czwartek, 1 stycznia 2015

Od Inés

Dni mijały, a ja z powodu wcześniejszych przykrości związanych z nieprzyjemnie kojarzącą się osobą następcy tronu, przyszłego władcy watahy jej rodziny oraz kiedyś także mojej, traciłam siły oraz chęci do dalszej wędrówki, oraz dalszego życia. ‘Inteligentna i zaradna wadera zmieniła się w roztrzepaną ofiarę losu, z zesłanymi na nią, licznymi nieszczęściami i pomyłkami życiowymi.’
Musiałam radzić sobie na własną rękę, zdana tylko na siebie, bez przyjaciół, rodziny, bliskich mi osób. Po prostu sama. Uczucie braku żywej duszy przy sercu doskwierało mi jak nic innego. Ciągle tylko w głowie słyszałam radosne poszczekiwania szczeniąt, odgłosy wspólnego polowania i wszystko inne co przypominało mi jeszcze bardziej, że już nikogo nie mam. Pomimo, że moja rodzina żyła, moja nadzieja, że kiedykolwiek się jeszcze zobaczymy umarła, razem z myślą o nadchodzącym szczęściu.
Czasem mam ochotę po prostu zasnąć i już się nie obudzić. Popaść w sen wieczny i ułożyć sobie życie w Niebie… Może chociaż tam by mi się to udało…
***
Kolej rzeczy miała się mianowicie. Straciłam wszystko poczynając po rodzinie i przyjaciołach, kończąc zaś na najważniejszym, czyli własnej wartości i pewności siebie. Straciłam osobę, dzięki której mogłam osiągnąć wszystko. Straciłam samą siebie.
***
Obudziło mnie jak co dzień poranny śpiew ptaków. Zjawisko niby codzienne, jednak że miło chociaż zostać obudzonym przez kogoś kto nie zrobi ci krzywdy i nie zhańbi.
Poranek zapowiadał kolejny dzień w głodzie i brudzie. W pobliżu nie było, żadnego jeziora czy chociażby małego strumyku. Miałam nadzieję, że pozostanę w tym miejscu już do śmierci, i że do końca dni będę mogła słyszeć cudowny śpiew bezbronnych, oddanych samym sobie istot. Gdyby nie to, to już pewnie sama wyszłabym na zewnątrz, aby sobie coś zrobić. Jednak jakaś dobra myśl, ten promyk nadziei trzyma mnie przy życiu.
Tego dnia jednak było cicho. Zbyt cicho. Miałam wrażenie jakby wszystkie istoty żyjące tutaj bez powodu uciekły i pochowały się po dziuplach i norach. Ja sama najchętniej schowałabym się do małe norki i nie wychodziłabym z niej do końca .
Postanowiłam przyjrzeć się zaistniałej sytuacji i wszyłam na chwilę z jaskini. Rozglądałam się to w lewo to w prawo i wreszcie ujrzałam jakiegoś wilka w oddali. Na szczęście była na tyle daleko, że pewnie mnie nie zauważyła. Szybko schowałam łepek do jaskini i odeszłam w jego najciemniejszy kąt.
Teraz mogłam się tylko modlić, aby istota odeszła i zostawiła mnie w spokoju. Słyszałam coraz to bliższe stąpanie po śniegu co było dla mnie sygnałem, iż wędrownik się zbliżała. Było go słychać coraz bliżej i bliżej, aż zdołałam usłyszeć ciche szmeranie pazurami jakby po kamieniu. Podejrzewałam, że był to ten oddalony od mojego schronienia o jakiś metr może półtora. Zamknęłam oczy i miałam nadzieję, że nic mi się nie stanie.

<Ktoś? Coś? C:>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz