Raz, dwa, raz, dwa...Wiedziała, że jeżeli nie utrzyma tego tempa, zamarznie na śmierć. Patrzyła spode łba na otaczające ją góry, czując jeszcze zapach popiołu, niedawno osiadłego na jej sierści. Jej stosunkowo długie łapy zapadały się w śniegu, co jeszcze bardziej utrudniało utrzymanie tempa, które zapewniało utrzymanie ciepła. Zauważyła, że pokrywa śniegu, z biegiem czasu stawała się mniejsza, natomiast otaczające ją góry zaczęły zamieniać się w kanion. Bicie serca zaczęło robić się szybsze, aż płynącą krew wadera zaczęła wyraźnie odczuwać na całym ciele. Zatrzymała się, kiedy otaczające ją ściany, tworzące kanion były wystarczającą wysokie, aby nie przepuszczać silnie wiejącego wiatru. Spojrzała w górę, nie wiedząc, czy patrzy teraz na grubą warstwę chmur, czy też grubą warstwę śniegu, miotanego przez wiatr, który nadal szalał poza obszarem kanionu. Usłyszała pierwszy skrzek, wydany przez zapewne jakiegoś rodzaju ptaszysko, co tak czy owak dobrze nie wróżyło. Zobaczyła pierwsze zwierzę, siedzące na ususzonej gałęzi, ledwie utrzymującej siedzącą na niej istotę. Zaczął wydawać typowe dla tych ptaków dźwięki, po czym pojawiły się następne. Wadera się przestraszyła, gdyż jej widoczne żebra zapewne tylko zachęcały ptaki do konsumpcji. Uciekała, starając się patrzeć przed siebie, lecz myśl o zbliżającej się śmierci nie pozwalała jej tego zrobić. Czuła ptaki, których pazury raz za razem muskały jej sierść, za każdym razem trochę jej wyrywając. Długi ogon plątał się o jej własne nogi, utrudniając bieg. Wadera wydostała się z kanionu, po morderczym biegu, z połową futra w posiadaniu, aczkolwiek zostawiona w spokoju. Poczuła suchość w gardle, co skłoniło ją do tego, aby zacząć jeść ledwie widoczny już śnieg. Zawiało, dzięki czemu wadera pozostała z jeszcze mniejszą ilością sierści. Dopiero teraz poczuła zmęczenie. Istotnie, wiedziała, iż od bardzo dawna nie spała, jednak dopiero teraz ten fakt dał się jej we znaki. Teraz, wlekąc łapy po zamarzniętej ziemi, doszła do - jako takiej - jaskini, gdzie tylko padła ze zmęczenia.
~*~
Słońce, padające na jej powieki zmusiło ją do otwarcia ślepi. Gdy tylko starała się podnieść głowę, poczuła dość bolesne ukłucie, po czym do jej nosa dotarł metaliczny zapach krwi. Nie trzeba było długo czekać, aż resztki jej sierści zrobiły się ciemnoczerwone. Wstała, tym razem omijając pechowy stalaktyt.
- Co robisz? - usłyszała głos za sobą
Oliver?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz