Ranek miał się odbyć w zupełnie innej atmosferze, o wiele bardziej spokojnej i cichej. Miał przynieść czas na przemyślenia. Ta pora dnia byłą dla Corrin potrzebna, by wszystko przemyśleć od nowa, przypomnieć sobie słowa i strategie ułożone wobec możliwego spotkania z basiorem. Tak miało się zapowiadać się jej przywitanie dnia. Wadera jednak napotkała coś innego na swej drodze. Coś, co na zawsze wygoniło jej strategie i argumenty z głowy. Zapomniała, że w ogóle potrafi posługiwać się mową, że może cokolwiek zrobić. A to "coś" było określane jako Gustave. Dla wielu dowódca Calme Loup, wielki i niezłomny basior. Dla niej natomiast... No właśnie. Kim był dla niej? Ukochanym? Obiektem westchnień, fascynacji? Ideałem? Te wszystkie określenia były błędne, coś w nich się nie trzymało prawdy. Corrin po pierwsze Go nie kochała. Choć wielu mogło tak sądzić, ona Gustave'a tym uczuciem nie darzyła. Owszem, był jej najbliższy, najbardziej potrzebny. Nie chciała się z Nim rozstawać chociażby na kilka sekund, potrzebowała tej Jego specyficznej, przyciągającej postawy. Jednak nie mogła tego nazwać miłością. Przynajmniej jak na razie. Miłość buduje się na zaufaniu, czasie i poznaniu. A ona z nim nie spełniała żadnego z warunków. Zadziwiła się w ogóle, że tak racjonalne i trzeźwe myślenie może w ogóle w takim momencie działać. Mówił do Niej tak pięknie, całował tak perfekcyjnie. To wszystko było dowodem na to, że nic sobie nie ubzdurała, że nic jej się absolutnie nie pomieszało. Czuła na sobie Jego oddech, byli tak blisko siebie. Nie wstydziła się już żadnej swojej reakcji, nie próbowała już od tego się uwolnić. Pragnęła Gustave'a jak nikogo na świecie, chciała spędzić z Nim resztę swego marnego żywota. Chwyciła Go mocno łapą za kark i przeczesała Jego mocne i grube futro, aż do szczeciny na samym dnie. Poczuła przypływ odwagi, więc zjechała mu jak najdalej mogła po kręgosłupie, wykonując przy tym okrężne ruchy. Nie musiała patrzeć na to, co robi. Zdążyła się już na Jego anatomię napatrzeć. Wolała Jego oczy, które nadal były skierowane na nią. Kiedy już nie sięgała, bo nadal trzymał ją w żelaznym uścisku, znów pięła się w górę, aż do barku. Tam zatrzymała na chwilę łapę, by dokładnie Go wybadać. Przechodziły ją fale ciepła, tak przyjemnego, że dodawały jej jeszcze więcej śmiałości. Następnie jej drobna łapa powędrowała po Jego mocno trzymającej kończynie górnej. Przeszła aż do Jego wielkiej łapy i dołożyła swoją. Robiła to bezwiednie, pod przypływem impulsu. Mimo to, basior nie przerywał jej poczynań, co znaczyło dla niej, że może sobie pozwolić na więcej. Zetknęła się z Nim nosem. Obydwoje mieli je o szarym odcieniu, więc stanowiły teraz jakby złączoną jedność. Prawie dotykała Go wargami, rozkoszując się każdą chwilą błogiej ciszy. Niby tacy samotni, bez dźwięku. A jednak stanowiąc cudowną jedność. Niespodziewanie zamknęła oczy i musnęła go nosem. A potem otworzyła powieki, by raz jeszcze napoić się Jego widokiem. Był dla niej stworzony, a tak przynajmniej myślała. Zapominała przy Nim o swojej ciemnej przeszłości i cynicznym charakterze. Chciała mu dziś udowodnić, że czuje to samo. Nie pocałowała Go, tylko odgrywała wszystko spokojnie, jakby swobodnie wręcz. Tymi zagrywkami chciała mu pokazać, że można okazywać wszystko w sposób inny, niż wszyscy. Jego wzrok był skupiony na niej, tak samo jak ostatniego wieczora.
- Widzisz już teraz Panie co do Ciebie czuję? A może nadal masz wątpliwości, takie jak miałam ja co do Twojej osoby? Jesteś dla mnie wręcz mistyfikacją. Nie wierzę, że jesteś we mnie odurzony, jak ja w Tobie. Nie chodzi mi o Twoje stanowisko, nie chodzi mi nawet o Twój charakter. Wokoło jest tyle lepszych, pewniejszych ode mnie. A Ty mnie zaskoczyłeś, choćby dzisiaj. Czemu to robisz? Poświęcasz się mi, takiej bezwartościowej osobie. Nawet o mnie nie wiesz tyle, by stwierdzić, czy byłabym dla Ciebie bezpieczna, Gustave. Ale wiesz co... Nie chcę tego smutnego monologu ciągnąć. Wiem, że bardzo by mnie zabolało, gdybyś nagle zmienił zdanie. Dlatego jeśli przy mnie wytrwasz, to ja... Ah, zresztą - żachnęła się nad swoją nieudolną wypowiedzią, kłębkiem mniej lub bardziej skoncentrowanych myśli. Po prostu przybliżyła się te kilka milimetrów i pocałowała Go. Starała się to robić w ten sam cudowny sposób, w który jeszcze tak niedawno On to robił. Zamknęła tym razem oczy, starając się wypaść jak najlepiej. Potem odsunęła się lekko, ale nie gwałtownie. Uwolniła swoje oczy z zasłony powiek i rzęs a następnie uśmiechnęła się lekko. Był taki oszołomiony, znieruchomiał. Bała się nawet, że zrobiła coś źle, ale chyba nie na tym ta mina polegała, bo nie puścił jej ze swych ramion - Teraz powinieneś zrozumieć. - zaśmiała się perliście, najpiękniej w swoim życiu. Bo prawda była taka, że nareszcie zaznała to wspaniałe uczucia o nazwie szczęście na nowo. Odważyła się pokazać Mu moje uczucia na poważnie, już tym ostatecznym sposobem. Skoro on mógł to zrobić i to kilkakrotnie, to ona też sobie tego nie zabroniła. Mogła tego jeszcze pożałować i odpokutować swoje winy przez lata. A jednak nie odczuwała z tego powodu smutku, przerażenia. Oddała się innemu uczuciu, które było temu o wiele lepsze. Czuła, że nareszcie mogłam komuś wszystko powierzyć, komuś zaufać. Nie miała nikogo, więc czemu nie miałaby mieć Gustave'a? Skoro On jej to powiedział, a ona Mu zawtórowała, to były to chwile tak oszałamiająco magiczne i przepełnione euforią, że nic nie byłoby w stanie jej od tego powstrzymać. A jednak było coś jeszcze. Coś, co nie dawało jej spokoju. Był oszałamiający, ale czy aby na pewno sobie na Niego zasłużyła? A jeśli tak, to czym? Odsunęła te myśli na bok, poddając się znów rytmowi swoich sercowych palpitacji. Może i je czuł na swojej klatce piersiowej, ale teraz jej to nie obchodziło. Nie kryła się z niczym, była gotowa na wszystko z Jego strony. Zabawne, jak uzdrawiającą moc na jej smutki miało to uczucie między nimi. Ucieszyła się z tej po raz pierwszej użytej liczby mnogiej. Jakby już stanowili jedność.
<Gustave?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz