niedziela, 4 stycznia 2015

Od Yaenn C.D. Edwyna

Wadera siedziała na niewielkiej skałce, obserwując z oddali Utopię. Gdzieś tam był Edwyn, miejmy nadzieję, że wciąż żywy i zdrowy. Bała się miasta, jednak wejście za mury było jedyną możliwością uratowania basiora. Zastanawiała się czy nie pobiec po pomoc i powiadomić Alphę, ale perspektywa dostania od niego nagany, a co gorsza wyrzucenia z watahy była jeszcze bardziej ponura niż zostanie schwytanym przez krasnoludy.
Gdzieś na horyzoncie zaczynało świtać. Yaenn zadziwiał fakt, że w Utopii życie tętni praktycznie bez przerwy. Czy to środek nocy czy późne popołudnie, zawsze coś się dzieje i panuje niesamowity gwar. Cóż, będzie miała okazję przyjrzeć się wszystkiemu z bliska.
Podczas "niesamowitej" akcji ratunkowej zdecydowała się wykorzystać swoją zwinność, szybkość oraz praktycznie bezużyteczne skrzydła. Jeszcze nie wiedziała jak, ale w głębi duszy szczerze liczyła, że jednak na coś się przydadzą. Musiała się niestety spieszyć. Dzienne światło nie sprzyjało przemykaniu się niezauważenie przez ciemne uliczki.
Szybkim truchtem stopniowo zbliżała się do potężnych, kamienno-stalowych obwarowań, czując jak serce jej przyspiesza. Starała się nie hałasować, stawiać kroki ostrożnie, lecz na tyle szybko, by nie zaburzyć obranego wcześniej tempa. Ze starych kronik poświęconych badaniu chroniącego miasto tworu zdołała zapamiętać jedną, w tamtym momencie nader przydatną rzecz - przy wieżach, umieszczonych na każdym rancie muru, od zewnętrznej strony znajdowały się drzwi. Zwykle bywały zamknięte i prowadziły do nieużywanych już korytarzy, ale co wprawniejszy wilczy włamywacz był w stanie otworzyć je za pomocą swoich pazurów. Nigdy tego nie próbowała, lecz teraz była to jej jedyna szansa.
Zdziwiona była, że przedostanie się przez otwartą przestrzeń i ukrycie w cieniu kamiennej, wysokiej ściany przebiegło bez żadnych komplikacji. Nikt jej nie zauważył, nie wszczął alarmu, a ona mogła spokojnie zająć się swoją pracą. Ostrożnie podczołgała się do drzwi i użyczywszy pazura swej prawej łapy zaczęła grzebać w zardzewiałym zamku. Po chwili coś szczęknęło i skrzypnąwszy uprzednio, wejście łagodnie się uchyliło. Szczelina była na tyle szeroka, że wadera mogła się przez nią bez problemu przedostać.
Korytarzyk był wąski i zakurzony, a w załamaniach tkwiły liczne pajęczyny. Najwyraźniej nikt nie przechodził nim przez kilkadziesiąt, może kilkaset lat. Panująca w mroku cisza zaburzana była jedynie stuknięciami twardych poduszek o bruk.
Po kwadransie bezcelowego sunięcia w ciemnościach, Yaenn natrafiła na kolejne drzwi. Te były jednak znacznie większe i obite żelazem, a małe okienko u góry zabezpieczone zostało stalowymi kratami. Nie wahając się zbyt długo nacisnęła mosiężną klamkę i tak jak uprzednio weszła do środka.
Pomieszczenie było w rzeczywistości kuchnią. Na piecach stały garnki, roznoszące po pokoju smakowitą woń. Drewniany stół pokrywały wszelkiego rodzaju smakołyki - szaszłyki, steki, pieczone kurczaki i indyki, nadziewane warzywami oraz miód do picia. Coś, co stanowiło wręcz ambrozję pośród napitków preferowanych podczas biesiad.
Wtedy los postanowił się do niej po raz kolejny szeroko uśmiechnąć. Wszystkie delikatesy przygotowane zostały dla nadzorców w kopalniach, więc gdy drzwi prowadzące do podziemi szeroko się otwarły i wmaszerowały przez nie trzy rosłe krasnoludy, wilczyca kilkoma susami pokonała dzielącą ją od wrót drogę i zniknęła w kolejnym mrocznym korytarzu.
- Co to było? - usłyszała głos za sobą i serce jej zamarło. Ktoś musiał ją zobaczyć.
- To pewnie kot, siadaj Gronofoldzie, Tania przygotowała nam wspaniałą strawę - drugi, znacznie niższy oraz donośniejszy odpowiedział mu wesoło i radośnie. Kroki ucichły, a oddech wadery się uspokoił.
Przez pierwsze pięć minut wydawałoby się, że schody idące w dół nie mają końca. Jednak gdy do uszu Yaenn zaczęły dobiegać przeróżne odgłosy, była już pewna, że idzie w dobrym kierunku. Uderzenia kilofów o skały, skomlenie wilków karconych chłostą i skrzypienie kółek od kopalnianych wózków przyprawiały ją o dreszcze. Wolno schodziła coraz niżej, delikatnie rozkładając skrzydła i przygotowując się na ewentualną ucieczkę.
Kiedy wydostała się do podziemnych pieczar, zachwyciła ją ich wielkość. Stropy widniały około piętnaście metrów nad jej głową, przyozdobione gromadkami wiszących stalaktytów. Wszystko rozświetlone było pochodniami, rzucającymi ciepłe smugi na każdy skrawek powierzchni znajdującej się dookoła nich.
Nagle w oddali dojrzała białą, znajomą sylwetkę. Był to Edwyn. Siedział przy wózku, drżąc z wysiłku od dźwigania ciężkiego chomąta. Miał najwyraźniej przerwę od pracy, choć podejrzewała, że niewiele ona wniesie do jego nieciekawego stanu. A przecież nie jest tu tak długo, jak niektórzy...
Wilczyca nie czekając natychmiast popędziła cicho jak mysz ku schwytanemu wcześniej towarzyszowi. Spojrzał na nią pustym wzrokiem, po czym spuścił głowę, nie odzywając się ani słowem. Zdjęła z niego przedziwny twór krasnoludów i pociągnęła za sobą. Znalazłszy bezpiecznie miejsce do tymczasowego ukrycia położyła tam basiora i zajęła się próbami przywrócenia go do świadomości na wszelkie możliwe sposoby.

<Edwyn?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz