Cisza, spokój. Nie spodziewałam się tak błogiej, wręcz
sielankowej ciszy w ten słoneczny dzień. Idealny wręcz na popołudniowe odpoczywanie
w cieniu pobliskiej brzózki, która dawała mały, jednak kojący cień. O dziwo
wiatru praktycznie dzisiaj nie było, co najwyżej ‘raz na Ruski rok’.
Mój wypoczynek przerwały dziwne, nieznajome mi odgłosy.
Jakby… szloch? Otwarłam zmrużone oczy i minęła chwila zanim przyzwyczaiły się
do światła dochodzącego ze słońca przebywającego teraz na samym środku nieba.
Coś we mnie kazało mi podążyć w tamtą stronę i dokładnie przyjrzeć się ów zjawisku.
Nie było to daleko, może jakieś dwieście, lub trzysta metrów, jednak mój słuch
dawał się czasem we znaki, najczęściej w nieodpowiednich dla mnie chwilach. Ku
mojemu zdziwieniu naprzeciw mnie pojawiła się sylwetka szczupłej, drobnej, cicho
szlochającej wadery. Coś w mojej głowie nie pozwalało mi przejść obok
skołowanej wilczycy, na tyle, że nie zauważyła mojej osoby.
- Dlaczego płaczesz. – zaczęłam zbliżając się o parę kroków.
Teraz dzieliły nas tylko jakieś trzy metry.Wadera spojrzała na mnie, jakby pierwszy raz zobaczyła wilka. Nie wiedziałam, czy należy do watahy, czy się zgubiła... Chwilowo najważniejsze było moje bezpieczeństwo, wolałam wiedzieć, czy wadera nie ma złych zamiarów wobec mnie, czy wobec watahy...
<Raven? wybacz brak akcji ://>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz