Jak najbardziej miała powód by się denerwować, lecz teraz nie widziała w tym wszystkim sensu. Raz rzuca się na nią z pazurami, a raz częstuje tępymi tekścikami, chcąc przyćmić zdrowy rozsądek. Każde słowo będące czułostką prawioną od basiorów działało na nią niczym czerwona płachta na byka. To, że zdołała zachować spokój z perspektywy czasu wyglądało na prawdziwy cud.
Przemierzała truchtem las, stopniowo oddalając się od siedziby Alphy. Nie uśmiechało się jej kolejne spotkanie z tajemniczym nieznajomym choć wiedziała, że jeśli ten zdecyduje się zostać, to ponowne widzenie będzie nieuniknione. Z jednej strony coś ją ciągnęło do odkrycia sekretów, jakie może w sobie skrywać wilk, a z drugiej rozum podpowiadał, by trzymać się od niego z daleka. Jak wiele może zrobić chcąc zaspokoić swoją ciekawość?
Kiedy coś niespodziewanie trzasnęło tuż obok niej, odskoczyła na bok jak oparzona rozkładając skrzydła i obnażając kły. Z zarośli wyłonił się mały, dziki królik, wlepiając w nią swe paciorkowate oczka. Szare, puchate futerko i oklapłe uszy czyniły z niego idealną broń do zmiękczania serca Yaenn. Miała w sobie coś co sprawiało, że te niewielkie stworzonka nie czuły przed nią strachu, a nawet lubowały się w towarzystwie wadery. Uspokoiła się więc nieco i przywołała na pysku promienny uśmiech.
- Też jesteś samotny, co maluchu? - rzuciła do niego przyjaźnie i położywszy się pozwoliła, by mógł znaleźć wygodne miejsce na jej grzbiecie pomiędzy piórami.
- Martwię się o swoją wilczą dumę będąc darmowym pociągiem dla chodzącego obiadu - westchnęła ruszając wolno w stronę łąki. Poczuła, jak małych rozmiarów istotka lekko drgnęła, wydając fuknięcie pełne szczerego oburzenia. - Spokojnie, nie zjem cię ja ani nikt inny, póki jesteś tam gdzie jesteś.
Tak też przez co najmniej trzy godziny sunęła z szarym kształtem ulokowanym przy jej karku, głową spuszczoną niżej niż zwykle i na w pół zamkniętymi ślepiami. Nie była to senność, znużenie, zanudzenie czy cokolwiek innego, co przychodziłoby przeciętnemu osobnikowi do głowy. Był to stan głębokiego zamyślenia, badania szufladek pełnych wspomnień, zarówno tych lepszych oraz gorszych.
Przez większość życia miała jedynie siebie. Matka, mimo względnej troski o jej życie, nigdy nie okazywała czułości ani szczególnego przywiązania. Wilczycy trudno więc było stwierdzić, czy jedyna znana osoba będąca z nią połączona więzami krwi naprawdę ją kochała. Przed paroma laty byłoby to dla niej bez znaczenia. Bardziej wtedy przejmowała się swoim życiem oraz przyszłością niż tym, co działo się za czasów szczenięcych lat. Teraz, kiedy miała zapewniony dom, opiekę, mogła czuć się częścią jakiejś społeczności, pytania i niedokończone zagadki z przeszłości powracały.
Dotarłszy na łąkę pozostawiła swego towarzysza i przyjaciela na dole, by mógł zaznać rozkoszy wiosennej trawy i koniczyny, a sama znalazła w pobliżu dogodne drzewo do obserwacji. Czuła się po części odpowiedzialna za stan psychiczny i fizyczny mięciutkiej, drobniutkiej istotki, to też nie mogła pozostawić jej bez opieki.
Wnikliwie obserwując całą okolicę, w tym główny, najważniejszy obiekt, po pewnym czasie dostrzegła w zaroślach ruch. Nie było to przeraźliwe drganie wysokich traw, wprowadzonych w takie konwulsje przez niewprawnego łowcę. Każdy, nawet głupi, zrozumiałby, że tylko najlepsi są w stanie tak delikatnie i spokojnie poruszać się w ukryciu.
Yaenn zgrabnie zeskoczyła na ziemię i rzuciła się na ratunek swemu znajomemu, pokonując dzielącą ją od niego odległość eleganckimi susami. Nim napastnik zdążył wykonać jakikolwiek ruch, zagrodziła mu drogę, grożąc ostrym jak brzytwa uzębieniem. Rozłożywszy skrzydła i nastroszywszy pióra na grzbiecie przypominała co najwyżej niewydarzonego, poirytowanego gryfa, choć nigdy nie miała okazji takowego ujrzeć.
Spomiędzy zarośli błysnęła para spiżowych, rozbawionych ślepi, co dodatkowo wzburzyło gotującą się w waderze krew. Bez zawahania rzuciła się na wciąż niezidentyfikowaną postać, wpijając wszystko co ostre w jej ciało. W takiej furii, nawet gdyby walczyła z rosłym, barczystym basiorem, siły były wyrównane.
Przemierzała truchtem las, stopniowo oddalając się od siedziby Alphy. Nie uśmiechało się jej kolejne spotkanie z tajemniczym nieznajomym choć wiedziała, że jeśli ten zdecyduje się zostać, to ponowne widzenie będzie nieuniknione. Z jednej strony coś ją ciągnęło do odkrycia sekretów, jakie może w sobie skrywać wilk, a z drugiej rozum podpowiadał, by trzymać się od niego z daleka. Jak wiele może zrobić chcąc zaspokoić swoją ciekawość?
Kiedy coś niespodziewanie trzasnęło tuż obok niej, odskoczyła na bok jak oparzona rozkładając skrzydła i obnażając kły. Z zarośli wyłonił się mały, dziki królik, wlepiając w nią swe paciorkowate oczka. Szare, puchate futerko i oklapłe uszy czyniły z niego idealną broń do zmiękczania serca Yaenn. Miała w sobie coś co sprawiało, że te niewielkie stworzonka nie czuły przed nią strachu, a nawet lubowały się w towarzystwie wadery. Uspokoiła się więc nieco i przywołała na pysku promienny uśmiech.
- Też jesteś samotny, co maluchu? - rzuciła do niego przyjaźnie i położywszy się pozwoliła, by mógł znaleźć wygodne miejsce na jej grzbiecie pomiędzy piórami.
- Martwię się o swoją wilczą dumę będąc darmowym pociągiem dla chodzącego obiadu - westchnęła ruszając wolno w stronę łąki. Poczuła, jak małych rozmiarów istotka lekko drgnęła, wydając fuknięcie pełne szczerego oburzenia. - Spokojnie, nie zjem cię ja ani nikt inny, póki jesteś tam gdzie jesteś.
Tak też przez co najmniej trzy godziny sunęła z szarym kształtem ulokowanym przy jej karku, głową spuszczoną niżej niż zwykle i na w pół zamkniętymi ślepiami. Nie była to senność, znużenie, zanudzenie czy cokolwiek innego, co przychodziłoby przeciętnemu osobnikowi do głowy. Był to stan głębokiego zamyślenia, badania szufladek pełnych wspomnień, zarówno tych lepszych oraz gorszych.
Przez większość życia miała jedynie siebie. Matka, mimo względnej troski o jej życie, nigdy nie okazywała czułości ani szczególnego przywiązania. Wilczycy trudno więc było stwierdzić, czy jedyna znana osoba będąca z nią połączona więzami krwi naprawdę ją kochała. Przed paroma laty byłoby to dla niej bez znaczenia. Bardziej wtedy przejmowała się swoim życiem oraz przyszłością niż tym, co działo się za czasów szczenięcych lat. Teraz, kiedy miała zapewniony dom, opiekę, mogła czuć się częścią jakiejś społeczności, pytania i niedokończone zagadki z przeszłości powracały.
Dotarłszy na łąkę pozostawiła swego towarzysza i przyjaciela na dole, by mógł zaznać rozkoszy wiosennej trawy i koniczyny, a sama znalazła w pobliżu dogodne drzewo do obserwacji. Czuła się po części odpowiedzialna za stan psychiczny i fizyczny mięciutkiej, drobniutkiej istotki, to też nie mogła pozostawić jej bez opieki.
Wnikliwie obserwując całą okolicę, w tym główny, najważniejszy obiekt, po pewnym czasie dostrzegła w zaroślach ruch. Nie było to przeraźliwe drganie wysokich traw, wprowadzonych w takie konwulsje przez niewprawnego łowcę. Każdy, nawet głupi, zrozumiałby, że tylko najlepsi są w stanie tak delikatnie i spokojnie poruszać się w ukryciu.
Yaenn zgrabnie zeskoczyła na ziemię i rzuciła się na ratunek swemu znajomemu, pokonując dzielącą ją od niego odległość eleganckimi susami. Nim napastnik zdążył wykonać jakikolwiek ruch, zagrodziła mu drogę, grożąc ostrym jak brzytwa uzębieniem. Rozłożywszy skrzydła i nastroszywszy pióra na grzbiecie przypominała co najwyżej niewydarzonego, poirytowanego gryfa, choć nigdy nie miała okazji takowego ujrzeć.
Spomiędzy zarośli błysnęła para spiżowych, rozbawionych ślepi, co dodatkowo wzburzyło gotującą się w waderze krew. Bez zawahania rzuciła się na wciąż niezidentyfikowaną postać, wpijając wszystko co ostre w jej ciało. W takiej furii, nawet gdyby walczyła z rosłym, barczystym basiorem, siły były wyrównane.
Można by powiedzieć, że w jej czekoladowych oczętach płonął żywy ogień, kiedy siłowała się z brązowym kształtem. Tak gwałtowny atak powodował jednak większe zmęczenie, czego jak najbardziej świadom był przeciwnik. Zdecydowanym ruchem zrzucił ją z siebie, aczkolwiek zdążyła jeszcze dotkliwie wgryźć się w jego prawą łapę.
Leżąc na ziemi z kończyną obcego w pysku, nagle doznała olśnienia. Rozpoznała tęczówki, pysk, futro, dosłownie wszystko co było w jego posiadaniu. Wypluła z pyska wilczy nadgarstek, kaszląc, jakby najadła się trutki. Gdy pozbyła się dziwnego posmaku, spojrzała z wyrzutem na basiora.
- To ty? - fuknęła z wyrzutem. - Mogłeś go zabić! - zwróciła wzrok pełen czułości na małego królika, gramolącego się teraz na jej głowę.
<Gale?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz