam się i ruszyłam na poszukiwania.
Posłałam przed siebie myśli i niemal natychmiast wyczułam świadomość malucha. Poszłam w stronę jego kryjówki, a gdy tylko się zbliżyłam, zobaczyłam malutkiego szczeniaka, wciskającego się głębiej.
- Spokojnie, maleńki. Nie zrobię ci krzywdy. Chcę ci pomóc, wiesz? - powiedziałam cicho, uspakajającym głosem. - Jestem Harris, a ty?

                                                                      <Sad?>

Nowa wadera - Harrison!

Powitajmy gromko nową członkinię naszej społeczności! Cieszę się szczerze, że do nas dołączyłaś i zaufałaś naszym priorytetom. Obiecuję Ci, że się nie zawiedziesz. A teraz już - baw się dobrze!

http://fc08.deviantart.net/fs71/i/2012/109/c/5/m_i_l_i_by_azzai-d4wvx0b.jpg

Harrison 
Zielarka
autor: Sleepy Hollow

Od Nyanne

Dni mijały, a ona wciąż siedziałam w lecznicy. Co jakiś czas przychodziła Maemuki, by z nią posiedzieć i porozmawiać. Jedbak ona odpowiadała lakoniczniym 'tak' lub 'nie', ewentualnie 'może', nie zamierzając się otwierać.
Przysięgłam przed Jego mogiłą. Będę kochać tylko Jego.
Shogain jak się pojawił, tak znikł, a w lecznicy siedziała samotnie, czując się minimalnie lepiej. Bo chociaż chaotyczny wilk wyciągnął to, co przedtem w nią wepchał, jakieś czarne zaklęcie, to zakażenie nie ustawało. Rano i wieczorem przychodziła zaś Maddox, medyczka. Bez słowa zmieniała kroplówkę oraz opatrunek, podsuwała miskę jedzenia -którego nigdy nie zjadała- po czym wychodziła. Ot tak, bez słowa. Czasem jednak podchodziła doń, ruchem łapy nakazywała jej wyciągnąć przednią kończynę, po czym ludzką strzykawką aplikowała w jej krew antybiotyk. Więcej kontaktu brakło. Po cóż by jednak miała zwracać na resztę swiata, skoro prędzej czy później umrze?
[...] Każdego dnia jednak czuła się minimalnie lepiej. Codziennie nabierała odrobinę sił, a każdego dnia rana coraz mniej jej dokuczała.W końcu, dokładnie osiemnastego ranka jej pobytu w lecznicy, odwiedził ją ktoś. Tym ktosiem był nie kto inny, jak Alpha watahy- potężnie zbudowany acz równie zimny jak medyczka basior. W kilku słowach oznajmił jej, iż znajduje się na terenach Calme Loup, a także zaproponował jej członkowstwo. Zgodziła się. W głębi duszy przekonana była jednak że odejdzie za kilka dni... A poza tym zdecydowała się przyjąć posadę kucharza. Sama wówczas nie wiedziała, ile radości przyniesie jej ów zawód.
Co więcej, po uprzejmym pożegnaniu Alpha opuścił jaskinię, a pani medyk oznajmiła jej iż za dwa dni ma się stawić w celu kontroli. A co za tym idzie, uznała iż może już opuścić lecznicę.
- A mój łuk? Gdzie mój łuk?- spytała wówczas, siadając niezbyt elegancko na legowisku.
Maddox trwała chwilę w konsternacji, jakby zastanawiając się nad sensem tych słów, lecz po chwili przytaknęła cicho i wyszła za zaplecze. Po paru sekundach jednak wróciła, ściskając w jednej łapie moją torbę, a w drugiej ów łuk, kołczan ze strzałami i miecz.
Och. To przecież był Jego miecz.
Na tę myśl powstrzymała niechciane łzy, nie chcąc okazać słabości. Nie teraz, nie w tym miejscu. Toteż szybko się podniosła, a wziąwszy od wadery swój ekwipunek, czym prędzej opuściła pomieszczenie, rzucając na odchodnym ciche pożegnanie, nim tamta zauważy błyszczące w jej ślepiach łzy. Oddaliwszy się zaś kilkanaście metrów od swojego dotychczasowego miejsca pobytu, przerzuciła torbę wraz z łukiem przez ramię, podobnie jak broń, po czym pobiegła w kierunku lasu, by znaleźć sobie jakieś lokum. Wiedziała doskonale, iż musi je mieć, nie przystoi bowiem z niezagojoną raną wystawiać się przez całą dobę na różnorakie o tej porze roku warunki atmosferyczne. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko jakąś niezamieszkaną jaskinię posiąść w posiadanie.
Z tego więc powodu ruszyła tam, gdzie powiódł ją instynkt, gdzieś gdzie będzie brakło pozostałych członków watahy, a jednocześnie gdzieś, gdzie będzie można spotkać inne zwierzęta. Wędrowała więc po teranach watahy, omijając w cieniu wszystkie napotkane wilki, a także podziwiając z ponurym optymizmem ożywającą, wiosenną przyrodę. Niezwykle zaintrygował ją fakt istnienia znaków drogowych, wskazujących kierunek dojścia do konkretnego miejsca. Niby zwykła, wbita pionowo tyczka z przybitymi deskami o zawężonym, jednym końcu, z nazwami wypisanymi czarną farbą, a jednak tak pomocne i cenne! Posiłkując się więc ów znakami, zapoznała się z terytorium i ostatecznie skierowała się w stronę tajemniczych jej jeszcze Seresów. Sama nazwa brzmiała zachęcająco.
[...] Z zachwytem w oczach ujrzała przed sobą mikroskopijnych rozmiarów łączkę, z wszystkich stron osloniętą lasem. Jedynie z wschodu na zachód płynął bystry strumień, niosący ze sobą młody narybek. Bez wątpienia oznaczało to, iż jesienią nastąpi w tym miejscu droga na tarło, jaką odbywają łososie. Porośnięte trawą, porostami oraz kwiatami pobliże prezentowało się cudownie na tle porośniętej mchem oraz grzybami jaskini. Prowadziła do niej kładka nad strumykiem, po lewej jego stronie widniał kolejny drogowskaz. Nyanne podeszła do niego i ze zdumieniem zauważyła, iż z napisów umieszczonych na drewnie wynika, iż stykają się tutaj aż cztery różne miejsca; Seresy, Zakątek Ciszy, Łąka Zabawy oraz Deer. Tym większe było jej zadowolenie, kiedy odkryła w środku jaskini jedną, dużąc izbę oraz wykute w granitowej skale schodyh, prowadzące zarówno w górę, jak i w dół. Gdyby tego było mało, na 'parterze' znajdował się kominek. Zgodnie więc osądziwszy o stuprocentowej pewności iż nikt tu nie zamieszkał, postanowiła w ów miejscu osiąść.
Mijały potem dni i tygodnie, a ona na dobre już się zadomowiła w swym wilczym domku. W głównej izbie widniał stół, blat oraz krzesła, wszystko to wykonane z kamienia bądź drewna W dodatku znalazło się miejsce, by umieścić osłonitą od reszty pomieszczenia spiżarnię. Co więcej, kominek robił teraz również za piec. Na niegdyś pustym pięterku stało teraz wsparte na drewnianej ramie łóżko o materacu wypchanym suchą trawą, a przykryte różnorakimi, skórami i kocami. Pod ów łożem zaś stał kufer, w którym skrywała broń wraz z płaszczem swoim oraz Kiliego, jaki jej po nim pozostał, kolczą koszulą oraz szalikiem i ogniście czerwoną czapką znalezioną w lesie. Dolny poziom jaskini zaś służyl jej za pracownię i samotnię w jednym, od tak, misz masz tego, co nie pasowało gdzie indziej. Jakby było tego mało, w każdym z ów trzech pomieszczeń ulokowany został pokaźny regał z książkami oraz palenisko.
Brnęła przez zarośla, by wypaść na Łąkę Zabawy. Rana już prawie się zabliźniła, lecz pozostała po niej wąska szczelina. Sączyła się z ów szpary krew i osocze, przyprawiając ją o niesamowite bóle. Wszystko zaczęło się kilka dni temu, kiedy dostała napadu. Rana otworzyła się i od tamtej pory nie zamykała, co strasznie jej przeszkadzało. Kroczywszy wśród skapujacej na ziemię mżawki, poczuła nagle okrutny ból brzucha. Opadła ciężko na ziemię, zwijając się z bólu. Nim jednak zdążyła wezwać pomoc, straciła przytomność, moknąc w deszczu.

<Oliver?>