Dni mijały, a ona wciąż siedziałam w lecznicy. Co jakiś czas
przychodziła Maemuki, by z nią posiedzieć i porozmawiać. Jedbak ona
odpowiadała lakoniczniym 'tak' lub 'nie', ewentualnie 'może', nie
zamierzając się otwierać.
Przysięgłam przed Jego mogiłą. Będę kochać tylko Jego.
Shogain jak się pojawił, tak znikł, a w lecznicy siedziała samotnie,
czując się minimalnie lepiej. Bo chociaż chaotyczny wilk wyciągnął to,
co przedtem w nią wepchał, jakieś czarne zaklęcie, to zakażenie nie
ustawało. Rano i wieczorem przychodziła zaś Maddox, medyczka. Bez słowa
zmieniała kroplówkę oraz opatrunek, podsuwała miskę jedzenia -którego
nigdy nie zjadała- po czym wychodziła. Ot tak, bez słowa. Czasem jednak
podchodziła doń, ruchem łapy nakazywała jej wyciągnąć przednią kończynę,
po czym ludzką strzykawką aplikowała w jej krew antybiotyk. Więcej
kontaktu brakło. Po cóż by jednak miała zwracać na resztę swiata, skoro
prędzej czy później umrze?
[...] Każdego dnia jednak czuła się minimalnie lepiej. Codziennie
nabierała odrobinę sił, a każdego dnia rana coraz mniej jej dokuczała.W
końcu, dokładnie osiemnastego ranka jej pobytu w lecznicy, odwiedził ją
ktoś. Tym ktosiem był nie kto inny, jak Alpha watahy- potężnie zbudowany
acz równie zimny jak medyczka basior. W kilku słowach oznajmił jej, iż
znajduje się na terenach Calme Loup, a także zaproponował jej członkowstwo.
Zgodziła się. W głębi duszy przekonana była jednak że odejdzie za kilka
dni... A poza tym zdecydowała się przyjąć posadę kucharza. Sama wówczas
nie wiedziała, ile radości przyniesie jej ów zawód.
Co więcej, po uprzejmym pożegnaniu Alpha opuścił jaskinię, a pani medyk
oznajmiła jej iż za dwa dni ma się stawić w celu kontroli. A co za tym
idzie, uznała iż może już opuścić lecznicę.
- A mój łuk? Gdzie mój łuk?- spytała wówczas, siadając niezbyt elegancko na legowisku.
Maddox trwała chwilę w konsternacji, jakby zastanawiając się nad sensem
tych słów, lecz po chwili przytaknęła cicho i wyszła za zaplecze. Po
paru sekundach jednak wróciła, ściskając w jednej łapie moją torbę, a w
drugiej ów łuk, kołczan ze strzałami i miecz.
Och. To przecież był Jego miecz.
Na tę myśl powstrzymała niechciane łzy, nie chcąc okazać słabości. Nie
teraz, nie w tym miejscu. Toteż szybko się podniosła, a wziąwszy od
wadery swój ekwipunek, czym prędzej opuściła pomieszczenie, rzucając na
odchodnym ciche pożegnanie, nim tamta zauważy błyszczące w jej ślepiach
łzy. Oddaliwszy się zaś kilkanaście metrów od swojego dotychczasowego
miejsca pobytu, przerzuciła torbę wraz z łukiem przez ramię, podobnie
jak broń, po czym pobiegła w kierunku lasu, by znaleźć sobie jakieś
lokum. Wiedziała doskonale, iż musi je mieć, nie przystoi bowiem z
niezagojoną raną wystawiać się przez całą dobę na różnorakie o tej porze
roku warunki atmosferyczne. Nie było więc innego wyjścia, jak tylko
jakąś niezamieszkaną jaskinię posiąść w posiadanie.
Z tego więc powodu ruszyła tam, gdzie powiódł ją instynkt, gdzieś gdzie
będzie brakło pozostałych członków watahy, a jednocześnie gdzieś, gdzie
będzie można spotkać inne zwierzęta. Wędrowała więc po teranach watahy,
omijając w cieniu wszystkie napotkane wilki, a także podziwiając z
ponurym optymizmem ożywającą, wiosenną przyrodę. Niezwykle zaintrygował
ją fakt istnienia znaków drogowych, wskazujących kierunek dojścia do
konkretnego miejsca. Niby zwykła, wbita pionowo tyczka z przybitymi
deskami o zawężonym, jednym końcu, z nazwami wypisanymi czarną farbą, a
jednak tak pomocne i cenne! Posiłkując się więc ów znakami, zapoznała
się z terytorium i ostatecznie skierowała się w stronę tajemniczych jej
jeszcze Seresów. Sama nazwa brzmiała zachęcająco.
[...] Z zachwytem w oczach ujrzała przed sobą mikroskopijnych rozmiarów
łączkę, z wszystkich stron osloniętą lasem. Jedynie z wschodu na zachód
płynął bystry strumień, niosący ze sobą młody narybek. Bez wątpienia
oznaczało to, iż jesienią nastąpi w tym miejscu droga na tarło, jaką
odbywają łososie. Porośnięte trawą, porostami oraz kwiatami pobliże
prezentowało się cudownie na tle porośniętej mchem oraz grzybami
jaskini. Prowadziła do niej kładka nad strumykiem, po lewej jego
stronie widniał kolejny drogowskaz. Nyanne podeszła do niego i ze
zdumieniem zauważyła, iż z napisów umieszczonych na drewnie wynika, iż
stykają się tutaj aż cztery różne miejsca; Seresy, Zakątek Ciszy, Łąka
Zabawy oraz Deer. Tym większe było jej zadowolenie, kiedy odkryła w
środku jaskini jedną, dużąc izbę oraz wykute w granitowej skale schodyh,
prowadzące zarówno w górę, jak i w dół. Gdyby tego było mało, na
'parterze' znajdował się kominek. Zgodnie więc osądziwszy o
stuprocentowej pewności iż nikt tu nie zamieszkał, postanowiła w ów
miejscu osiąść.
Mijały potem dni i tygodnie, a ona na dobre już się zadomowiła w swym
wilczym domku. W głównej izbie widniał stół, blat oraz krzesła, wszystko
to wykonane z kamienia bądź drewna W dodatku znalazło się miejsce, by
umieścić osłonitą od reszty pomieszczenia spiżarnię. Co więcej, kominek
robił teraz również za piec. Na niegdyś pustym pięterku stało teraz
wsparte na drewnianej ramie łóżko o materacu wypchanym suchą trawą, a
przykryte różnorakimi, skórami i kocami. Pod ów łożem zaś stał kufer, w
którym skrywała broń wraz z płaszczem swoim oraz Kiliego, jaki jej po
nim pozostał, kolczą koszulą oraz szalikiem i ogniście czerwoną czapką
znalezioną w lesie. Dolny poziom jaskini zaś służyl jej za pracownię i
samotnię w jednym, od tak, misz masz tego, co nie pasowało gdzie
indziej. Jakby było tego mało, w każdym z ów trzech pomieszczeń
ulokowany został pokaźny regał z książkami oraz palenisko.
Brnęła przez zarośla, by wypaść na Łąkę Zabawy. Rana już prawie się
zabliźniła, lecz pozostała po niej wąska szczelina. Sączyła się z ów
szpary krew i osocze, przyprawiając ją o niesamowite bóle. Wszystko
zaczęło się kilka dni temu, kiedy dostała napadu. Rana otworzyła się i
od tamtej pory nie zamykała, co strasznie jej przeszkadzało. Kroczywszy
wśród skapujacej na ziemię mżawki, poczuła nagle okrutny ból brzucha.
Opadła ciężko na ziemię, zwijając się z bólu. Nim jednak zdążyła wezwać
pomoc, straciła przytomność, moknąc w deszczu.
<Oliver?>