piątek, 2 stycznia 2015

Od Yaenn C.D. Edwyna

- Masz może ochotę na małe zwiedzanie? Pokażę Ci tereny watahy i kilka nieco bardziej strzeżonych miejsc - zaproponowała. Basior nie oponował, to też po szybkim posiłku, jakim było złowienie ryby w pobliskiej rzece, wybrali się na spacer.
Yaenn zaczęła od najrozleglejszych i najczęściej odwiedzanych miejsc. Przeszli najkrótszą ścieżką przez Szumiący Las i obejrzeli, jednak tylko z zewnątrz, Las Dusz. Wadera przy tym punkcie wycieczki wspomniała także o Drzewie Wszechwiedzy, lecz nie przekazała więcej informacji, niż jakikolwiek przypadkowo zapytany wilk. Ukryte głęboko, chronione przez wilcze dusze, a za razem tak intensywnie szukane, było jedną z największych, dotąd nierozszyfrowanych w pełni zagadek Calme Loup.
Poznawanie reszty okolicy mijało im nader szybko. W ciągu niespełna godziny zdążyli nacieszyć się zaletami wodospadów i łąk. Niestety ponura aura Luseny i Seresów zdołała zniechęcić ich na tyle, by nie wstępowali w ich czeluście.
Słońce wisiało już nisko nad horyzontem, kiedy oboje znużeni i głodni zbliżali się do tymczasowego lokum Edwyna.
- Mówiłaś coś o jakichś niedozwolonych miejscach, a... wszystko to co mi pokazałaś raczej nie wygląda na niedozwolone - basior był wyraźnie zafascynowany ów zakazanymi terenami, zaś wadera niepewna tego, czy może mu je pokazywać. Nie znała go na tyle dobrze by móc wiedzieć, czy nie wywinie jakiegoś głupstwa i, w najlepszym wypadku, czy nie skończy w roboczych kopalniach krasnoludów.
- Jednym z zakazanych i najbardziej strzeżonych miejsc jest Utopia. Mieszkają w nim krasnoludy i prawdę mówiąc do tej pory żaden wilk, który wszedł za mury nie wrócił cały i zdrowy. Liczne blizny, jeśli nie kalectwo, są dość nieprzyjemnymi pamiątkami po spotkaniach z toporami i machinami do tortur. Krasnoludy nienawidzą nas i najchętniej wysadziliby góry w powietrze gdyby nie fakt, że trudno się tu dostać, a w skałach kryją się nader ważne dla nich surowce - Yaenn tłumaczyła dokładnie i powoli, starając się nie wprowadzić do wypowiedzi krótkich zacięć. Niestety widziała Utopię na żywo, nie tylko w książkach, i sam jej widok wyrył w pamięci strach przed miastem.
Edwynowi udało się ją jednak jakimś cudem przekonać i chwilę potem ruszyli wąską ścieżką w stronę wysokich, ośnieżonych szczytów. Wahała się, jej kroki były niepewne, a oddech niespokojny. Kto wie, może prowadziła ich oboje na pewną śmierć. Mianowicie mieszkańcy Utopii co jakiś czas chcąc zapolować na łanie wychodzili poza mury, lecz gdy pojawiała się możliwość pozbawienia życia kolejnego wilka, perspektywa obfitego obiadu schodziła na drugi plan.
Był środek nocy, kiedy zza krzewów wyjrzało rozświetlone miliardami pochodni miasto-państwo. Nawet z tak daleka słychać było uderzenia młotów kowalskich o żelazo, krzyki wydobywające się z karczm i... skomlenie. W kopalniach nadal trzymane były basiory. Co silniejsze służyły w roli koni pociągowych - założywszy na nie odpowiednich rozmiarów chomąto, poganiane trzaskającymi biczami targały za sobą wózki pełne drogocennych klejnotów lub węgla.
- Chodźmy już stąd - szepnęła wadera, jakby w obawie, że ktoś ich usłyszy. Serce waliło jej jak szalone. Przecież jeden z nich mógł czaić się tuż za rogiem...
Gdy niespełna dziesięć metrów od nich coś cicho trzasnęło, jakby łamana gałązka, oboje podskoczyli, po czym zamarli. Modlenie się w duchu, by był to co najwyżej zbłąkany zając na niewiele się zda.
- Uciekaj. Gustave mnie zabije, jeśli poturbuję nowego w watasze - głos Yaenn był zdecydowany, nieznoszący sprzeciwu. Edwyn najwyraźniej nie miał jednak zamiaru się nigdzie wybierać. Nie wiadomo czy to brawura czy zwykła odwaga, aczkolwiek teraz istnienie obojga wisiało na włosku.
Z zarośli zaczęła powoli wyłaniać się niska, masywna postać, dzierżąca potężny topór w dłoni. Rude włosy spięte na karku w kucyk i broda zapleciona w dwa warkocze sięgająca mu do pasa. Odziany był w żelazną, bogato zdobioną zbroję. Przepasany jedwabną szarfą z licznymi rubinami uśmiechał się złowieszczo. Jego oczy płonęły żywym gniewem i nienawiścią, a ostrze broni błyszczało w świetle pochodni, rzucających złociste łuny od Utopii.
- Chodźcie tu, małe paskudztwa - warknął niskim, gardłowym basem.
Wadera nie wahała się już dłużej. Chwyciła zębami za kark towarzyszącego jej basiora i gwałtownie pociągnęła do tyłu. Biegła tak przez chwilę, dość koślawo i zbyt wolno by daleko uciec, dopóki ten nie wyłapał rytmu i oboje nie rzucili się do ucieczki.
- Masz jakiś pomysł jak go zgubić? - zapytała.

<Edwyn?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz