piątek, 30 stycznia 2015

Od Inés C.D Jeff'a

Śmiałość basiora wydała mi się nieuprzejma i jakby uprzykszająca mojej osobie. Nie dało się w tym poczuć, żartu rozluźniającego atmosfery, tylko raczej drwinę z jego strony. Może i to tylko moje zakichane zdanie i może tylko mi się wydaje, ale właściewie jest również taka opcja, iż jestem ciut nadwrażliwa na tego typu odzywki. Można powiedziec, że mam uraz do wszystkich osób płci przeciwnej, bez wyjątku.
Po słowach w których usłyszałam jego ironiczne ‘królewno’ coś we mnie zawrzało. Myślałam, że zaraz wykopię basiora z mojego ‘mieszkanka’, jednakże słowo się rzekło i nie kulturalne z mojej strony byłoby wystawienie go na wiatr, a właściwie na deszcz w tym przypadku.
Pierwsze minuty poświęciliśmy na niespokojną wymianę spojrzeniami, a następne na ogrzanie się przy rozpalonym wcześniej ognisku. W końcu zdenerwowana z lekka tą nieprzyjemną ciszą postanowiłam zacząć jakikolwiek temat, aby tylko nie siedzieć z zamkniętymi pyskami.
- Więc… jak długo jesteś członkiem Calme Loup? A tak w ogóle jestem Inés. – uśmiechnęłam się starając nie okazywać zbyt dużego zainteresowania osobą basiora. 

<Jeff? wybacz, że tak późno i krótko, ale brak weny ;;;>

środa, 28 stycznia 2015

Od Shōgaina C.D. Chaos

- Emocje? - uśmiechnąłem się szeroko, nieco może złośliwie. - Co cię napawa takimi emocjami, panienko? Ten wyścig, który właśnie odbyliśmy i który wygrałem czy... - tuż nad moją głową przeleciał fioletowy kryształ. Popatrzyłem z wyrzutem w stronę wadery, ale ona tylko się uśmiechnęła.
- Wygrałeś? Pff, chyba żartujesz! Wlokłeś się jak ślimak, grubasie! - wystawiła mi język.
- Oj, moja panno, chyba mówisz o sobie!
- Musiałeś mnie zagadywać, żeby utrzymać tempo, a i tak przegrałeś, panie mądry.
Nie wiem, czy się wkurzyłem, czy było to bardziej przyjacielskie zagranie, ale skoczyłem na wilczycę i przyszpiliłem ją do ziemi. Nasze pyski były bardzo blisko, niemalże stykaliśmy się nosami. Mierzyła mnie wzrokiem. Zdziwiłem się, bo coś ją bawiło. Żeby więc pokazać jej, że panuję nad sytuacją warknąłem przyjacielsko:
- Leżysz!
- Doprawdy? - na jej pysku zagościł szelmowski uśmiech i chwilę później o moją głowę z hukiem uderzyły szyszki, z pobliskiej sosny. Kiedy deszcz szyszek ustał otworzyłem oczy i zobaczyłem skaczącą na mnie chaos. Nie utrzymałem równowagi i tym razem to ja byłem na ziemi.
- I co powiesz, Shogain? - była z siebie niezwykle zadowolona.
- Niech ci będzie.
- Ha! Mówiłam!
Usłyszałem szelest i popatrzyłem w bok. Zobaczyłem wielkiego jelenia.
- Cicho!- syknąłem.Wyswobodziłem się z jej ucisku i łapą wskazałem w kierunku jelenia. - Co powiesz na taką zdobycz? - uśmiechnąłem się i zacząłem skradać się w kierunku jelenia.

<Chaos?>

Od Maemuki C.D. Browna

- Poważnie? Ale super! - kiedy gad rozwierał swoje duże szczęki, prawdopodobnie próbując się uśmiechnąć, podeszłam do Browna i stanęłam obok. Myślałam, że umknęło to uwadze smoka, ale chyba się myliłam. - A to kto, Brown? - w jednym susie do mnie doskoczył i owinął ogonem. Był bardzo silny jak na swoje rozmiary.
- Eee... Cieszę się, że mogę cię poznać, smoku, ale... nie... mogę... oddychać... - moje żebra były boleśnie ściśnięte, miałam tylko nadzieję, że ich nie połamie. I nie zrobił tego, bo kiedy tylko skończyłam swoją wypowiedź, pętla ze smoczego ciała odwinęła się i w mgnieniu oka spadłam na ziemię. - Ałć...- chyba mogłam się powstrzymać od jęku, bo smok natychmiast spochmurniał.
- Och... przepraszam. Nie chciałem zrobić ci krzywdy.
- Nic nie szkodzi. - uśmiechnęłam się lekko, wstając i otrzepując sierść. Oblicze przybysza momentalnie się rozjaśniło, a jego oczy zaczęły błyszczeć. Znów do mnie podszedł i zaczął bez słowa oglądać z każdej strony.
- Dlaczego tak się jej przyglądasz? - spytała Brown unosząc jedną brew.
- No bo.. Ona jest taka kolorowa i ma długą sierść. - teraz zwrócił się do mnie - Nie przeszkadza ci ona w polowaniu?
- Właściwie to... - nie lubiłam rozpowiadać każdemu o tym, że nie jem mięsa.
- Mae nie poluje, Melchior. - smok zwrócił głowę w jego stronę, jednak cały czas stojąc przy mnie.
- Mae? jak Maemuki?
- Tak. -odparłam uśmiechnięta, lecz gad nawet nie zaszczycił mnie spojrzeniem.
- Kwiecista? Piękne imię! Może dlatego jesteś taka kolorowa!
- Może. - popatrzyłam z rozbawieniem na smoka. Odskoczył ode mnie i od Browna i zaczął się nam przyglądać. Przekrzywił głowę mierząc nas wzrokiem.
- Jesteście uroczy.
- Słucham?! - Ciastek chyba się zakrztusił.
- Och, no słodko wyglądacie razem. Oboje tacy niezwykli... Dobrana z was para. Cieszę się, że mogę poznać tak wspaniałą parę.
- Ale... ale my nie jesteśmy razem. - zarumieniłam się jak burak.

< Brown? ;D Jak coś to jest już 11 opków :D>

wtorek, 27 stycznia 2015

Wielki konkurs zimowy!

                                          Witam wszystkich ciekawskich!
Zapewne zastanawiacie się, cóż to się szykuje. Większość osób już chyba o naszym Calme Loup zapomniała. Ale my, administratorzy się nie poddamy! Szykujemy dla Was wszystkich i każdego z osobna najnowszy pomysł, który powinien przypaść Wam do gustu. Zapewne wszyscy zastanawiają się, co tym razem ogłaszamy, a więc, oto on...


                                       WIELKI KONKURS ZIMOWY!!! 
Czas teraz na coś, czego nikt się nie spodziewał. Myślę, że jeszcze takiego pomysłu nie było. Nie chodzi nam o jakieś banały, questy, czy ilość opowiadań. Jak wiadomo jednak, by wziąć udział w konkursie trzeba być w czymś najlepszym. Musicie udowodnić swoje zaangażowanie, artyzm i pomysł. To wszystko za pomocą zwykłej wiadomości prywatnej na portalu howrse i, jak na blog przystało, opowiadania. Brzmi jak banał, ale taką błahostką wcale nie jest. Konkurs jest podzielony na dwa etapy. Do drugiego dostanie się tylko wybrana ilość wilków, którzy chwycą nas za serca.
                                                              ETAP 1
Na czym ma ów część polegać? Otóż, jak już wspominałam, trzeba tu napisać opowiadanie jak i wiadomość prywatną na howrse. Oczywiście takie zgłoszenia trzeba wysłać do jednego z dostępnych adminów. Jak poznać, że nasz wybraniec jest dostępny? Sprawdzamy jego prezentację, na której u szczytu będzie widnieć napis: dostępny dla konkursu Calme Loup. W pierwszej wiadomości piszemy nasze odczucia co do tego bloga, co on dla nas znaczy. Wcale nie chodzi tu o wylewne łzy, czy też bezmyślne łamacze serc. Szczere uczucia, tego właśnie trzeba! Oczywiście na końcu tej wypowiedzi trzeba podpisać się imieniem swojego wilka. Po drugie: opowiadanie. Ta część powinna być trudniejsza i wymagać pracy na "zwiększonych obrotach". Nie ma tu żadnego tematu, nikt nie ma go dokańczać. W takim opowiadaniu też nie mogą się pojawić wilki z watahy! Dialogi przeprowadzać można tylko z wykreowanymi postaciami. Opowiadania mają mieć jak najciekawszą fabułę, przestrzegać gramatyki oraz ortografii, a także być zgodne z regulaminem. Im ciekawsze opowiadanie, tym większa szansa na wygraną. Opowiadanie ma zawierać przynajmniej 500 słów. Myślę, że taka ilość jest idealna. W zależności od ilości zgłoszeń wybierzemy kilka najlepszych, które przejdą do drugiego etapu. Etap rozpoczyna się 28 stycznia, a kończy 8 lutego.
                                                              ETAP 2
Druga część, czyli ta rozstrzygająca. Tutaj także wybrani członkowie będą musieli się wykazać, pisząc kolejne opowiadanie. Może być to zarówno dokończenie poprzedniego, jak i zupełna nowość, również o odmiennej tematyce. Zasady jednak są takie same jak w części pierwszej. Tym razem podniesiona poprzeczka, bo minimalna ilość słów to 600. Pod koniec konkursu administratorzy wyłonią między sobą zwycięzcę, który otrzyma nagrodę główną, jednakże każdy wilk wygrywa! Etap trwa od 9 lutego do 20 dnia tego samego miesiąca.
                                                          NAGRODY
Czyli uwieńczenie naszego konkursu. Jak już wspomniałam, każdy członek watahy wygrywa. Jednak czas ustalić, o co walczymy.  Wilki, które nie dostaną się do etapu 2 mogą wybrać sobie przedmiot z Wilczego Rynku o wartości do 30 CW'ów. Wilki, które dotrą do etapu 2 mogą wybrać sobie rzecz bez ograniczeń walutowych. Czas teraz na wyczekiwane 1 miejsce! Wilk, który wygra nasz Wielki Konkurs Zimowy otrzyma za swoje trudy i wytrwanie awansowanie na najwyższe stanowisko w swojej dziedzinie! Mam więc nadzieję, że gra jest warta świeczki. Liczę na to, że przyjmiecie nowy projekt ciepło i z dużym zaangażowaniem. Wiem, że umiecie, że chcecie. Zróbmy to więc razem!

                                                                                                                                administrator
                                                                                                                    nacik1111@gmail.com


niedziela, 25 stycznia 2015

Od Noaha C.D. Sad'a

Szczenię kichnęło kilka razy, po czym raz jeszcze zniknęło w głębi nory.
Wyglądało na to, że malec był chory, a w tym wypadku ktoś powinien się nim zająć, i tym kimś zdecydowałem się być ja.
Z głębi nory wilczek odpowiedział cicho na moje słowa.
- Jestem Sad. - po czym ponownie wyjrzał z nory, posyłając mi niepewne i trochę przestraszone spojrzenie przygaśniętych od gorączki oczu. Przyciskał się do ziemi, jakby od tego zależało jego życie. Pewnie. Gdyby to był na przykład Shogain, o którym opowiedziała mi Rav, malec pewnie miałby się czego obawiać.
Z mojej strony nic mu jednak nie groziło. Nie umiałbym nawet porządnie skrzyczeć dziecka...
- Przysięgam, że nie zrobię ci żadnej krzywdy. - obiecałem, mając nadzieję na tyle zdobyć zaufanie Sada, żeby pozwolił sobie pomóc.
Chyba poskutkowało, bo leciutko się rozluźnił.

Sad?

sobota, 24 stycznia 2015

Od Jeff'a CD. Inés

 Kiedy wadera zorientowała się, że moje skrzydło znajduje się nie więcej niż 40 centymetrów nad jej grzbietem rozejrzała się nerwowo. Moje zachowanie widocznie jej nie za bardzo odpowiadało. Po chwili oceniania naszego położenia, odwróciła się w moją stronę z lekko rumianymi policzkami.
- Yhh.. nie trzeba. Nieopodal znajduje się moja jaskinia. Mogę zaproponować pobyt na czas deszczu?
- Czemu nie.. – odpowiedziałem, wpatrując się w krople spływające po źdźbłach trawy. – Masz jakieś konkretne plany co do mojej obecności u Ciebie? – dodałem półżartem, zerkając na nią zadziornie.
- Huh, oczywiście, że nie! – krzyknęła oburzona, po czym odwróciła się, aby zakryć czerwień, która oblała jej, jak dotąd biały, pyszczek.
Starałem się nie zaśmiać, lecz było to silniejsze ode mnie.
- Żar-żartowałem! – wydusiłem z siebie przez śmiech. – Nie śmiałbym tak na poważnie. – powiedziałem już bardziej opanowanym tonem, jednak nie miałem co liczyć na odpowiedź, lub choćby popatrzenie w moją stronę.
"Nie spotkałem jeszcze tak nieśmiałej istoty!" – przeszło mi przez myśl. Wędrowaliśmy w ciszy niecałe pięć minut, po czym wreszcie się odezwała.
- Jesteśmy na miejscu. – rzekła chłodno.
- Więc, na pewno chcesz, żebym wszedł? – zapytałem pokornie, nie chcąc znowu rozdrażnić wadery.
- Jasne, skoro już Cię zaprosiłam.. - zabrzmiało to lekko ironicznie.
- Oj daj spokój, królewno - "Co ja właściwie powiedziałem?" Spojrzała na mnie spode łba – dobrze, już się zamykam.

<Inés? Przepraszam, że tak długo nie pisałam ;_;>

Od Sad'a C.D. Noaha

Nie zdążył przemknąć niezauważony. Obcy wilk dostrzegł Sad'a i nie zignorował go. Drżąc z przerażenia i zimna, skulił się w najgłębszym, najbardziej oddalonym od wejścia końcu. Być może drapieżnik zniechęci się i odejdzie, decydując, że nie ma co się męczyć rozkopując ziemie. Widział łapy zbliżające się do niego, aż w końcu zatrzymały się. Zaraz opadło tam ciało, a pysk zbliżył się do kryjówki.
- Hej. Nie bój się... - powiedział łagodny głos, dodający otuchy, jednak szczenie nie uwierzyło w to. Nie ufało żadnemu wilku, nauczony doświadczeniem, że niektóre to naprawdę podstępne zwierzęta. A może lisy? Nie ważne, ważne, że słowa były takie same i gdy wyszedł i zaczął rozmawiać, ledwie umknął lśniącym zębom. Teraz nie zamierzał popełnić tego błędu, tak więc siedział cicho, jakby chciał przekonać tego dziwnego przybysza, że mu się przewidziało a w tej dziurze nie ma żadnego stworzenia. W końcu jednak ciekawość przezwyciężyła, a po kilku minutach wyłonił się biały pyszczek. Słońce oświetliło większość łba, odbijając się od wielkich, przerażonych, brązowych ślepi. Uszy ulegle przylegały do ciała, które leżało na podłożu. Ukazywał swą uległość, jakby krzyczał "nie krzywdź mnie!".
- Jestem Noah. - Znów rozbrzmiał ten miły głos, który wzbudził szczątkowe zaufanie u Sad'a. I nagle znów się skichał, dość mocno. Nie dość, sam się tego przeraził i ponownie zniknął w mroku, wycofując się. Biedak naprawdę był chory i wyglądał mizernie, choć był to pierwszy dzień choroby. Ospały, słaby, miał ciepły, suchy nos który oznaczał wysoką gorączkę oraz mało wyraziste oczy.
- Jestem Sad - wyszeptał drżącym głosem, by zaraz ponownie się lekko, niepewnie wychylić, ciągle mając pysk jak najbliżej ziemi. Nie chciał, by Noah źle odebrał jego zachowanie! Pewnie, że ten wilk nie uzna małego Sad'a za zagrożenie, ale może uznać, że kiedy wilczysko podrośnie będzie konkurencją, a teraz łatwiej się go pozbyć niż za takie dwa lata. O ile tyle dożyje.

Noah?

Od Noaha C.D. Sada

Trucht, przystanek, trucht, przystanek... Uszy ustawione wysoko do góry, w oczekiwaniu na jakikolwiek dźwięk zwiastujący obecność zwierzyny. Nos węszący nisko przy ziemi, szukający zapachów możliwego obiadu, wąsy wyczulone na najmniejsze drgnienia powietrza.
Każde polowanie było dla mnie swoistym treningiem.
Nagle wyczułem zmianę. Chwilę później na ziemi zobaczyłem świeżo odciśniętą jelenią racicę. Podążyłem za tropem, który dawał jasno do zrozumienia że nie był to jeden osobnik, ale całe stado.
Dostrzegłem ruch. Był jednak zbyt szybki, żeby był to jeleń. Dopiero po chwili zorientowałem się też, że nie był to żaden gryzoń ani ptak, tylko wilk. Białe szczenię.
Zdziwiony ruszyłem w kierunku, w którym czmychnął szczeniak. Nie pamiętam, żeby którakolwiek z wader zaszła w ciążę, więc raczej nie należało do watahy.
Położyłem się przed drzewem, pod którym była niewielka nora.
- Hej. Nie bój się... - powiedziałem z łagodnym uśmiechem, bojąc się że spłoszę szczenię. Lubiłem zajmować się dziećmi, a musiałem się wcześniej opiekować młodszym rodzeństwem, więc wiedziałem jak się z nimi obchodzić. W końcu prawie sam wychowałem Raven.
Po kilku minutach z norki wyjrzał biały pyszczek zwieńczony smutnymi brązowymi ślepkami. Szczenię mogło mieć najwyżej pięć miesięcy.
- Jestem Noah. - przedstawiłem się, nadal przyciśnięty do ziemi. Chciałem wiedzieć gdzie są rodzice malucha i czy potrzebuje jakiejś pomocy, ale powstrzymałem się przed zadawaniem jakichkolwiek pytań.


Sad?

Od Harrison

Szłam przez las wielkich drzew, pogwizdując sobie wesoło i raźno stawiając kroki. Dzień był taki piękny, słońce tak pięknie grały na pniach ogromnych drzew! Rozglądałam się za jakimś sympatycznym zwierzęciem, z którym mogłabym pogadać. Odrobinę nudziła mi się już samotność, więc ucieszyłabym się ze zwykłej myszy!
Kroczyłam wyraźnie oznaczoną ścieżką, wydeptaną przez dziesiątki łap. Ptaki śpiewały, coś buszowało w trawie, ale panował ogólny spokój. Bardzo podobało mi się to miejsce, ale po chwili stwierdziłam, że nie pogardziłabym jakąś otwartą przestrzenią. Rozmyślałam o tym, gdzie kończy się las, oraz o zapachu wielu wilków, przechodzących tędy. Nagle jednak moje rozmyślania zostały przerwane przez... Trzask. I jeszcze jeden! Zamarłam w bezruchu, oczekując ataku, który nie nastąpił. Zamiast niego przede mną stanął... Piękny jeleń.
- Oh! Witaj! - podbiegłam do niego. - Jestem Harris. Nie zrobię ci krzywdy, naprawdę.
Jeleń popatrzył na mnie, po czym westchnął.
- Kolejny wilk tego dnia! Jesteś druga, wiesz? Ten pierwszy był biały i jakiś taki... Dziecięcy - odparł.
Nastawiłam uszu z zainteresowaniem.
- Naprawdę? Jak to "dziecięcy"? - zapytałam, siadając.
- No... Szczeniak. Tak, to był szczeniak! - gorliwie pokiwał łbem. - Cały mokry, sam i chyba przeziębiony.
Przeziębiony? Sam? Mokry? Myśli przewijały mi się przez głowę, gdy upewniałam się, że dobrze zrozumiałam.
- Dziękuję za pomoc. Zaprowadzisz mnie do niego? Tylko poczekaj... - przymknęłam oczy, i wyczułam roślinę, która mogłaby pomóc w przeziębieniu. - Świetnie! To po drodze! Ruszajmy!
Zwierz skinął łbem, po czym odwrócił się i poprowadził mnie ścieżką.
***
Gdy nazrywałam już odpowiednie rośliny i mój kumpel jeleń zaprowadził mnie do miejsca, gdzie ostatnio widział szczeniaka, podziękowałam mu za pomoc, pożegnałam się i ruszyłam na poszukiwania.
Posłałam przed siebie myśli i niemal natychmiast wyczułam świadomość malucha. Poszłam w stronę jego kryjówki, a gdy tylko się zbliżyłam, zobaczyłam malutkiego szczeniaka, wciskającego się głębiej.
- Spokojnie, maleńki. Nie zrobię ci krzywdy. Chcę ci pomóc, wiesz? - powiedziałam cicho, uspakajającym głosem. - Jestem Harris, a ty?

                                                                      <Sad?>

Nowa wadera - Harrison!

Powitajmy gromko nową członkinię naszej społeczności! Cieszę się szczerze, że do nas dołączyłaś i zaufałaś naszym priorytetom. Obiecuję Ci, że się nie zawiedziesz. A teraz już - baw się dobrze!

http://fc08.deviantart.net/fs71/i/2012/109/c/5/m_i_l_i_by_azzai-d4wvx0b.jpg

Harrison 
Zielarka
autor: Sleepy Hollow

Od Nyanne

Dni mijały, a ona wciąż siedziałam w lecznicy. Co jakiś czas przychodziła Maemuki, by z nią posiedzieć i porozmawiać. Jedbak ona odpowiadała lakoniczniym 'tak' lub 'nie', ewentualnie 'może', nie zamierzając się otwierać.
Przysięgłam przed Jego mogiłą. Będę kochać tylko Jego.
Shogain jak się pojawił, tak znikł, a w lecznicy siedziała samotnie, czując się minimalnie lepiej. Bo chociaż chaotyczny wilk wyciągnął to, co przedtem w nią wepchał, jakieś czarne zaklęcie, to zakażenie nie ustawało. Rano i wieczorem przychodziła zaś Maddox, medyczka. Bez słowa zmieniała kroplówkę oraz opatrunek, podsuwała miskę jedzenia -którego nigdy nie zjadała- po czym wychodziła. Ot tak, bez słowa. Czasem jednak podchodziła doń, ruchem łapy nakazywała jej wyciągnąć przednią kończynę, po czym ludzką strzykawką aplikowała w jej krew antybiotyk. Więcej kontaktu brakło. Po cóż by jednak miała zwracać na resztę swiata, skoro prędzej czy później umrze?
[...] Każdego dnia jednak czuła się minimalnie lepiej. Codziennie nabierała odrobinę sił, a każdego dnia rana coraz mniej jej dokuczała.W końcu, dokładnie osiemnastego ranka jej pobytu w lecznicy, odwiedził ją ktoś. Tym ktosiem był nie kto inny, jak Alpha watahy- potężnie zbudowany acz równie zimny jak medyczka basior. W kilku słowach oznajmił jej, iż znajduje się na terenach Calme Loup, a także zaproponował jej członkowstwo. Zgodziła się. W głębi duszy przekonana była jednak że odejdzie za kilka dni... A poza tym zdecydowała się przyjąć posadę kucharza. Sama wówczas nie wiedziała, ile radości przyniesie jej ów zawód.
Co więcej, po uprzejmym pożegnaniu Alpha opuścił jaskinię, a pani medyk oznajmiła jej iż za dwa dni ma się stawić w celu kontroli. A co za tym idzie, uznała iż może już opuścić lecznicę.
- A mój łuk? Gdzie mój łuk?- spytała wówczas, siadając niezbyt elegancko na legowisku.
Maddox trwała chwilę w konsternacji, jakby zastanawiając się nad sensem tych słów, lecz po chwili przytaknęła cicho i wyszła za zaplecze. Po paru sekundach jednak wróciła, ściskając w jednej łapie moją torbę, a w drugiej ów łuk, kołczan ze strzałami i miecz.
Och. To przecież był Jego miecz.
Na tę myśl powstrzymała niechciane łzy, nie chcąc okazać słabości. Nie teraz, nie w tym miejscu. Toteż szybko się podniosła, a wziąwszy od wadery swój ekwipunek, czym prędzej opuściła pomieszczenie, rzucając na odchodnym ciche pożegnanie, nim tamta zauważy błyszczące w jej ślepiach łzy. Oddaliwszy się zaś kilkanaście metrów od swojego dotychczasowego miejsca pobytu, przerzuciła torbę wraz z łukiem przez ramię, podobnie jak broń, po czym pobiegła w kierunku lasu, by znaleźć sobie jakieś lokum. Wiedziała doskonale, iż musi je mieć, nie przystoi bowiem z niezagojoną raną wystawiać się przez całą dobę na różnorakie o tej porze roku warunki atmosferyczne. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko jakąś niezamieszkaną jaskinię posiąść w posiadanie.
Z tego więc powodu ruszyła tam, gdzie powiódł ją instynkt, gdzieś gdzie będzie brakło pozostałych członków watahy, a jednocześnie gdzieś, gdzie będzie można spotkać inne zwierzęta. Wędrowała więc po teranach watahy, omijając w cieniu wszystkie napotkane wilki, a także podziwiając z ponurym optymizmem ożywającą, wiosenną przyrodę. Niezwykle zaintrygował ją fakt istnienia znaków drogowych, wskazujących kierunek dojścia do konkretnego miejsca. Niby zwykła, wbita pionowo tyczka z przybitymi deskami o zawężonym, jednym końcu, z nazwami wypisanymi czarną farbą, a jednak tak pomocne i cenne! Posiłkując się więc ów znakami, zapoznała się z terytorium i ostatecznie skierowała się w stronę tajemniczych jej jeszcze Seresów. Sama nazwa brzmiała zachęcająco.
[...] Z zachwytem w oczach ujrzała przed sobą mikroskopijnych rozmiarów łączkę, z wszystkich stron osloniętą lasem. Jedynie z wschodu na zachód płynął bystry strumień, niosący ze sobą młody narybek. Bez wątpienia oznaczało to, iż jesienią nastąpi w tym miejscu droga na tarło, jaką odbywają łososie. Porośnięte trawą, porostami oraz kwiatami pobliże prezentowało się cudownie na tle porośniętej mchem oraz grzybami jaskini. Prowadziła do niej kładka nad strumykiem, po lewej jego stronie widniał kolejny drogowskaz. Nyanne podeszła do niego i ze zdumieniem zauważyła, iż z napisów umieszczonych na drewnie wynika, iż stykają się tutaj aż cztery różne miejsca; Seresy, Zakątek Ciszy, Łąka Zabawy oraz Deer. Tym większe było jej zadowolenie, kiedy odkryła w środku jaskini jedną, dużąc izbę oraz wykute w granitowej skale schodyh, prowadzące zarówno w górę, jak i w dół. Gdyby tego było mało, na 'parterze' znajdował się kominek. Zgodnie więc osądziwszy o stuprocentowej pewności iż nikt tu nie zamieszkał, postanowiła w ów miejscu osiąść.
Mijały potem dni i tygodnie, a ona na dobre już się zadomowiła w swym wilczym domku. W głównej izbie widniał stół, blat oraz krzesła, wszystko to wykonane z kamienia bądź drewna W dodatku znalazło się miejsce, by umieścić osłonitą od reszty pomieszczenia spiżarnię. Co więcej, kominek robił teraz również za piec. Na niegdyś pustym pięterku stało teraz wsparte na drewnianej ramie łóżko o materacu wypchanym suchą trawą, a przykryte różnorakimi, skórami i kocami. Pod ów łożem zaś stał kufer, w którym skrywała broń wraz z płaszczem swoim oraz Kiliego, jaki jej po nim pozostał, kolczą koszulą oraz szalikiem i ogniście czerwoną czapką znalezioną w lesie. Dolny poziom jaskini zaś służyl jej za pracownię i samotnię w jednym, od tak, misz masz tego, co nie pasowało gdzie indziej. Jakby było tego mało, w każdym z ów trzech pomieszczeń ulokowany został pokaźny regał z książkami oraz palenisko.
Brnęła przez zarośla, by wypaść na Łąkę Zabawy. Rana już prawie się zabliźniła, lecz pozostała po niej wąska szczelina. Sączyła się z ów szpary krew i osocze, przyprawiając ją o niesamowite bóle. Wszystko zaczęło się kilka dni temu, kiedy dostała napadu. Rana otworzyła się i od tamtej pory nie zamykała, co strasznie jej przeszkadzało. Kroczywszy wśród skapujacej na ziemię mżawki, poczuła nagle okrutny ból brzucha. Opadła ciężko na ziemię, zwijając się z bólu. Nim jednak zdążyła wezwać pomoc, straciła przytomność, moknąc w deszczu.

<Oliver?>

piątek, 23 stycznia 2015

Od Sad'a

Szczenie powłócząc nogami zmierzało przed siebie, bez wyznaczonego celu. Przez doliny, lasy, góry, szukając swej rodziny, powoli tracąc nadzieję. Gasła wraz z żarem w oczach, powoli robiąc z niego puste naczynie, nie posiadające duszy. Spał w ciasnych norach po lisach bądź większych gryzoniach, jadł to, czym pogardziły inne drapieżniki, pił ze strumieni, sam sobie opatrywał rany. Samodzielnością zdecydowanie mógł się pochwalić, choć marniał z każdym dniem. Właśnie dotarł do jakiegoś ładnego miejsca, w którym spokojnie mógł sobie odpocząć. Dość strome skały porośnięte mchem i trawami prowadziły do strumienia, spływającego w dół tych pięknych terenów. Zaczął powoli schodzić ze skał, niektóre przeskakując. Niestety, los nie był zbyt łaskawy, a woda podmyła niektóre kamienie czyniąc je śliskimi. Sad poślizgnął się i spadł, z głośnym chlupotem wpadając do strumienia. Wyskoczył z niego i wytrzepał się, obryzgując zimną wodą otoczenie. Upadek był dość fortunny i mimo obolałej łapy oraz łba nic mu nie było. Napił się, jednak wtedy usłyszał zmierzające w jego stronę wilki, które najwyraźniej nie miały dobrych zamiarów. A może miały, tylko mały Sad już był tak przewrażliwiony, że źle odebrał intencje zmierzających w jego stronę wilków? Na szczęście nie zobaczyły szczenięcia, które czmychnęło w najbliższe zarośla, kontynuując swą wędrówkę. Przebiegł przez łąkę, na której rosły brzozy i ruszył dalej, do lasu który wydawał mu się bezpieczniejszy od otwartej przestrzeni. Szkoda, że nie wiedział nic o Lusenie, do której właśnie wkroczył. Mroczne drzewa od razu przeraziły go, sprawiając, że miał wielką ochotę powrócić na wesołe tereny. Nie mógł jednak, musiał odnaleźć swą rodzinę a cofając się niczego nie zastanie. Tak więc powoli kroczył, skulony ze strachu, przez tajemniczy las. Z niewiadomych przyczyn drzewa od dołu świeciły. Zaciekawiony wsadził nos pod jeden z nich, ale zaraz tego pożałował. Poczuł, jak coś łapie go za nos i rozciąga! Przed oczami przemknęło mu parę małych stworzeń i zaraz zaczęły go ciągnąć za uszy i ogon. Z jego gardła wydobył się głośny pisk. Sad wziął nogi za pas, uciekając gdzie pieprz rośnie, byle tylko uwolnić się od tych dziwnych stworzeń. Udało mu się, a przynajmniej tak przypuszczał gdy biegł po starym moście. Po raz kolejny dziś noga mu się osunęła, a szczenię wylądowało w lodowatej wodzie. Gdyby tego było mało, uderzył się w głowę i zemdlał.
Kiedy się obudził, nie był już w zimnej, głębokiej wodzie a płytkim strumieniu. To zupełnie inne miejsce, niż to, w którym się znajdował wcześniej. Tym razem drzewa nie były chude, młode i ciemne, tylko ogromne, tak grube, że pięć minut by musiał obiegać jedno, wysokie pięły się aż do słońca. Powoli wstał, otrzepując się i nagle... kich! I jeszcze raz! I jeszcze! Skichał się niewiarygodnie. Widocznie kiedy pływał w tej wodzie przeziębił się. Naprawdę źle się czuł, wszystko go bolało, było mu przeraźliwie zimno i ciągle kichał. Nie wyglądało to dobrze, nie ma co. W dodatku bardzo burczało mu w brzuchu, który domagał się choćby najmniejszej porcji jedzenia. Powoli szedł wzdłuż strumienia, ciągle wypatrując jak by tu się wspiąć na ten wielki, stworzony przez naturę most, który biegł nad jego głową. Nagle zobaczył na nim wielkiego jelenia, który powoli szedł sobie po nim. W wilczka wstąpiła nadzieja, że być może jedna osoba tutaj będzie mu przyjazna.
- Prze pana! - krzyknęło wilczysko, jednak jeleń nie odpowiedział. Jedynie zatrzymał się i spojrzał w dół, ale zaraz ruszył dalej. - Prze pana! Proszę poczekać! - krzyczał rozpaczliwie. Nagle znalazł wejście na pomost i od razu na nie wskoczył, pędząc za jeleniem. Ten nadal nie odpowiadał, ale Sad poczuł się w jego pobliżu bezpiecznie. Te wielkie kopyta wydawały się w stanie go obronić, tak samo jak poroże. Czy ktokolwiek zaatakuje szczenie w obecności takiego towarzysza?
- Gdzie pan idzie? - spytał zaciekawiony, już u jego boku. Jeleń tylko spojrzał na niego i dalej prowadził w nieznaną stronę. - B-bo ja się zgubiłem.
Cisza. W końcu Sad spuścił głowę i w milczeniu szedł przy jeleniu. Było mu milej w obecności kogoś tak dumnego i majestatycznego. Trudno stwierdzić, ile tak szli. Być może godzinę a być może dzień. W tym lesie nie było widać upływających pór dnia, gałęzie zasłaniały słońce i niebo. Tak więc wilczek obserwował jedynie ptaki latające nad jego pięknym porożem. Po jakimś czasie, wyszli z lasu. Jeleń zatrzymał się na krańcu, pokiwał łbem i zawrócił. Sad przypatrywał mu się zszokowany.
- Mam iść sam? - zdziwił się Sad, ale po chwili pokiwał głową - Dziękuję! - krzyknął jeszcze do jelenia. Przebrnął przez jakąś dziwną łąkę i wkroczył na inny, również zalesiony teren. Tym razem drzewa były normalnej wielkości, a sam wydawał się przyjaznym miejscem. Tak więc szczenie podążało lasem, ale znów musiały przerwać mu kroki. Schował się szybko w jakiejś norze, jednak niepewny czy przypadkiem nie został zauważony.

(Ktoś?)

czwartek, 22 stycznia 2015

Od Nathana C.D Yaenn

- Oczywiście, że nie.- szepnął. Ostrożnym spojrzeniem obrzucił parę rosłych krasnoludów. Właśnie sprzeczali się o coś. Nie wiedział co było przedmiotem sporu i nie obchodziło go to zbytnio.- A więc prowadź.- zwrócił się ponownie do wadery.
Mrugnęła do niego porozumiewawczo i powoli, z brzuchem przy ziemi zniknęła w gęstwinie. Naśladując Ją również zniknął.
Sunęli tak przed siebie powoli, lecz miarowo, nie zatrzymywali się. Co jakiś czas Yaenn odwracała się za siebie, by upewnić się, że nikt nie podąża ich śladem. On tymczasem „skanował” teren używając zmysłu. Wsłuchiwał się w drgania ziemi, a gdy był już pewien, że są w bezpiecznej odległości od krasnoludów złapał Ją za ramię. Poczuł jak przez żyły wadery przebiega dreszcz zaskoczenia.
- Spokojnie.- powiedział z pełnym opanowaniem, jednak ton jego głosu był cichy.- Możemy iść normalnie. Nikogo nie ma w pobliżu.
- Jesteś pewien?- zapytała szeptem.
Jedynie skinął głową, co najwyraźniej Jej wystarczyło. Wyprostowała się i rozejrzała dookoła. On nasłuchiwał, na wypadek gdyby napastnicy zbliżyli się na tyle blisko by ich zauważyć, a co gorsza wyrządzić krzywdę.
- Już niedaleko.- rzuciła krótko i ruszyła biegiem. Dogonił ją.
~*~
- Chodź tutaj!- Yaenn wołała półgłosem do Nathana. Był kilka półek skalnych niżej od niej i stale doszukiwał się nowych impulsów w drganiu skał. Musieli bardziej uważać odkąd wyszli z lasu. Wtedy wyczuł grupkę nowych przeciwników zaledwie 500 metrów od nich. Było ich czterech, wszyscy uzbrojeni po zęby. Spojrzał na Nią, po czym wykonał kilka zgrabnych susów. Teraz znajdował się obok niej.
- Są blisko.- powiedział.- Musimy szybko znaleźć kryjówkę. W przeciwnym razie może zrobić się nieprzyjemnie.
- Patrz.- łapą wskazała na niewielki ubytek w skale. Prawdopodobnie było to wejście do pieczary.
Skinął głową. Kilka skoków i byli na miejscu. Prześliznęli się przez szczelinę. Ich oczom ukazała się jaskinia trochę większa niż Nate przypuszczał. Uśmiechnął się więc do siebie. I zeskoczył ze skałki niżej, by lepiej przyjrzeć się nowej lokacji. Było całkiem przytulnie. W sam raz.
- Co jeśli nas wytropią?- zapytała. Jej głos barwił lekki niepokój.
- Nie sądzę.- odparł w pełni spokoju.- Mówiłaś, że są zbyt niezgrabni by się tu dostać.
- Nie można jednak tego wykluczyć.- wadera również zeskoczyła ze skałki i podeszła do basiora.- Jeśli się tu dostaną to wąskie przejście na pewno nie będzie stanowić dla nich problemu.- wskazała na szczelinę, przez którą do jaskini wpływały ostatnie promienie zachodzącego słońca.
- Zaufaj mi, Yaenn.- rzucił i uderzył łapą w ziemię chyba najmocniej jak umiał. Dobiegł do nich dźwięk pękających kamieni. Trzaskiem spadały uderzając przy okazji w najróżniejsze przeszkody. Usłyszeli również kilka krasno ludzkich przekleństw.- Po prostu mi zaufaj.
Uderzywszy w ziemię wilk sprawił, że jedyna droga, którą można byłoby dostać się do ich kryjówki, została zniszczona.
- A jak masz zamiar się stąd wydostać?- zapytała, jakby trochę rozgniewana.
- Mówiłem, zaufaj mi.- uśmiechnął się doń tajemniczo.- Nie wiem, jak Ty, ale ja chcę się tu trochę rozejrzeć.
- To tylko jedno pomieszczenie. Raczej nie ma tu nic ciekawego.- mruknął obracając się wokół własnej osi.
- Tylko dla niewprawnego oka.- rzucił niewinnym tonem i uśmiechnął się figlarnie. Zarejestrował jedynie obrażone oblicze wadery zanim zniknął w otworzonym przez siebie przejściu. 
Szedł teraz wąskim tunelem. Podziwiał błękitne kryształy, które rozświetlały ciemności i wskazywały drogę. Uwielbiał ten kolor, dlatego na pamiątkę ułamał fragment błyszczącego kryształu i schował.
Ścieżka kończyła się wpadając do wielkiej sali wykutej w ścianie. „Wiedziałem, że coś tu będzie”- pomyślał. Jej wysoki strop rozświetlały te same kryształy co w tunelu, tyle że te tutaj były zdecydowanie większe i jaśniejsze. W centrum pomieszczenia stało podwyższenie, a na nim księga. Bardzo stara księga. Postanowił podejść bliżej. Zorientował się, że podwyższenie otacza krąg. Zdobiły go setki, a nawet tysiące niewielkich run, które widział już kiedyś i które potrafił odczytać. Jednak tekst zapisany w kręgu był bardzo zawiły. Musiałby siedzieć tu całymi godzinami, by zrozumieć o co chodzi. Jego niezwykła ciekawość nie pozwalała mu zostawić tego miejsca.
- „Kto zazna wiedzy, ten zazna smutku”- zacytował słowa siostry na głos.- Yaenn… Powinna to zobaczyć.

                                                                 <Yaenn?>

środa, 21 stycznia 2015

Od Browna C.D Maemuki

Spojrzałem na nią, lekko zdumiony. Dość nieudolnie starała się udawać pogodę ducha i zakryć jakąś kartkę... 
- Przechodziłem obok i stwierdziłem, że zajdę. A co? - machnąłem ogonem obojętnie. 
- Eee nic. Tylko tak pytam - odparła i uśmiechnęła się do mnie. 
Przez chwilę zastanawiałem się, co teraz powiedzieć... Cóż, jakoś tak się zamyśliłem i zapomniałem swojej "kwestii".
- Hm... Dasz się wyciągnąć na spacer? - zapytałem, przypomniawszy sobie. Nagle coś gdzieś ryknęło, a ja zamarłem, tak samo moja przyjaciółka. Chyba mogłem uznać, że się zaprzyjaźniliśmy, prawda? Znałem ją już dostatecznie długo, razem przybyliśmy do watahy...tak, to się już chyba zalicza do przyjaźni.
Nie miałem czasu, by dokładniej to rozkminiać, ponieważ coś mówiło mi, że powinienem coś z tym ryczącym czymś zrobić.
Nic nie mówiąc i nie sprawdzając nawet, czy Mae idzie za mną, pognałem w kierunku dziwnych odgłosów. Po chwili stałem już pyskiem w pysk ze smokiem. Biorąc pod uwagę, jakiego hałasu narobił, podejrzewałbym, że to wielka bestia. Ale gdzie tam! Był młody, ale pisklęciem bym go nie nazwał. Wyglądał na w pełni dojrzałego i wyrosłego osobnika - miał barwy maskujące, więc na tle drzew trudno byłoby go dostrzec. Tyle, że nie był na takowym tle, a na kamieniu. 

Po chwili dojrzałem, że więzi go pułapka. A ryczy, ponieważ metalowe łańcuchy oplatały jego łapy i wżynały się w skórę. 
~Hej, nie zrobię Ci krzywdy. Chcę Ci pomóc, mogę? - zapytałem.
- Daruj sobie umysłowe sztuczki, tylko mi pomóż! - krzyknął na głos smok i ryknął głośno. Aż ziemia zadrżała! 
- Dobra, ale się nie ruszaj! - ostrzegłem, i przyzwałem moc natury. Trawa wystrzeliła w górę i zaczęła dobierać się do zawiasów przy okowach stworzenia. Męczyłem się z tym chwilę, a gdy już się udało, smok westchnął z zadowoleniem.
- Dzięki. Jestem Melchior - przedstawił się, a ja odparłem:
- Brown. Nie ma za co. Gdzie mieszkasz?
- Właściwie... To nigdzie - zmarkotniał. - A może bym mógł u ciebie!
- W sumie... Czemu nie? - uśmiechnąłem się.

                                                 <Mae? Napisz coś o Melchiorze :3>

Od Noah C.D. Ally

Podpłynąłem do wadery, która spojrzała na mnie pytająco.
Z szerokim uśmiechem, chlusnąłem w jej kierunku wodą, przed którą uskoczyła w ostatnim momencie.
- Ej! Ja się tutaj suszę! - fuknęła.
- Ale i tak nadal jesteś mokra. - odpowiedziałem logicznie. Posłała mi spojrzenia pt. "serio?" - A właśnie. Sorry, ale nie przypominam, sobie twojego imienia... - zacząłem. Wywróciła oczami.
- Nawet o nie nie pytałeś, tylko usiłowałeś mnie utopić. - odpowiedziała.
Przycisnąłem uszy do czaszki i posłałem jej spojrzenie zbitego szczeniaczka.
- Przepraszam, teraz mi je zdradzisz..? - poprosiłem.
- Ally. - powiedziała z uśmiechem - A twoje imię..?
- Nie powiem. - wytknąłem język w jej kierunku, po czym zanurkowałem do tyłu.
Widząc jednak jej niezadowolone spojrzenie, wyskoczyłem z wody, otrzepałem się i potruchtałem w jej kierunku, wyżynając swoją chustkę.
- OK, OK... - usiadłem obok niej z chytrym uśmieszkiem i się przedstawiłem - Jestem Noah. - po czym spytałem - Co tak właściwie robisz w Lusenie..?

Ally? Przepraszam, że tak późno ;-; (i krótko)

wtorek, 20 stycznia 2015

Od Inés CD. Jeff'a


Niby zapowiadało się na nic nie znaczącą, szybką rozmowę z obcym mi basiorem, a jednak skończyło się na ciekawym i rzeczywistym oprowadzaniu po terenach Calme Loup. Przypomniałam sobie dzięki temu te pierwsze dni tutaj. Przypomniałam sobie ten towarzyszący mi smutek, ten ból. Tą świadomość, że nie masz już dla kogo istnieć, że jesteś nikim.
Teraz jednak moje życie stało się inne, co prawda nadal wydawało mi się, iż nie mam tu przyjaciół, czy nawet kolegów, ale mogę powiedzieć, że mam rodzinę. Watahę, która zawsze wspomoże w trudnych chwilach, doradzi, naprowadzi na właściwą drogę.
Wracając myślami do oprowadzania przypomniałam sobie, że nie jestem tu sama i że mam ‘misje’ do spełnienia. W końcu słowo się rzekło.
Ruszyłam tam, gdzie tylko pomyślałam,że znajdę coś ciekawego, pięknego, zaskakującego. Opowiadając o tych miejscach ponownie przypominałam sobie te dni, kiedy to ja je poznawałam, kiedy ja jednak byłam zdana sama na siebie. Mówiąc o historii co niektórych miejsc zdałam sobie sprawę, że nigdy poważnie o nich nie myślałam… a powinnam, ponieważ to co o nich mówiłam, mi samej dało dużo do zrozumienia.
Zanim zdążyłam przedstawić basiorowi chociaż połowy terenów Calme Loup, niebo zrobiło się szare a po chwili padać zaczął deszcz. Duże, zimne krople spadające z nieba nie były spełnieniem marzeń, aczkolwiek były nawet całkiem ciekawą zmianą kierunku wydarzeń. W końcu ile można patrzeć na słońce. W dawniejszych dniach padał on tylko w nocy, ewentualnie wcześnie rano…
Moje przemyślenia na temat sączącej się z nieba wody przerwał nagły jej brak na moim grzbiecie. Obejrzałam się i zobaczyłam jak basior zasłania moje ciało jednym z pary wielkich, czarnych jak on sam skrzydeł. Lekko zarumieniona rozejrzałam się na około, aby rozpoznać gdzie jesteśmy w tym momencie. Na całe szczęście znajdowaliśmy się zaledwie kilkadziesiąt metrów od mojej jaskini.
- Yhh… nie trzeba. – zaczęłam cicho. – Nieopodal znajduje się moja jaskinia. Mogę zaproponować pobyt na czas deszczu?

<Jeff?>

Od Jeff'a C.D. Inés

Jak zwykle przechadzałem się po czyimś terenie. Zawsze chodzę tam, gdzie mnie nogi poniosą, a tym razem przywiodły mnie do pięknego miejsca wśród krzewów, malowanych w żywej zieleni, pośród których znajdowało się nieduże jezioro. Wyglądało uroczo otoczone przez żółte kaczeńce, wdzierające się gdzie niegdzie do wody.
Przez chwilę podziwiałem widok, ukryty w zaroślach, aż postanowiłem podejść bliżej wodopoju. W tym samym czasie zdołałem zauważyć, iż nie jestem sam, gdyż za wysoką trzciną stała młoda wadera. Nie obeszło mnie to i szedłem dalej w stronę wody. Musiała mnie dostrzec, bo już po chwili usłyszałem:
- Pomóc w czymś?
- Tak myślałem, że zapytasz – powiedziałem czarującym tonem, na co ta prychnęła – Więc jak mniemam, należysz do tutejszej watahy?
- Owszem – w jej głosie można było wyczuć lekką nieśmiałość i obojętność.
- Opowiedz mi trochę o niej – na moją prośbę odpowiedziała kiwnięciem głowy i ruszyła, dając mi znak, abym szedł za nią.
Wadera opisywała wszystkie miejsca, które aktualnie mijaliśmy. Zdawało się jakby dokładnie znała każdy, pojedynczy kamień na naszej drodze. Z początku myślałem, że jest mało rozmowna, lecz kiedy niemal jak poetka mówiła o otaczających nas terenach, czułem, że nawet gdybym zamknął oczy, dzięki jej opowieściom mógłbym w wyobraźni widzieć wszystko co było wokół mnie.
Pochłonięty słuchaniem, nawet nie zauważyłem, kiedy zebrały się nad nami ciemne chmury i zaczęło padać. Jako dobrze wychowany przez życie wilk, nie mogłem pozwolić, aby moja towarzyszka chroniła się przed kroplami deszczu na własną rękę. W myślach wypowiedziałem zaklęcie i rozwinąłem skrzydła, osłaniając nimi waderę.

<Inés?>

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Od Inés

Kolejne ciche, nudne, nic nie znaczące dni zaczęły oblegać moje życie w całości. Chwilowy brak obowiązków oraz brak żywej duszy przy boku zaczął bardzo dawać mi się we znaki. Lecz co ja mogłam na to poradzić? Bez pardonu podchodzić do pierwszej lepszej niewinnej osóbki i palnąć coś w stylu
‘Hej! Zostaniemy przyjaciółmi?’? 
Pokazywałoby  to zwyczajny brak kultury z mojej strony.
Niestety moje życie nie należało do tych najprostszych, wręcz przeciwnie. Nie mało trzeba było się namęczyć, żeby coś osiągnąć, czegoś się nauczyć, kogoś poznać.  A co gorsza, teraz przychodzi mi to jeszcze ciężej niż za dawnych lat.
Dwie drogi. Tylko tyle potrafiłam sobie wyobrazić, te drogi wskazujące co się ze mną stanie, jak skończę swój, marny dotychczas żywot. Pierwsza pokazanie się w towarzystwie z lepszej strony i nauczenie się komunikacji z płcią przeciwną, co było moją słabą stroną… Druga zaś odpuszczenie sobie, przystania do samotnego, nudnego życia, pogodzenie się z faktem dokonanym, czyli umieraniem powoli, w samotności.

***

Kolejny spokojny dzień? Oczywiście, moje życie w końcu opiera się tylko na takich. Kilka tak zwanych przełamań polegało zaledwie na spotkaniu z dwóch poczciwych osóbek o miłych usposobieniu, krótkiej rozmowie i podążeniu w swoją stronę. W moich historiach nigdy nie odbyło się miłe zakończenie w postaci  ‘[…] I żyli długo i szczęśliwie.[…]’. Nie ta bajka. Nie ta księżniczka.
Poranny spacer? Kolejna codzienna codzienność, na którą byłam poniekąd skazana do końca życia. Tym razem jednak moje łapy poprowadziły mnie w nieznane dotąd miejsce. Wyglądało niespotykanie, jednak pięknie i niezwykle. Niechętnie, z powodu braku humoru, poniosło mnie nad pobliski wodopój. Nachyliwszy się usłyszałam ledwie dosłyszalny szelest, który jednak nie spłoszył mnie na tyle, by wykonać w tym momencie jakikolwiek ruch w ów stronę.
Kątem oka ujrzałam po swej lewej stronie kruczo-czarnego osobnika wolno stąpającego po zielonej trawie mokrej od porannego deszczu. Zauważył mnie już dawno, jednak nie dawał tego po sobie poznać. Postanowiłam nie pozostać dłużna.
- Pomóc w czymś? – na moim pysku pojawił się ledwie dostrzegalny chytry z lekka uśmieszek.

<Jeff?>

niedziela, 18 stycznia 2015

Od Nyanne C.D. Shōgaina

Pyszczek wadery pokraśniał wściekłością. Czemuż to trafiła na tak okrutnie nienormalne wilki? Czy nie może już umrzeć i mieć to wszystko za sobą?
Syknęła nagle, kurcząc się wpół. Rana zapulsowała niespodziewanie, przyprawiając ją o chwilowe zaćmienie umysłu. Zamknęła oczy, warcząc cicho. Kiedy przyłożyła doń łapę, poczuła lepką krew. Zakrzepy i strupy widać pękły. Lecz coś się stało, coś strasznego. Przed oczyma jej pojaśniało, w całym ciele rozlała się fala niewyobrażalnego bólu, w umyśle rozbrzmiał odgłos konającego jelenia, a łapy gwałtownie zacisnęły się na krawędzi legowiska. Jak przez mgłę usłyszała krzyki wilków nie rozumiejących nagłą napaścią bólu ze strony Nyanne. Kiedy jej wycieńczone ciało ogarnęły konwulsje, natomiast gardło zacisnęło się gwałtownie, poczuła jak ktoś ją przytrzymuje.
- To padaczka!- krzyknął niewyraźny cień.
- Nie, zakażenie!- zaprzeczył inny głos. Nagle chora wytrzeszczyła oczy i wrzasnęła, czując jakby coś przegryzało jej gardło. Ktoś teraz w tej okolicy polował, a jego ofiara pod postacią dorodnego jelenia umierała. Kiedy oddalone od nich zwierzę umarło, wrzasnęła ponownie, chwytając się drżącą nadmiernie łapą za ranę.
- Wyciągnijcie to ze mnie!- było to jej pierwsze od dawna wycie, które powtórzyło się za parę chwil. I jeszcze raz, jeszcze, jeszcze i jeszcze... albowiem Shōgain poszedł do niej, a położywszy jej na czole prawą łapę, zaczął wymawiać dziwne i skomplikowane formułki. Szarpnęło nią, raz, drugi i trzeci, organizm ogarnęła niemoc i przeogromny, paraliżujący wszystko ból. Wykrzyknęła Jego imię, po czym straciła przytomność, z pyskiem w łzach, kiedy przed oczyma stanął jej obraz ukochanego w pełnej zbroi, gotowy na bitwę.
[...] Obudziła się, nie mogąc się poruszyć. Mianowicie cała była tak obolała, iż każdy, najmniejszy nawet ruch sprawiał iż miała ochotę się rozpłakać. Poczuła iż rana wciąż jest niezagojona, przykryta świeżym opatrunkiem. Toteż wciąż zamroczona po długim śnie, przesunęła oczyma po pomieszczeniu. Był środek nocy, a prócz niej w lecznicy znajdowała się tylko śnieżnobiała wilczyca, w chwili obecnej zmieniająca jej kroplówkę. Kiedy skończyła, przysunęła się do Nyanne i spojrzała na nią przelotnie. Wzrok miała zimny i obojętny, ale widać skrupulatnie przyglądała się swojej pacjentce. Ta z kolei zdobyła się na to, by wykrztusić z siebie ciche pytanie:
- Co się stało?

<Maddox?>

Od Yaenn C.D. Nathana

Szacunek dla wspomnień, zarówno swoich jak i czyichś, był jedną z podstawowych wartości, jakie chciała posiadać w życiu. Jak najbardziej w jej sercu gnieździło się coś takiego, lecz nierzadko porównując swoje przeżycia do doświadczeń innych wymagała od drugiego wilka większego współczucia oraz szacunku, niż sama raczyła darzyć jego obrazy z dawnych lat. Był to pewien wrodzony akt egoizmu, którego nie potrafiła wyleczyć.
- Wszystko w porządku? - spytała z całą powagą oraz pewnością, przerywając dość nieprzyjemną ciszę. Skinął jej w odpowiedzi głową, co ona skwitowała subtelnym, niewidocznym wręcz uśmiechem.- W takim razie prowadź. Odrobina świeżego powietrza jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Była nieco skrępowana zaistniałą sytuacją i, prawdę mówiąc, niezbyt wiedziała jak ma się teraz zachowywać. Oboje mieli za sobą dość trudne przeżycia, lecz także oboje potrafili się z nimi pogodzić i jakoś znosić je w głuchej ciszy oraz cierpieniu. Pewien impuls tkwiący głęboko w niej chciał, żeby mu pomogła, aczkolwiek nie podpowiedział jak.
Wymieniając się spostrzeżeniami na temat pogody, swojego aktualnego samopoczucia oraz wszystkiego innego co przyszło im na myśl spędzili całkiem przyjemne trzy godziny. Yaenn najbardziej radował fakt, iż nie musiała spędzać wolnego czasu sama, znalazłszy sobie odpowiednie towarzystwo.
Spokojną, kulturalną dyskusję przerwał niespodziewany trzask w zaroślach nieopodal. Ciche pomruki, jakby głosy, niskie, gardłowe i chłodne, zmieszały się z szelestem liści, poruszanych wieczornym wiatrem. Wadera nie czekała na reakcję Nathana, lecz natychmiast pociągnęła go za sobą w mrok. Przylgnąwszy gładko do ziemi okoliła to, co roztaczało się przed nią wzrokiem, po czym zajęła się obserwacją tajemniczego, rozłożystego krzaka. Nagle wszystko stało się jasne...
W ostatnich ciepłych promieniach słońca błysnęło doskonale wyszlifowane ostrze topora, zdolne do zadania śmiertelnego ciosu w ciągu jednej sekundy. Spośród zieleni wyłoniły się dwie przysadziste postacie z długimi brodami zaplecionymi w warkocze i oczami przepełnionymi rządzą mordu.
- To krasnoludy - szepnęła najciszej jak potrafiła, choć nie widziała powodu by informować basiora. Sam był najwyraźniej wystarczająco obeznany w kwestii istot zagrażających wilczemu życiu, kryjąc się przy pniu potężnego dębu.
- Nie uda nam się teraz wydostać, zagrodzili drogę - stwierdził spokojnie.
- Zawsze możemy iść lasem, ale...
- To wymagałoby ponownego zagłębienia się w góry, a z tego co mi wiadomo tam możemy spotykać znacznie więcej takich delikwentów - przerwał jej stanowczo. Głosy obojga drżały - strach zaczynał zjadać ich od środka, czego niestety nie dało się zamaskować.
- Góry są naszą jedyną szansą, jeśli nie chcemy skończyć w łapskach tych ludzi - wskazała pyskiem dwóch wojowników szukających nowej kryjówki do zastawienia pułapki. - Znam je, wiem jak możemy się ukryć. Pełno tam jaskiń, część z nich jest niezamieszkana, a krasnoludy są zbyt głośne i nieporadne, żeby dostać się do poniektórych skalnych półek. Spędzenie jednej nocy w obcej grocie chyba nie jest aż takie złe, prawda?

<Nathan?>

Od Chaos C.D Shōgaina

Zaśmiałam się cicho.
- Wiedz, że nie byłeś najgorszym wilkiem w moim życiu.
- Kto nim był? - zapytał.
- Idziemy. - powiedziałam. Nie miałam nawet najmniejszej chęci wspominać o mojej siostrze.
- No ale kto? - 'I dlaczego głupia to mówiłam?!'
- Idziemy. Wstawaj. No chyba, że nie możesz... W tedy sama wybiorę się na polowanie. - Basior ruszył w stronę wyjścia jaskini. Uśmiechnęłam się. Przygotowałam się do biegu.

- Ej... Oszukujesz! Nie można latać! - jęknęłam. Właśnie toczyłam mały wyścig z Shōgainem.
- Nie można używać magii! - zaśmiał się. Spojżałam za siebie. W miejscach gdzie stawiałam łapy wyrastały zielone kryształy.
- Efekt uboczny posiadanie żywiołu magii! - krzyknęłam. Gdy dotarliśmy Szumiącego Lasumoją pierwszą reakcją było wytłumaczenie się.
- Podczas silnych emocji które przeżywam z miejsc gdzie stawiam łapy wyrastają kryształy.

<Shōgain? Przebacz długie nie pisanie i długość opka :/ >

Od Shōgaina C.D Chaos

Odpowiedź mnie zszokowała.
- Trzy dni?! Jakim cudem?!
- Mówili, że to efekt wyczerpania... - wadera była nieco zdezorientowana moim zachowaniem. Ale nie wiedziała tego, co ja. 
Chaos coraz bardziej mnie wyniszcza. Mam coraz mniej sił, kiedyś w końcu spadną do zera. A dzieje się to niezwykle prędko.
- Coś się stało? - Chaos, lekko zaniepokojona moim zachowaniem spytała, chyba z grzeczności.
- Nie. - otrząsnąłem się z osłupienia i rozłożyłem skrzydła, aby je otrzepać. Odebrała to jako zły sygnał.
- I teraz tak po prostu sobie odlecisz?
- Nie. - złożyłem skrzydła. - Dotaszczyłas mnie tutaj sama?
- Mhm.
- Dzięki. Może jakieś polowanie na zgodę? Chyba nie byłem zbyt miły...


<Chaos?>

Od Shōgaina C.D Racen & Nyanne

- Nie chce zostać uleczona, bo domaga się wytłumaczenia. - popatrzyłem chłodno na Raven i opanowałem łzy. Nie powinny mnie widzieć w takim stanie. Gestem łapy odgoniłem fioletową waderę, która zrobiła dla mnie miejsce przy Nyanne.
- Nie jestem pewien, czy chcesz to usłyszeć Mae.
- Nie krępuj się, mów.
- Dobrze. Zatem Nyanne wytłumaczę ci wszystko, a ty Raven możesz słuchać, ale jeśli szepniecie komuś chociaż słówko o tym, co tu zaszło, to przysięgam, że was rozszarpię. - miałem tak stanowczą i poważną minę, a moje oczy aż świeciły stanowczością, że chyba zrozumiały, iż nie żartuję. - Urodziłem się w Hadesie, a moja matka zaraz po narodzinach mnie porzuciła. Nie zrobiła tego, bo mnie nie kochała. Miała skomplikowaną sytuację z władcą podziemi, wciągnął ją, kiedy była w zaawansowanej ciąży ze mną, i z ojcem do Hadesu. Chyba pożądał mojej matki, bo ojca natychmiast wysłał na Pola Kary. Ale Enyo, nasza matka, miała wybór.
- Dlaczego mówisz "nasza"? - spytała z wyraźną trudnością Nyanne.
- Mae jest moją siostrą.
- Jak to? - tym razem zdziwiła się Raven. Zdenerwowałem się nieco.
- Dajcie mi dokończyć, do cholery jasnej! Nasza matka miała wybór: pozostać w Hadesie, a mnie wysłać do świata żywych lub odwrotnie. Na tamtym świecie została Mae, ponieważ kiedy Hades nas porywał, ona bawiła się głęboko w lesie. Jak można się spodziewać, matka wolała wychować choć jedno z nas, niż dać obojgu zginąć.
- Ale moja rodzina nigdy mnie nie odnalazła...
- Otóż to. Władca podziemi był przebiegły i zaaranżował moje wpadnięcie do Lete. Przez przypadek zachłysnąłem się jej wodą, tak pełną chaosu, że sam po części się nim stałem. I to pozwoliło mi wrócić na powierzchnię. A nasi rodzice zostali na Polach Kary, z tego co mi wiadomo. Tyle.
- No dobrze... A co z córką? - czyli jednak pamiętała. Miałem nadzieję, że nie będę musiał o tym wspominać...
- Związałem się z wilczycą, która przeszła przez Hadesa to, co nasza matka. Z tym, że ona wolała wysłać naszą córkę na ziemię. Podziemne krainy również ją napełniły chaosem, którego ona za nic nie chciała się pozbyć. W ten sposób zmarła, z cuchnącą nieładem rana po rogu jelenia. Ty też masz wybór.

<Nyanne?>

Od Maemuki C.D Browna

Pamiętam, jak bezsilna leżałam na śniegu. Mały, rubinowy punkcik, pulsujący ostatkiem życia, marznący, otoczony przez wilki. Zatapiały we mnie swe kły, szarpały moje ubrania, wgniatały mnie w śnieg, czerwony od mojej krwi. Osłaniały mnie przed najmniejszą cząstką ciepła, jakie dawało mi słońce. lód połyskiwał na ich kryzach, tak obfitych i majestatycznych.
Oddechy drapieżników przybierały zmatowiałe kształty, które natychmiast zawisały w mroźnym powietrzu. Zapach ich sierści, piżmowy i ziemisty, przywodził mi na myśl mokrego psa i woń palonych liści; był zarazem przyjemny i przerażający.
Z każdą chwilą ich pyski były coraz bliżej pulsujących krwią żył na mojej szyi.
Mogłam krzyczeć, lecz nie krzyczałam. Mogłam walczyć, mogłam je przepędzić, lecz tego nie zrobiłam. Po prostu leżałam, wpatrzona w intrygujące oczy tych stworzeń. Nie byłam w stanie zrobić choćby najmniejszego ruchu, pozwalałam, by robiły to, co robią.
Coraz więcej agresji.
Coraz więcej bólu.
Coraz więcej strachu.
A później przyjdzie spokój.
Myślałam tylko o jednym. Z całych sił, wytężając swój umysł, próbowałam przypomnieć sobie, jakie to uczucie, gdy człowiekowi jest ciepło.
Potem wilki jeszcze bardziej zacieśniły krąg. Podeszły zbyt blisko. Dusiłam się, nie mogłam złapać oddechu. Coś zdawało się trzepotać i wyrywać z mojej piersi.
Nie było światła, nie było słońca. Umierałam. Nie byłam w stanie przywołać do siebie obrazu błękitnego nieba.
Lecz nie umarłam. Dryfowałam, zagubiona w morzu zimna, by powrócić nagle do świata, odrodzić się w świecie ciepła.
Powstać w innym ciele.
Stałam się wilkiem, zdolnym do niemożliwych rzeczy. Zmienił się odbiór świata, moje postrzeganie go. Byłam silniejsza, zwinniejsza.
Już nie byłam sobą.
To mój początek, początek końca.
Nie wiem, co będzie dalej.
***
Pisałam opowieść, która tak bardzo oddawała moje, uczucia, moje życie. Łzy spływały z moich futrzastych policzków, gdzieniegdzie rozmazując słowa. Czułam, że to, co piszę, naprawdę się zdarzyło, że jest moją historią. Coś mnie z tym łączyło.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk kopniętego kamyczka, który odbił się od ściany jaskini, aby zaraz zastygnąć bez ruchu. Błyskawicznie odwróciłam głowę w tamtą stronę i moim oczom ukazał się Brown we własnej osobie. Odruchowo zakryłam moje dzieło.
- Co tu robisz, Ciastku? - uśmiechnęłam się, próbując ukryć fakt, iż płakałam.

<Brown?>

Od Maddox C.D Olivera

Przestraszona wadera obrzuciła wzrokiem miejsce, w którym właśnie się znalazła. Ciemne skały zdawały napierać się na nią z każdej możliwej strony, wytwarzając niemożliwe do wytrzymania napięcie. Ciepło wytwarzane przez górę wcale jej się nie podobało. To nie było to samo przyjemne uczucie, które wiąże się ze słodkim odpoczynkiem w słońcu. Gorąc bijący z samego serca Cave odstraszał Maddox, powodował nieustanne napięcie mięśni. Nie czuła się tutaj pewnie, a im realniejsze było odczucie ciepła, tym większy strach przed tym, co je wytwarzało.
- Nie, nie, nie... - mruknęła cicho, raczej do siebie aniżeli do basiora. Niczym prawdziwa desperatka podbiegła do miejska, w którym powinny znajdować się drzwi, otwór do rzeczywistego świata, przejście zatrzaśnięte przed jej wilgotnym nosem. Cóż, niecałą minutę temu, tędy wpadało świeże powietrze i muzyka polnych śpiewaków.
- Musimy się stąd wydostać. - dodała nieco pewniejszym tonem. Nie była dobra w wydawaniu rozkazów, czy podejmowaniu decyzji. Podniosła łapę i szczegółowo badała miejsce sklepienia dwóch skał. Nie dostrzegła żadnej przerwy. Owym miejscem musiały władać potężne czary, a zwykła wadera pokroju Mad nie miała szans ich złamać.
- Jedyna droga prowadzi przez Cave, nie możemy się cofnąć. - Oliver pokręcił łbem ze zrezygnowaniem. Nie przewidział takiego obrotu spraw, nie miał przecież złych intencji! To, że wilczyca wylądowała razem z nim, nie było jego winą, a już na pewno tego nie zaplanował. Gdyby mógł, cofnąłby czas i ostrzegł Maddox, poinstruowałby ją, stanęłaby parę kroków dalej i być może nigdy więcej nie zobaczyłaby basiora. Nie mniej, wolał przeżywać podobne przygody samotnie.
- Oliverze, jeśli sądzisz, że mam zamiar się poddać, mylisz się. - medyczka odwróciła się w stronę towarzysza. - Nie czujesz tego? - głową wykonała ruch, który miał okiełznać całą jaskinię. Wiedziała, że on ją zrozumie.
- Czuję, doskonale. Być może nawet lepiej niż ty, aczkolwiek to nie jest zagrożenie. - wzruszył jedynie ramionami, niezbyt przejęty. Według niego irracjonalny strach Mad był zupełnie zbędny.
- Więc co? Cieplutka oaza spokoju w samym środku piekła? - warknęła oschle. Była niemiła, umiała być prawdziwie nieznośna. Jeśli tak dalej miało pójść, wszyscy obecni na sali powinni współczuć basiorowi. Zawsze istniała jakaś szansa na to, że umie obronić się i pokonać napastniczkę.
- Skoro i tak tutaj jesteśmy, chyba warto sprawdzić, prawda? - poprawił pakunek umiejscowiony na plecach, tak aby nie zawadzał w marszu. Wszyscy pod wpływem silnych emocji, w tym przypadku paraliżującej bezradności, nie myślą zbyt logicznie. Oczywiście, Oliver miał rację.
- Wybacz. - Maddox zamrugała kilkakrotnie, wzięła głęboki oddech, a do jej płuc dostało się powietrze przesycone odorem siarki. Smród zgniłych jaj unosił się w całej jaskini, tak jak jasna mgła pełzająca parę centymetrów nad ziemią. - Może zaczniemy jeszcze raz?
- Och, Mad! - zaśmiał się perliście basior. - Nie spodziewałem się ciebie tutaj! Właśnie wybieram się w niebezpieczną podróż, która prawdopodobnie zakończy się zgonem lub kontuzją, zechcesz uczynić mi ten zaszczyt i mi towarzyszyć? - na usta wpełzł zawadiacki uśmieszek. Wyginał policzki i zdołał sięgnąć jeszcze wyżej. Niestety nie dotarł do błyszczących oczu.
- To na pewno będzie nieziemskie przeżycie, chętnie. - jej głos się nie załamał, co już było jakimś tam sukcesem. Przynajmniej w jej odczuciu.
Oboje ruszyli przed siebie. Wadera nie chciała zawadzać, więc po prostu szła w ślad za przewodnikiem. Milczeli, a korytarz, którym się przemieszczali z każdym krokiem robił się coraz większy. Ziemia stopniowo zmieniała się w litą skałę, a następnie w czarny niczym obsydian żwir. Kamienie przypominały odłamki szkła, raniły niemiłosiernie delikatne opuszki Mad, powodując zgrzytanie zębami. To była jedyna oznaka słabości, na jaką sobie pozwoliła. Teren dookoła zaczął się obniżać, a lodowe oczy wilczycy zdołały w końcu dostrzec wyżłobienia w skałach. Coś wytwarzało światło. Znaleźli się w ogromnej jaskini, sami nie wiedzieli, czy takowa nie pomieściłaby trzykrotnie terenów Calme Loup. Prezentowała się okazale. Ze swojej pozycji ani Maddox ani Oliver nie widzieli jej drugiego końca. W górze szybowały czerwone obłoki, tak jakby były to chmury z krwi. Po ich lewej stronie rozciągał się krajobraz upstrzony wzniesieniami, znalazłyby się ze dwa łańcuchy górskie. Po prawej natomiast, ziemia wyglądała jakby ktoś uciął ją w trakcie. Pionową kaskadą opadała w dół, przepaść była ogromna. Ich uszu docierał ryk bystrej rzeki.
- Założę się, że woda nie jest zdatna do picia. - mruknęła cicho medyczka.
- O ile to w ogóle jest woda. - przewodnik wziął głębszy oddech. - Dlatego pójdziemy tam.

<Oliverze? c:>

sobota, 17 stycznia 2015

Aye! Wyjaśnienia.

Witajcie moi drodzy!
Wiem, wiem. Nie było mnie znowu kilka dni, nie wstawiałam opowiadań, formularzy i tak dalej. A dlaczego? Bo nie miałam czasu. Pragnę niektórym przypomnieć, iż jestem tylko człowiekiem, takim samym jak Wy, mam swoje własne obowiązki i szkołę. Doszły do mnie słuchy, że niektórym osobom nie podoba się, iż na howrse, czy bloga nie wchodziłam bodajże od 11 stycznia. Tutaj się niestety biedaczyska mylą, bo na blogu bywałam codziennie z innego, mobilnego, źródła. Dlaczego jednak nie na komputerze? Bo nie miałam czasu. Z dniem 19 stycznia rozpoczyna się w mojej szkole nowy semestr, tak więc musiałam nieco nadgonić z ocenami i się pouczyć. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy, to jest, dlaczego pewne osoby mają z tym problem. Nie wiem, czy nie zdają sobie sprawy, iż na blogu jest jeszcze trzech adminów, którzy również zajmują się blogiem. Im także można przesłać formularz, opowiadanie, czy pytać o cokolwiek, bowiem posiadają taką samą wiedzę, jak ja. Doszły mnie również słuchy, iż niektórzy sądzą, że Calme Loup upadnie jak wcześniejszy blog, tutaj Orphan World. Ja, jako administrator główny, udowodnię, że nie. Nawet, jeżeli ludzie zaczną być nieaktywni, a na blogu pozostaną tylko najwierniejsze osoby, to i tak będzie sukces watahy.
Pragnę przeprosić tylko tych, którzy wspierali mnie, martwili się o to, co ze mną się dzieje, byli wierni watasze i nie spisywali mnie, czy bloga na straty. Mogłabym te osoby wymieniać, ale jestem pewna, że każdy, o którym pomyślałam, jest tego w pełni świadomy.
Z innych informacji mam do przekazania, że bal się odbędzie, losować osoby do wywiadu właśnie idę, a gazetkę już za niedługo zaczynam montować. Chciałabym od każdego z członków, zarówno administracji, jak i pozostałych, otrzymać informację na temat tego ogłoszenia, czy to w komentarzu pod postem (należy podpisać się imieniem wilka), czy na prywatnej wiadomości na howrse. Takie o, Wasze, obiektywne, bądź subiektywne (jeżeli ktoś nie rozumie tych słów odsyłam do wikipedii) przemyślenia, wnioski, skargi i tym podobne. To tyle z ogłoszeń parafialnych! Do zobaczenia.
administrator główny
une.subercaseux@gmail.com

Nowi członkowie - Sad & Jeff!

Mam zaszczyt powitać kolejnych członków watahy! Mam nadzieję, że zostaniecie tutaj na długo, będziecie się razem z Nami wyśmienicie bawić i spędzicie miłe chwile na blogu. Powodzenia!
Sad
Przyszłe stanowisko: Na razie brak.
autor: Pinciak

Jeff
Magik
autor: olciaxdebest2

środa, 14 stycznia 2015

Od Nathana C.D Yaenn

- Można, można... Oczywiście.- odparł nieco nieobecnym tonem. Jego myśli kłębiły się wokół osoby Yaenn i Jej historii. Dobrze wiedział, że w porównaniu z Nią, jego przeszłość była bajką. Oczywiście nie licząc pożaru, którego wspomnienie tak bardzo go prześladuje. Kto wie? Może gdy opowie komuś o nim poczuje się lepiej?
- Więc?- aksamitny głos wadery wyrwał go z głębokich przemyśleń. Nathan drgnął gwałtownie, a jego myśli były już całkiem "trzeźwe".
- Więc pochodzę z całkiem przyjemnej watahy, a właściwie pochodziłem. Mój dom padł ofiarą płomieni gdy miałem niespełna rok. Nie licząc tej tragedii to nie miałem na co narzekać. No może na brak rówieśników do zabawy. Ale teraz, gdy o tym myślę brak przyjaciół wydaje się sprawą tak błahą.- zaśmiał się kręcąc łbem. Jego wzrok utkwiony był w żywo płynącej wodzie, której szum miał bardzo kojące właściwości. Odetchnął głęboko, po czym kontynuował.- Potem włóczyłem się po świecie jedynie z kompasem za przewodnika, aż trafiłem na te tereny. Dalszy ciąg tej historii już znasz.- zakończył. Wstał i podszedł do wody. Pociągnął spory łyk i odwrócił się s powrotem do wadery.- Czasem zastanawiam się czy moja siostra i mama jeszcze żyją.- dodał.
- Nie szukałeś ich nigdy?- zdziwiła się.
- Nie.- odpowiedział spokojnie.- Masz może ochotę na spacer?- zaproponował zupełnie odbiegając od tematu. Mylił się myśląc, że opowieść o jego życiu poprawi nieco jego "wewnętrzny" nastrój. Jedyne co udało mu się wywalczyć, to powrót niemiłych wspomnień. Chciał jak najszybciej zakończyć temat przeszłości. Co było minęło. Nie warto tego rozpamiętywać.
Napotkał jedynie poważne spojrzenie bystrych, czekoladowych oczu wadery.

                                         
         <Yaenn? Wybacz, że tak krótko>

wtorek, 13 stycznia 2015

Od Austina C.D. Ally

Oh nie… Sprawiłem, że płakała. Doprowadziłem do tego, przed czym chciałem ją uchronić. Negatywne uczucia. Uciekła. A ja niepotrzebnie jeszcze ją próbowałem przed tym powstrzymać. Przecież to bez sensu! Ona mi tego nigdy nie wybaczy! Jestem tchórzem. Tchórzem i idiotą. Prawdopodobnie ją straciłem. Zamierzałem teraz sterczeć tak jak słup soli i patrzeć, jak wilczyca, do której należy moje serce odbiega, ale… nie potrafiłem. Nie umiałem pogrążyć się w zadumie i zrozumieć jej postępowania. Choć miała rację. I to w stu procentach. Łapy same poprowadziły mnie naprzód. Za nią. Niestety… kiedy dopiero się ocknąłem i zrozumiałem, że nie poddam się tak łatwo i to bez walki – ona już zniknęła z mego pola widzenia. Na szczęście był jeszcze mój wspaniały – skromnie mówiąc – węch i równie niezawodny instynkt. Biegłem jak najszybciej potrafiłem. Byle tylko jej nie stracić. Nie mogłem dopuścić do tego, by uważała mnie za bałwana. Dlatego ją ścigałem. Choć to może głupio wyglądać. Ale mnie po prostu na niej bardzo zależało. Kiedy woń wadery zaczęła stawać się coraz silniejsza, zwolniłem znacznie i przeszedłem do spokojnego – aczkolwiek żwawego – marszu. Podłoże wkrótce zmieniło się z trawiastego i błotnistego na kamienne. Moje pazury odbijało się cicho od niego. Rozejrzałem się z zamiarem odnalezienia wzrokiem swojego celu. Ale nigdzie jej nie było. Chciałem się wycofać z myślą, iż mój najwspanialszy węch wywiódł mnie w pole, kiedy dostrzegłem w cieniu jamy stojącej obok ogniście pomarańczowe ślepia. W samą porę. Bo ich właściciel – albo raczej właścicielka, jak się po chwili okazało – rzucił się na mnie. W pysku dzierżyła miecz. Jego ostrze błysnęło w słońcu. Sylwetka wilczycy mignęła mi przed oczami i już po chwili spostrzegłem ją nade mną. W idealnym – i prawdopodobnie ostatnim – momencie zdołałem ją odepchnąć tylnymi łapami. Przewróciła się; uderzyła o ziemię dość mocno. Z jej pyska wyleciała broń. Chyba miała zamiar po nią sięgnąć i kontynuować atak, jednakże unieruchomiłem jej drobne ciałko, przyciskając mocno przednimi łapami do zimnego kamiennego podłoża. Szarpała się, wierciła; jednym słowem: próbowała wyrwać z mojego żelaznego uścisku. Ale odniosła niepowodzenie. Nie trzymałem jej z własnych potrzeb. Jedynie dla jej własnego dobra. No dobrze, może częściowo też dla swojego! Hej, laska miała ostre pazury i całkiem twarde kły. Wolałem nie ryzykować. Poza tym… w gniewie bywała nieobliczalna. Wypuściłem ją dopiero w momencie, kiedy się uspokoiła. Nerwy chyba jej przeszły. Kiedy tylko poczuła, że już jej nie trzymam – poderwała się z ziemi i odsunęła na kilka kroków. W międzyczasie zgarnęła z ziemi swój miecz i schowała go z powrotem do pochwy. Usiadła. Głowę spuściła, a ogon podwinęła. Chyba było jej głupio. Nie mogłem zostawić jej w takim czarnym humorze. Schyliłem się w dół, na tyle mocno, by moja głowa znalazła się pod jej łebkiem, i popatrzyłem w górę. Nasze spojrzenia się spotkały, co poskutkowało szerokim uśmiechem na moim pysku. Oczywiście jak zwykle był on ździebko głupkowaty. Delikatnie złączyłem nasze nosy, na co ona zareagowała rumieńcem. Kochałem to robić. To jest sprawiać, że się rumieniła. Tak uroczo wtedy wyglądała. Póki co wolałem milczeć. By nie powiedzieć czegoś głupiego i nie schrzanić wszystkiego, tak jak to miałem w zwyczaju.
– Tęskniłam – usłyszałem jej cichutki głosik, gdy wyszeptała to jedno słowo. To jedynie poszerzyło mój uśmiech. Myślałem, że mi tego nie wybaczy. Zwłaszcza po tym, gdy odtrąciła moją łapę, kiedy chciałem w lesie otrzeć jej pojedynczą łzę z pyszczka.
Powoli się wyprostowałem, jednak wciąż utrzymywałem nasze noski w połączeniu. Patrzyliśmy sobie w oczy. Nareszcie. Nareszcie dostrzegłem na jej mordce chociaż sam cień uśmiechu! Nie była smutna! Udało mi się! Misja wykonana. Odchyliłem się lekko, by po chwili wtulić się w jej ciepłą sierść. Położyłem łeb na karku Ally i zaciągnąłem się zapachem jej kremowego futerka. Jak zwykle leśny, cudowny… Miałem ochotę pozostać przy niej na wieki. Nie opuszczać jej nawet na krok. Ale to raczej było dość… niemożliwe.
– Ja także za tobą tęskniłem, Als – szepnąłem do jej ucha. A właściwie to wymruczałem. Tak wiele chciałem jej powiedzieć, tak wiele chciałem pokazać, tak wiele chciałem móc zrobić… lecz było za wcześnie. Lub za późno. To i to równocześnie. Dość nietypowo. Zamierzałem w najbliższym czasie postarać się o jej łapę. Zostać jej drugą połówką. By nie musieć się martwić i nie być już tak chorobliwie zazdrosnym o każdą jej nową znajomość z różnymi basiorami. Skręcało mnie, gdy rozmawiała z jakimś nieznanym mi samcem. Flirtowali z nią, bo była śliczna. Ale zamierzałem walczyć o jej serce. – Przepraszam cię strasznie, jeszcze raz, gdybym wiedział, że… – odchyliłem się lekko, spoglądając w jej piękne oczy. Jednak nie dane mi było skończyć. Jej drobna łapa powędrowała na mój pysk. Uciszyła mnie krótkim i delikatnym gestem. Uśmiechnąłem się, czemu towarzyszył także chichot; nie tylko z mojej strony, ale także i jej. – Może… dasz się zaprosić na krótki spacerek? Hmpf, jaki tam krótki! Kogo ja próbuję oszukać! Na bardzo długi spacer, we dwoje. Sami… Niedługo zajdzie słońce. A z miejsca nazywanego tutaj Mystic Waterfall można podziwiać to zjawisko. – zaproponowałem. Chciałem choć częściowo nadrobić ten stracony czas, gdy mnie przy niej nie było.
– Właściwie… czemu nie. – uśmiechnęła się nieco szerzej niż dotychczas. Nadal utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy. Byliśmy bardzo blisko. Nie chodzi mi tu o relację, bo jej nie znałem. Dla mnie mogła być pierwsza i najważniejsza, natomiast ja u niej mogłem równie dobrze zajmować jedno z najniższych miejsc w rankingu „tych lubianych”. Choć – jeżeli mam być szczery – miałem dziwne wrażenie, że jej także zależy na mnie równie mocno, co mnie na niej.
Kiwnąłem lekko głową w stronę wyjścia i odwróciłem się w jego stronę. Powoli podreptaliśmy przed siebie, w pierwszej kolejności opuszczając grotę, która prawdopodobnie należała do niej. Nie byłem tego pewien, aczkolwiek tak podpowiadał mi rozum. Logiczne. No chyba, że schowała się w cudzej jamie. Ale to nie w jej stylu. Zbytnio by się wstydziła. A potem dręczyłyby ją wyrzuty sumienia. Tak działała Ally. Na miejsce dotarliśmy po niespełna pięciu minutach, co wielce mnie zdziwiło. Najwyraźniej jej jaskinia była osadzona bardzo blisko Mystic Watefall. Cóż, ale przynajmniej się nie spóźniliśmy. Usiedliśmy równocześnie – jak zsynchronizowani, ha! – pod dość sporym drzewem, przypominającym wiśniowe. Różowiutkie płatki strącał na ziemię wiatr. Kilka z nich zatańczyło nad naszymi głowami, gdy zatrzymaliśmy się przy krańcu niewielkiego spadu. Spoglądaliśmy w stronę łuny, jaką pozostawiało po sobie słońce. Za nami szumiała woda z niewielkiego wodospadu. Miejsce naprawdę było tajemnicze i pełne magii, a równocześnie niesłychanie romantyczne. Ostatnie promienie podświetlały jej kremowe futerko, a brązowe wzory na sierści mojej przyjaciółki zmieniły chwilowo barwę na bordową. Śniegu już nie było. Coraz bardziej odczuwało się nadchodzące lato. Ah, te gorące dni… Latem ja i Ally się poznaliśmy. Dlatego też z tego względu tak kochałem tę porę roku. Po kilku minutach życiodajna gwiazda zniknęła za linią horyzontu i wokół momentalnie zapanował mrok. Niebo było bezchmurne, więc widzieliśmy wyraźnie wszystkie gwiazdy. Jakby ktoś sypnął brokatem po granatowej kartce. Dostrzegłem wśród tych drobnych ogromny ogon spadającej. Widziałem, że moja towarzyszka także ją spostrzegła. Na jej pyszczku pojawił się nikły uśmiech, kiedy delikatnie ułożyłem swoją łapę na jej, znacznie mniejszej i drobniejszej od mojej.
– Pomyśl życzenie. – szepnąłem jej prosto do ucha, chichocząc pod nosem. A kiedy drgnęła z zimna, bo na noc zazwyczaj temperatura nieco się obniżała to zbliżyłem się do niej znacznie. Naszych ciał nie dzieliła już żadna przestrzeń. Czułem, jak wadera opiera głowę o moje ramię i wzdycha cicho. Z uśmiechem co jakiś czas patrzyłem na nią. Przymknęła na moment oczy. Chyba myślała nad swoim życzeniem. Otworzyła je. W jej pięknych ślepiach odbijało się gwieździste niebo. A ja głupi myślałem, że piękniejszych oczu mieć nie może. Teraz wiem, że kolejny raz się pomyliłem.

<Ally? Romantyk Austin!>

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Od Corrin C.D Gustave'a

Z opowieści Gustave'a nie zapamiętała nic, dosłownie nic. Czarna pustka wirująca w jej głowie pozostała po tych wszystkich Jego słowach. Nie chodziło tu o to, że mówił monotonnie, bez zmiany twarzy. Nie chodziło też o to, że nie interesowała ją Jego przeszłość, w żadnym wypadku. O co w takim razie chodziło? Zapamiętała bowiem jedną (ale za to jak cenną!) informację. Gustave miał w swej przeszłości dzieci i 2 żony. Brzmiało to jak nieśmieszny żart, czy groźbę za straszne winy. A jednak tak było naprawdę. Basior, którego darzyła tak silnym uczuciem, był już związany z inną i to dwukrotnie. Wadera poczuła, że nogi ma jak z waty. Przystanęła na chwilę, musząc sobie przypominać o czynności życiowej jaką jest oddychanie. Znaczyło to, że jej wybranek, ten który całował ją jeszcze przed chwilą, miał siebie zarezerwowanego już dwukrotnie, przez waderę której Corrin nawet nie znała. Rozumiała, że może i już nic ich nie łączy, może On nie darzy ich już pozytywnymi uczuciami. Jednakże sam fakt, że przed nią była inna i jeszcze kolejna, była jak nóż w plecy. Oczywiście, nie chciała nic mówić, by pokazać swój smutek. Mogła się właściwie tego spodziewać. Taki basior jak On na pewno nie mógłby skończyć bez żadnej wadery u boku przez tyle lat. Ruszyła powolnie, drżąc lekko. Nie chciała by basior cokolwiek sobie pomyślał. Wyrównała w końcu swój krok z Jego wielkimi łapami, które tak cudnie tuliły ją rankiem. Musieli zabawnie razem wyglądać. On wielki, niczym lew czy niedźwiedź, ona zaś krucha i skulona na kształt jagniątka. Mógłby ją zgnieść gdyby chciał, mógłby ją powalić jednym ruchem. Nie miała żadnej sposobności do obrony przed Nim, mogła tylko się chronić. Czy znaczyło to więc, że stanowił dla niej zagrożenie? Nie, stanowczo Corrin nie chciała myśleć w ten sposób. Była Jego, oddała Mu się w pełni. Ale nie dlatego, by się Go bać, ale by wzajemnie pieczętować z Nim ich wzajemne uczucia. Nadal nie mogła wierzyć, że ktoś taki jak On mógł wybrać sobie ją za wybrankę. Podejrzewała, że nawet gdyby ją tolerował, byłoby to dla niej nie lada zaskoczeniem. Tymczasem On przerósł jej najśmielsze oczekiwania swoim zachowaniem wobec jej osoby. Zabawne, jakie niespodzianki płata życie. Trzeba było jednak przyznać, że Corrin swoją przeszłością mogła sobie zasłużyć choć na trochę szczęścia. Ba, trochę. Gustave był dla niej wręcz przysłowiową definicją tego cudownego uczucia. Spojrzała na Niego ukradkiem, tylko na małą chwilkę, by przekonać się, że nadal przy niej idzie, dotrzymuje kroku. Zapewne męczył się, dostosowując do jej, bądź co bądź, powolnego tępa. Nie miała jednak najmniejszego zamiaru kroku przyspieszać. Chciała przedłużyć każdą chwilę z Nim spędzoną, zatracić się we wszystkich otaczających ich odgłosach. Z błogością w myślach używała liczby mnogiej. "My, Gustave i ja, ja i Gustave" zdawała się śpiewać jej dusza. Nagle basior przystanął, co zmusiło ją do siadu na drodze. Spojrzał w jej oczy w zamyśleniu. Można by nawet stwierdzić, że zawirował w Jego oczach smutek. Podeszła do Niego powolnie, widząc tą nagłą zmianę. Powstrzymała cudem bardzo kuszącą chęć pogłaskania Go po policzku po stwierdzeniu, ze jest to nie na miejscu. Postanowiła nie wnikać w dręczące basiora myśli, tylko zacząć swą wypowiedź, by odwrócić uwagę Gustave'a od markotnych myśli.
- Fakt faktem winnam Ci teraz się zwierzyć z mojej historii. Tego zapewne każdy by ode mnie oczekiwał. Nie licz jednak na to, że, będzie to historyjka wesoła. Właściwe, drogi Panie, to nawet nie wiem czy mówiłam to komukolwiek. Zacznijmy od mojej młodości w takim razie...- przymknęła oczy w zamyśleniu, jakby chcąc przywołać wspomnienia. Prawdą było, że przypływały do niej same, jakby nie do zapomnienia - Urodziłam się w jakiejś małej watasze, dopiero zaczynającej istnieć. Moi, fm, rodzice pozostawiali sobie dużo do życzenia, że tak to ujmę - westchnęła cicho - Nic dziwnego więc, że po niedługim czasie rozbiegliśmy się z rodzeństwem na cztery strony świata. Dosłownie, bo akurat mi przypadł zachód. Spotkałam wtedy Terref''a, basiora mi przeznaczonego. Przynajmniej tak wtedy myślałam. Ten jednak w dzień naszego ożenku... - poczuła, że głos jej się łamię i szybko wtuliła się w ciepłe futro Gustave'a. Nie chciała tak łatwo płakać, ale jednak karty przeszłości ją do tego zmuszały. Pociągnęła tylko nosem, lecz kontynuowała - po prostu może spójrz na mój ogon - westchnęła, pokazując wybrakowaną cześć jej ciała - Byłam więziona, torturowana, właściwie to byłam martwa. Nie odzywałam się do nikogo, wsłuchiwałam się w codzienne płacze i krzyki. Jednak to ja pierwsza uciekłam. Nie pytaj ile piłowałam kraty w okiennicy, nawet nie liczyłam tych dni. Widzisz, Gustave... tak właściwie to wszystko. Brzmi jednak jak jakaś głupia, okrutna historia wyssana z palca. Wierz mi, chciałabym, żeby tak było.- zaszlochała gorzko, wtulając się w Niego mocniej. Czuła się przy Nim tak bezpieczna, jakby już nic nie miało przerwać jej szczęścia i błogiego stanu ducha. Był dla niej lekiem na każdą chorobę, ukojeniem zmysłów. Jednakże teraz nawet On całym sobą nie mógł oddać jej tych straconych czterech lat bólu. Nawet gdyby pragnął tego całym sercem i tak nie byłby w stanie odwołać wszystkich jej błędów na drodze życiowej. Jedyne, co mogła w tym momencie zrobić, to zagłębić się w Jego grubym futrze i słuchać miarowego bicia Jego serca. Nie chciała wychodzić na słabą, myślała, że jest w stanie przeprowadzić tę historię na poziomie. Najwidoczniej jednak los dla niej chciał inaczej, jakby pokazując jej, na czym są stworzone jej fundamenty, jej podpora życiowa. Mówiąc to wszystko w takim skrócie, nie dopatrzyła się jakiegokolwiek pozytywnego aspektu, przebłysku nadziei. Jak miała pozwolić sobie na zapomnienie, stracenie tych wszystkich fragmentów? Nie sądziła, że znajdzie na to sposób tak łatwo. Jak na razie mogła jedynie zwracać swoją uwagę na nowy rozdział w jej dość brutalnej biografii. Na czymś, co mogłoby ujarzmić jej lęki, strachy i obawy. Tu o dziwo nie wystarczyło samo uczucie między nią a Gustave'em, potrzebowała o wiele więcej. Czy można ją było nazwać zachłanną w takim przypadku? Usprawiedliwiała się w myślach tym, ze przecież oddaje ze czcią to, co ma teraz i docenia wszystkie pozytywy nowego życia. Mogła płakać, owszem. Mogła również krzyczeć. Ona jednak była już silna. Te wszystkie noce samotności, przepełnione koszmarami mogła zaliczyć do przeszłości. Czas leczy rany? Nie, to wręcz rasowe głupstwo. Czas nie leczy ran, leczył je Gustave. Miała zresztą szczerą nadzieję, że w Jego przypadku jest vice versa.

                                                              <Gustave?>

Od Ally C.D. Austina

Nic nie mówiłam. Nic nie robiłam. O niczym nie myślałam; tylko o jednym – o nim. Patrzyłam w jego oczy, widziałam w nich coś niesamowitego; coś czego jeszcze nie widziałam. Jedyne czego teraz pragnęłam, to wtulić się w jego blond futro. Tylko czemu to było takie trudne. Austin wpatrzony we mnie, oczekiwał odpowiedzi, że cokolwiek powiem. A ja? Stałam jak słup. Nie potrafiłam nic z siebie wydusić. Nie miałam pojęcia co powinnam powiedzieć, co powinnam zrobić. Nie wiedziałam co w ogóle czuje. Tak bardzo mi na nim zależy, więc czemu jest mi tak trudno mu wybaczyć?
Spuściłam wzrok. Byle tylko nie napotkać jego spojrzenia. Oddychałam coraz ciężej. Przełknęłam ślinę. Uciekać? Skłamać? Powiedzieć prawdę? Otworzyłam pysk chcąc coś powiedzieć, lecz szybko zrezygnowałam… Popatrzyłam na niego, a po pyszczku spłynęła mi łza.
- Ally… - wyszeptał chcą ją otrzeć, lecz odtrąciłam jego łapę.
Spuściłam ponownie wzrok. Napięłam mięśnie, gotowa stchórzyć i uciec. Wysunęłam jedną z łap. Chciałam już się obrócić i dać nogę, lecz złapał mnie za łapę tym samym zatrzymując mnie. Spojrzałam na niego przelotnie po czym wyrwałam się z jego uścisku. Uciekłam. Zachowałam się jak ostatni tchórz. Biegłam na ile było mnie stać. Tym razem nie zatrzymałam się. Parę metrów przed jaskinią delikatnie zwolniłam tempa. Zdyszana siedziałam w bezruchu. Byłam… Wściekła! Nic nie potrafiłam zrobić! Nic nie potrafiłam mu powiedzieć! Jedynie nakrzyczeć na niego, a potem stchórzyć! Czemu… CZEMU?! Wyjęłam miecz z pochwy. Był srebrny, z perłowo-złotą rękojeścią. Na jego ostrzu, wykute były dwa węże wijące się wokół siebie. Spojrzałam na niego. Zacisnęłam go w uścisku. Chciałam dać upust swojej złości. Miałam ochotę rozwalić wszystko co znajdowało się w zasięgu kilku metrów. Już zamachnęłam się by zadać pierwszy cios, gdy usłyszałam czyjś stukot pazurów o kamień. Schowałam się w progu jaskini tuż obok wejścia. W kryjówce nie było nic widać, prócz moich ognistych ślepi. Gotowa do ataku czekałam na ofiarę. Zamarła cisza. Delikatny stukot się nasilał, aż w końcu zauważyłam wilczy cień. W mgnieniu oka ujawniłam się z ukrycia i rzuciłam na osobnika. Niestety był najwyraźniej gotów na mój atak, bo w chwili mojego naskoku odrzucił mnie tylnymi łapami. Miecz wypadł mnie z pyska, i poleciał w głąb jaskini, a ja zostałam unieruchomiona prze wilka. Zaczęłam się szarpać i wiercić, by tylko się uwolnić. W końcu się poddałam przekonana, że nie mam szans. Spojrzałam na niego.
- Austin… - pomyślałam
Gdy basior zszedł ze mnie tym samym mnie uwalniając; odeszłam parę kroków i usiadłam. Spuściłam łeb i podkuliłam ogon. Podszedł do mnie. Zniżył się i popatrzył do góry - prosto w moje oczy, a nasze noski delikatnie się zetknęły. Uśmiechnęłam się delikatnie czerwieniąc, a basior jak zwykle odpowiedział swoim lekko głupkowatym uśmieszkiem.
- Tęskniłam. - wyszeptałam cichutko.

Austin?

niedziela, 11 stycznia 2015

Od Austina C.D. Ally

Pierwsze dni w Calme Loup wydawały się być całkiem... fajne? Nie wiem. Ciężko to nazwać. Mimo że nie każdy napotkany na mojej drodze wilk był skłonny do rozmowy to tak czy siak znalazło się kilku takich, którzy z chęcią prowadzili ze mną nawet bardzo króciutki dialog. Zawsze coś, trzeba doceniać przecież to, co się ma!
Żwawym krokiem przemierzałem las. Wciąż dręczyło mnie kilka myśli związanych z przeszłością. A jaki temat najczęściej krążył po mojej głowie? Ha, proste! Zatytułowany jako "Ally". Często przyłapywałem się na tym, że o niej myślałem. A po ucieczce to się nasiliło. Tęskniłem za nią. Chyba na niej zależało mi najbardziej. Wiele razy starałem się o niej zapomnieć, ale to było trudniejsze niż skok z przepaści i przeżycie upadku. Naprawdę. W każdym wilku widziałem choć jedną jej cechę. I natychmiast przed oczami miałem jej obraz. Piękne oczy, roześmiane. Lub smutne. Ale zawsze starałem się, by częściej były radosne. Nieczęsto zdarzało mi się doprowadzać do tego, by była załamana. Ale jednak bywało różnie. To oskarżyłem ją o brak tekstu w określonym czasie, to oberwała za pomylenie piosenek... Różnie. A teraz? Teraz żałowałem, że kiedykolwiek ją skrzywdziłem. Bo zazwyczaj starałem się ją jedynie chronić. Czy to coś złego, że starałem się zapewnić bezpieczeństwo wilczycy, którą po prostu kocham? Lub kochałem... Sam nie wiem. To trudne i zagmatwane. Przecież nigdy więcej jej nie ujrzę. Oni wszyscy, ci, którzy zostali w poprzedniej watasze, uważają mnie za trupa. Dlaczego? Dlatego, bo każdy kto ośmielił się opuścić tamtejsze pustynne tereny skazywał sam siebie na śmierć; z braku pożywienia lub wody. A mnie się udało. I w głębi duszy liczyłem na to, że nikomu nie przyszło do głowy ruszyć za mną z misją ratunkową. To mogło się skończyć niefajnie.
Wlekąc się, rozmyślałem. Wyobrażałem sobie, że Ally idzie obok mnie; że w każdej chwili mogę się zatrzymać i ją przytulić; że mam możliwość usłyszenia jej cichutkiego i równomiernego oddechu; że mam szansę usłyszeć spokojne bicie jej dobrego serduszka. Ale to wszystko było fikcją. Ilekroć odwracałem łeb w swoją prawą bądź lewą, by zagadać, odezwać się do niej - tylekroć docierało do mnie, że moja wyobraźnia płata mi figle. I nadchodził smutek oraz żałość, że odszedłem. Odszedłem bez pożegnania. Zawiodłem ją. Zawiodłem siebie. Zawiodłem wszystkich.
Wyprostowałem się, łapiąc gwałtownie powietrze. Chyba przez chwilę zapomniałem o oddychaniu. Przerażonymi, wyłupiastymi oczami wpatrywałem się w pustą przestrzeń przed sobą. Przez kilka sekund zdawało mi się, że słyszę jej głos; że mówi do mnie. Nie rozumiałem nic z jej bełkotu. Była jakby za mgłą.
Typowe objawy dla przewidywania przyszłości.
Spojrzałem pod swoje łapy, i to tak niekontrolowanie, automatycznie. Ujrzałem ślady. Lekko wydrążone w wilgotnej glebie. Były stosunkowo niewielkie. Nigdy nie powiedziałbym, że zostawił je po sobie wilk w wieku dorosłym. A jednak tak było. Wszystko zaczęło się łączyć w jedną całość. Ni z tego, ni z owego ruszyłem przed siebie biegiem. Dokąd zmierzałem? Sam tego nie wiedziałem. Po prostu zaufałem swojemu instynktowi; w końcu jeszcze nigdy mnie nie wywiódł w pole. Był jak taka nawigacja, tylko że ździebko dokładniejsza. Po piętnastu minutach sprintu zacząłem dyszeć ze zmęczenia, ale nie odpuszczałem. Łapy poprowadziły mnie do Zakątka Ciszy. Przyjemne dla oka miejsce, no nie powiem. Rozejrzałem się. Na niewielkim głazie dostrzegłem drobne ciałko równie drobnej wilczycy. Kogoś mi przypominała, jednakże z daleka ciężko było mi ocenić kogo dokładniej. Zakradłem się do niej z zamiarem zagadania. Będąc bliżej natychmiast ją rozpoznałem. Ale... przecież to niemożliwe! Ona tam została! Ona nie mogła za mną tu przyjść! Chyba ujrzała cień, jaki odbijał się na jej zeszycie. Zerwała się. I zaczęła uciekać. A ja? Stałem przez chwilę oniemiały, by sekundę później rzucić się w pogoń za waderą, która albo była idealnym klonem mojej przyjaciółki, albo próbowała mnie omotać, albo była kolejnym wytworem mojej chorej wyobraźni. Dorwałem ją kilkadziesiąt metrów dalej. Zatrzymała się. Zapewne z myślą, iż odpuściłem. A tu niespodzianka! Położyłem łapę na jej grzbiecie, lekko ją zaciskając. Odwróciłem waderę gwałtownie w swoją stronę i zesztywniałem, wpatrując się w jej ogniście pomarańczowe ślepia.
To nie może być prawda...
Przełknąłem z trudem ślinę. Próbowałem to wszystko jakoś sobie w głowie uporządkować, ale... nie potrafiłem. Jakby mój mózg przez chwilę przestał całkowicie pracować. Nie myślałem racjonalnie. Tylko cieszyłem się chwilą. I zamiast powiedzieć jej, jak bardzo tęskniłem... jak bardzo mi na niej zależy... jak bardzo ją kocham... uśmiechałem się jedynie głupkowato. A ona po chwili odwróciła się do mnie plecami. Co znów zrobiłem? Ah, no tak, przypomniałem sobie, że ociupinkę ją skrzywdziłem swoim nieplanowanym odejściem. Otrząsnąłem się z pierwszego szoku. Zauważyłem, że już naprężyła łapy, by odbiec, ale zatrzymałem ją w samą porę, zachodząc jej drogę. Patrzyła na mnie takim dziwnym wzrokiem. Ni to wystraszonym, ni to zdziwionym, ni to smutnym.
- Ally... - wyszeptałem jej imię. Zauważyłem, że źrenice wilczycy nieco się rozszerzyły. Może mnie nie poznała? A może uznała, że po prostu jestem innym wilkiem, jedynie zadziwiająco podobnym do tego Austina, którego tak dobrze znała? - Jesteś tu... ty naprawdę jesteś przede mną... to nie sen... - by upewnić się, że to nie jedna z moich fantazji, dotknąłem delikatnie łapą jej pyszczka. Czując pod poduszkami aksamitną sierść wilczycy, uśmiechnąłem się szerzej.
- Austin? - ona równie cicho wypowiedziała moje miano. Wgapiała się w moje brązowe ślepia z niedowierzaniem. Poznała mnie. Na całe szczęście. Ale jakim cudem tu dotarła? Dlaczego za mną poszła? Mogła zginąć! I nagle zauważyłem, jak drobne iskierki szczęścia w jej oczętach gasną, by ustąpić miejsca wściekłości. Zdziwiła mnie ta nagła zmiana. - Dlaczego to zrobiłeś?! - krzyknęła, oddychając szybciej. Futro na jej karku lekko się zjeżyło. Chyba naprawdę była zła. Chyba na pewno. Cofnąłem się o krok, wcześniej odsuwając swoją łapę od jej pyszczka. - Odszedłeś! Zostawiłeś nas! Zostawiłeś mnie! Myślałam, że nie żyjesz! Wszyscy kazali mi odpuścić! Co ci strzeliło do głowy?! To był tylko jeden występ! Jeden występ, rozumiesz?! A ty uciekłeś, jakby od niego zależało twoje życie! - wyrzuciła z siebie wszystko. Jej kły raz po raz błyskały, kiedy na mnie krzyczała. A ja? Wpatrywałem się w nią skruszony i wystraszony. Bo miała rację. Do czego w życiu bym się nie przyznał. Miałem wrażenie, że za chwilę się na mnie rzuci. Rzuci i zagryzie w nerwach. Byłem gotów odeprzeć atak.
- J-ja ci to wyjaśnię - zająknąłem się. Nie potrafiłem się wytłumaczyć. Skłamałem w tym momencie. Bo co miałem jej powiedzieć? Przeprosić? Jedno 'wybacz' nie wystarczy, by odbudować naszą relację. Jednakże spróbowałem, bo być może była to moja ostatnia deska ratunku. I nic innego nie przychodziło mi na myśl w tej chwili. - Ally, tak strasznie cię przepraszam... Wiem, zachowałem się jak totalny idiota. Uciekłem, bo kilku ze mnie kpiło, ale to... to mnie przerosło! Nie wytrzymałem psychicznie! Tyle wilków, tyle drwin... Wszyscy na mnie patrzeli! Czułem się obserwowany! Otoczony wręcz! Na dodatek nawet moi rodzice nie powiedzieli mi niczego, co byłoby w stanie poprawić mi humor! Nie myślałem wtedy racjonalnie, po prostu działałem pochopnie! Ale już wiem, że popełniłem olbrzymi błąd... Największy w swoim życiu. - nie myślałem nawet nad tym, co chciałem powiedzieć. Słowa wypłynęły z mojego pyska same. Wyszły, bo musiały. Bo walczyły o coś. Albo raczej o kogoś. Kogoś, kto był całym moim życiem. I zajmował szczególne miejsce w mym sercu. Utrata Ally byłaby dla mnie największym ciosem. Nie pozbierałbym się po tym nigdy. Do końca swych dni chodziłbym ze spuszczonym łbem i podkulonym ogonem. Tak na mnie ona działała. Jedna, niepozorna wilczyca.

<Ally? Się rozpisałam!>