sobota, 3 stycznia 2015

Od Nyanne C.D Shōgaina

Wadera spojrzała się na niego wzrokiem mówiącym jeden, bezpośrednim wzrokiem.
Zostaw mnie, bo cię zabiję.
A przynajmniej chciała tak powiedzieć i móc spełnić ów prośbę, gdyby tylko mogła Basior jednak wyszczerzył kpiąco zęby i ponownie zadał jej ból, używając jakiejś chaotycznej mocy. Warknęła.
- Zz-zostaw mnie. Ch-chcę umrzeć.
To wychrypiawszy uniosła się z lekka niezgrabnie, z furią rozdrapując kamienie. To nie basior ją przeraził, lecz myśl że może jej zadać czystą, bezbolesną śmierć. Nagle do jej uszu dobiegł złowrogi głos przybysza.
- Chcesz umrzeć? No problem. Ale nie dam ci łaski.
- Mam gdzieś twoją łaskę.
Tamten zaprzestał czegokolwiek, pozwalając by Nyanne podniosła się na drżących od konwulsji łapach, odwróciła się i odeszła.
Szła przez las, dopóty osobliwy basior nie znikł między drzewami, zostawiając ją ponownie samą, pozbawioną jakiegokolwiek towarzystwa. Znów słyszała jedynie własny, słaby oddech, pazury rozrywające cicho wiosenną trawkę i ciche trele. W lesie ciemniało, z racji iż zbliżała się noc. Zauważywszy to, rozejrzała się za nocnym grobem, w razie gdyby miało jej przyjść odejść w czasie snu. Nagle ujrzała starą, powykręcaną wiśnię, porastającą już młodymi listkami koloru pudrowego różu. Wśród jej konarów dostrzegła płaskie, odsłonięte miejsce.
Kili uwielbiał te drzewa.
Z tą myślą pokuśtykała do niej, pozwalając by postrzębiony ogon wił się luźno po ziemi, wytwarzając przy tym szelest. Zbliżywszy się, nie do końca spójnymi ruchami wdrapała się na wiekowe drzewo. Kiedy dotarła do rozgałęzienia obranego za za posłanie, już z lekka dyszała, czując w żołądku rozpaczliwe ukłucie głodu. On powiedział jej niegdyś, iż żucie liści zapełnia żołądek. Mimo wszystko nie sięgnęła po soczystego listka.
Trupy nie jedzą.
Zamiast tego rozciągnęła się z trudem na twardym, nieprzyjemnym drewnie i poczęła wpatrywać w gwiazdy. Uczono ją, iż dusza po śmierci staje się gwiazdą i będzie trwać dopóty świat istnieje. Jeśli była to prawda, wiedzieła która należała do Niego. Ta skierowana na zachód, w kierunku Ereboru. Z lekka błękitna, rozbłysła jako pierwsza gdy On konał Towarzyszyły jej dwie mniejsze. Byli to Jego brat i wuj.
Niebawem i ja stanę się gwiazdą. Pojawię się obok Niego i już nigdy nie opuszczę.
Na tę myśl z mętnego oka poleciała łza, jedna, druga, trzecia i czwarta. Płakała. Ze złością zmarszczyła nos, po raz setny tego dnia słysząc jego śmiech i widząc zapłakane oczy wypełnione bólem. Kiedy umierał, płakał. Ona zaś spiła jego łzy w ostatnim pocałunku.
Z zamyślenia wyrwał ją dziwny szelest. Przeciągnęła się, krzywiąc przy tym okrutnie pyszczek. Cały grzbiet miała bowiem obolały od drewna A, i była przemarznięta, do szpiku kości. W zamian ujrzała pierwsze przebłyski w ciemności, zwiastujące kończącą się noc. Uniosła się gwałtownie, kiedy do nozdrzy dopuściła zapachy. Wilk. Nie ten, którego wczoraj spotkała. Inny. Inny wilk. To musiało świadczyć o watasze. Nagle przeszył ją straszliwy ból. Opadła ze zdyszeniem na drewno. Zbyt szybko się podniosła, co poskukowało jeszcze większym otwarciem rany. Okrute uczucie odebrało jej siłę, paraliżując ją i przesłaniając widok. Zemdlała.
[...] Przez zamknięte powieki wdzierało się jasne światło poranka. Zmarszyła brwi i rozchyliła powieki. Do ciemnej jaskini wdzierały się promienie słońca. Zamknęła je i znowu otworzyła, cicho przy tym jęcząc. Poczuła zapach. Zioła, leki, kto tam wie. Coś przykrywało jej ranę. Jeszcze coś innego pokrywało samą nią. W przegubie łapy czuła przyjemny przepływ. Zapewne kroplówka.
Nad nią zaś pochylał się łagodny pysk, z przyjemnym spojrzeniem. Serce jej zamarło, a po chwili zaczęło bić mocniej. Pochylał się nad nią Kili.
Moje Słońce i Gwiazdy.
-Kili...?- słyszała własny głos, tak słaby i cichy że ledwo usłyszalny. Nigdy nie była tak słaba i bezbronna jak w tej chwili.

<Kto tam nade mną ślęczy? c:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz