niedziela, 4 stycznia 2015

Od Grime

Ciepły wiatr targał moim futrem, promienie słońca przedzierające się zza białych chmur wycelowane były prosto w moje oczy, tak, że niczego nie widziałam, lecz nie przeszkadzało mi to. Niebo było różowo-miodowe. Zachody słońca od zawsze mnie fascynowały oraz przyprawiały o zachwyt. W głębi duszy byłam szczęśliwa, że nareszcie mogłam czuć zapach świeżej trawy i ugniatać ją łapami. Brakowało mi tego. Stałam na niewielkim wzgórzu przykrytym cienką warstwą kolorowych kwiatów, wypatrywałam jej, ale ona nie przychodziła. Minęło kilka godzin odkąd się rozdzieliłyśmy, zaczynałam przejawiać niepokój, który narastał z każdą minutą. Nigdy wcześniej nie przebywałyśmy bez siebie, nie potrafiłyśmy działać bez wspólnego towarzystwa. Bałam się odzywać, a co dopiero wołać, przebywałam bowiem na terytorium nieznajomej watahy. Co prawda byłam na jej granicach i pewnie zdołałabym uciec przed wilkami i ich nadejściem, niestety strach nade mną górował, a w myślach miałam najgorsze scenariusze. Każdy, nawet najcichszy szelest był dla mnie powodem do ucieczki. Pomimo tego, czekałam.
Czekałam aż do zachodu słońca, niestety jej nie ujrzałam, a jedynie usłyszałam. Ostrzegałam ją przed rozłąką, ale ona nie słuchała. Przemawiała do mnie łagodnym, spokojnym tonem, tym anielskim głosem z lekką chrypką, gdy czuła zmęczenie. Obiecywała, że niedługo się zjawi, a mi samej kazała udać się w głąb polany aż do lasu i odnalazła Alfę watahy. Oczywiście, że to zrobiłam, bo czego się nie robi dla ukochanej siostry? Zawsze kiedy Navine wydaje mi jakieś polecenie, wykonuję je. Szkoda, że nie działa to w drugą stronę.
Zaczął zapadać zmrok. Przedzierałam się już przez gęstwiny urokliwego lasu, gdy nagle zostałam zaskoczona obecnością jednego z członków watahy. Wahałam się jak zareagować. Gdybym naskoczyła na nieznajomego źle by się to dla mnie skończyło - dla intruza. Szybko zmieniłam nastawienie i podkuliłam pod siebie ogon, dając znać, że nie mam złych zamiarów. Z cienia wyszedł dostojny basior. Byłam od niego sporo niższa, więc czułam się dziwnie, tym bardziej, że mierzył mnie lodowatym wzrokiem. Nie wyglądał na zadowolonego. Szczerze powiedziawszy nie bałam się jego siły, która w nim z pewnością drzemała, a słów, które mogłyby się z niego wydostać. Mijały minuty, a my staliśmy wpatrzeni w siebie, w ciszy i bezruchu. Pod jakąś presją nie wytrzymałam i zapytałam trochę głupkowato:
- Czy mam przyjemność z Alfą?
- Tak. - odrzekł jakby oschle.
- Co za ulga. - szepnęłam. - Chciałabym dołączyć do Twej watahy. Przynajmniej tymczasowo.
- Nie ma problemu, śmiało.
Basior wyglądał na naprawdę smutnego. Otaczała go aura melancholii, która z jednej strony zachęcała do pocieszenia, z drugiej odpychała i zarażała takim samym stanem. Nie miałam zamiaru się kłócić, bo nie po to przebyłam taki kawał drogi, no ale jak na Alfę, to on z pewnością wigorem nie żył. Mógłby do tego podejść z większym entuzjazmem. Jego wataha powiększyła się o jedną waderę, czy to nie powód do radości? Zanim się obejrzałam on był już kilka metrów ode mnie, schowany pod dorodną topolą. Nie obchodziło mnie już co się stało, czemu był przygnębiony, bo równie dobrze zawsze był taki "emo", a to, że mnie olał było inną sprawą. Pokręciłam z niedowierzaniem oczami i odwróciłam się pospiesznie, by ruszyć dalej, do serca watahy. Kiedy zaczęłam truchtać, uświadomiłam sobie, że przecież nie mam pojęcia dokąd się udać. Musiałam zawrócić i dogonić Alfę. Przyspieszyłam kroku. Para świetlików zaczęła za mną lecieć i trochę oświetlała mi drogę. Wtem potknęłam się o kamień i wystraszona, przypadkiem "zgasiłam" świetliki, a spod moich łap błysnęło kilkanaście błyskawic. Na całe szczęście się nie wywróciłam, to byłoby dla mnie bardzo upokarzające, popieścić się własnymi piorunami. Rozejrzałam się dookoła, po czym westchnęłam z ulgą. Zmrużyłam lekko oczy i wciągnęłam najwięcej powietrza jak się tylko dało. Zapach lasu był na tyle intensywny, że zakręciło mi się w głowie. Wypuszczając powietrze z płuc, sprawiłam, że wszystkie świetliki rozbłysły. Było ich sporo, ale nie na tyle dużo, żeby nie dało się ich policzyć. Wszystkie poderwały się ku górze tworząc złotą chmurę. Zapatrzona w małe owady nie spostrzegłam, że ktoś mnie obserwuje. Dopiero gdy wilk się odezwał oderwałam wzrok od światełek.
- Całkiem imponujące Proszę Pani. - rzekł z powagą.
Zanim dostrzegłam Alfę, on stał już u mego boku. Poczułam lekki dyskomfort, był zbyt blisko. Prawie niezauważalnie odsunęłam się od niego o kilka centymetrów. Prawdopodobnie przyłapał mnie na tym, ponieważ zrobił skwaszoną minę.
- Hmmm... Dziękuję. - uśmiechnęłam się z lekka.
- Często nie panujesz nad swoimi zdolnościami? - zapytał jak gdyby nigdy nic.
Zaskoczona pytaniem i jego bezpośredniością, zaczęłam zastanawiać się kiedy ostatni raz miałam taki wypadek.
- Na szczęście rzadko.
Zaczęliśmy o czymś gawędzić. Kiedy zobaczyłam spadającą gwiazdę przypomniałam sobie o czymś. Nie rozmawialiśmy zbyt długo, więc zakończenie rozmowy nie było aż tak kłopotliwe i długie.
- Przepraszam, że tak nagle pytam, ale gdzie nocujemy? Jestem trochę zmęczona, przybyłam z daleka.
- Niech Pani za mną podąża, zaprowadzę.
Zdawało mi się, że Gustavowi (tak, tak, przedstawiliśmy się sobie!) trochę poprawił się nastrój, bo raz nawet się uśmiechnął, choć zapewne z przymusu. Szliśmy prawie dziesięć minut do jaskiń, które w większości wypełnione już były układającymi się do snu wilkami. Mniej więcej w ósmej minucie dołączyła do nas wadera, o niezbyt melodyjnym (zupełnie jak moje), lecz zapadającym w głowie imieniu - Corrin. Przez całą drogę gapiła się na mnie tak, jakby chciała wbić mi się w krtań i rozszarpać na drobny mak. Ten wzrok nie dawał mi spokoju.
- Będziesz mieszkać w tej jaskini. - powiedział Gustave i odszedł.
Na odchodnym odwrócił łeb i nadal idąc rzucił słowa pożegnania. Corrin odpowiedziała, ale ja nie czułam się jeszcze pełnoprawną "obywatelką" watahy i po prostu się na niego patrzyłam. Wadera również odeszła, z lekka szturchając mnie w biodro. Bez namysłu cicho warknęłam. Pewnie ona uznała to za "wygraną" i miała z tego satysfakcję, ponieważ gdy się odwróciłam po prostu kipiała z radości. Ech. Zaczęłam kierować się w stronę mojego lokum, ale gdy ujrzałam, że Corrin mieszka obok mnie, totalnie mnie zatkało. No dobra, tak w sumie nie miałam jej niczego do zarzucenia, ale jednak pierwsze wrażenie najbardziej się liczy, a ona z pewnością dobrego na mnie nie zrobiła. Okej, to śmieszne, ale nikt nie robi na mnie dobrego wrażenia. Ona była po prostu dziwna. Miałam moment zamyślenia, pewnej refleksji, aż dotarło do mnie, że kiedyś możemy się zaprzyjaźnić, że kiedyś przybędzie tu Navine i nie chcę, by przywitano ją jako "tą od tej zgryźliwej, małomównej oraz wrednej Grime, która szuka zaczepki". Nie, nie chciałam tego. Wobec tego wypięłam pierś do przodu i ruszyłam dumnym krokiem w stronę mojego mieszkania. Z uśmiechem na pysku położyłam się i zasnęłam.
**
Prawdopodobnie nigdy nie przypomnę sobie jak minęła mi ranna pobudka i co w ogóle rano robiłam, ale pewnie nie wydarzyło się wtedy nic złego, bo po południu, które już cudem pamiętam, nie miałam żadnej rany, ani obniżonej reputacji. Podczas przechadzki po terenach natknęłam się na wielu ciekawych członków nowej watahy. Gustave szybko odnalazł miejsce dla siebie i innych i równie szybko jego wataha uzyskała popularność. To zadziwiające jak wiele wilków poszukuje domu. Idąc do lasu, w którym wszystko się zaczęło znowu go spotkałam. Podeszłam cicho.
- Witaj. - powiedziałam.
Basior szybko zareagował i poderwał łeb z ziemi. Nie odezwał się od razu. Pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę był mój brak cienia.
- Witaj. Byłaby z ciebie świetna cichociemna.
- Cichociemna?
- Zabijałabyś z ukrycia, bez pomocy broni. - odrzekł. - W watasze mamy już jednego, jest to Matthew, może znajdziecie wspólny język.
- Jasne, brzmi nieźle.
- A, jeżeli można wiedzieć, dokąd się Pani wybiera?
- Chciałabym zobaczyć las za dnia. To na pewno bardzo ładne miejsce. Może przejdziemy się razem? Lub oprowadzisz mnie po całym terytorium, jeśli nie masz nic przeciwko?

CDN. Gustave?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz