piątek, 2 stycznia 2015

Od Yaenn C.D. Gale'a

Gdyby tak łatwo było całkowicie przypadkowo i niezauważenie zaatakować obcego. Już nie pamiętała jak wielką przyjemność daje rzucenie się takowemu osobnikowi do gardła i, co najważniejsze, pokazanie swojej wyższości nad nim. Czy to jej wina, że upatrzył sobie akurat to drzewo, na którym ona uskuteczniała popołudniową drzemkę, i że spośród wielu w tym lesie wydawało się najodpowiedniejsze do tej właśnie czynności? Rozbudzona odgłosami walki powoli zeszła na ziemię, a wtedy została bezpodstawnie zaatakowana. Cudem utrzymywała swoje nerwy w ryzach, zachowując opanowany wyraz pyska. Nie musiała odpowiedzieć, mogła odejść, ewentualnie przypuścić atak i uciec.
- Powtórzę, jeśli nie słyszałeś. Tak, należę i jestem chroniona immunitetem - prychnęła, aranżując oburzenie. - Jakikolwiek uszczerbek na moim zdrowiu dokonany twoją osobą będzie dla ciebie wyrokiem śmierci.
Yaenn nie posiadała oczywiście żadnego immunitetu, lecz w tamtym momencie był to jedyny pretekst, by w choć minimalnym stopniu się chronić. Wzrostem praktycznie dorównywała basiorowi, aczkolwiek jego postura raczyła świadczyć także o sporych pokładach siły, w jakich jest posiadaniu. Zapewnienie o prawdziwości tego stwierdzenia byłoby równoznaczne z oznajmieniem o marnych szansach wadery na wygranie jakiejkolwiek potyczki. Mogłaby jak najbardziej posłużyć się magią, lecz spore ilości czarnej materii zużyła podczas ostatniego polowania, to też teraz w jej ciele krążyły zaledwie smużki ów struktury.
- Przebywanie na naszych terenach bez powiadomienia Alphy o swojej obecności jest zabronione, jeżeli nie szuka się zwady - powiedziała znacznie spokojniej i kulturalniej.
- Więc mnie do niego zaprowadź, skoro tak twierdzisz - odparł.
Nie zdziwił ją taki obrót sytuacji. Zarówno nieznajomi jak i bliższe jej wilki często prosiły o pokazanie tego czy tamtego, kiedy nie byli do końca pewni samotnej wyprawy. Mimo tak krótkiego pobytu w Calme Loup zdążyła poznać jego tereny znacznie lepiej niż niektóre wilki mieszkające tu już dobrych kilka lat. Każdemu zwykła służyć pomocną łapą i dobrą radą, to też wielu ceniło sobie jej obecność w szeregach watahy. Odmówienie nie było by z jej strony zbyt grzeczne, lecz obraz łap napierających na delikatne barki i ostrych pazurów, które dzieliły od skóry milimetry, wciąż nieco zaburzał tworzącą się między nimi atmosferę.
- Zgoda - westchnęła ciężko. - Chodź.
Szli w milczeniu, żadne nie kwapiło się do rozpoczęcia rozmowy. Basior zabrał ze sobą swoją zdobycz, której niestety jeszcze nie zdążył skonsumować, lecz której nie miał zamiaru pozostawiać. Najwyraźniej zbyt wiele się natrudził, by teraz jego wysiłek poszedł na marne. Yaenn prawdę mówiąc było nieco rozbawiona tak ogromnym znaczeniem kawałka mięsa dla nowo poznanego. Powstrzymywała się jednak od uszczypliwych komentarzy pozostawiając je dla siebie.
Dopiero po godzinie niezbyt forsownego marszu zainteresował ją inny element dzisiejszego dnia - suche, gorące i jakby ciężkie powietrze. Wtedy dopiero zrozumiała dlaczego wysiłek fizyczny idzie jej tak opornie, przez co poci się i męczy szybciej niż zwykle. Wszystko to bez wątpienia zwiastowało burzę, aczkolwiek większość wilków z gór przyznałaby, że deszcz byłby w tym momencie jak najbardziej korzystny.
Kwadrans potem z nieba zaczęły spadać duże, perliste krople. Czarne, złowieszcze chmury zakryły niebo niczym płachta, całkowicie odcinając dopływ dziennego światła. Zimny wiatr zerwał się, by grać między liśćmi ponurą melodię, a odgłosy grzmotów raz po raz przeszywały niebo. Znajdowali się właśnie w środku lasu, miejscu względnie bezpiecznym podczas takiej pogody. Wadera przystanęła pod rozłożystym dębem, otrzepując się z nadmiaru wody. Przeciągnęła się, posłała basiorowi przelotne spojrzenie i wdrapała na drzewo. Tam, z najniższej i w miarę wytrzymałej gałęzi, zajęła się obserwacją okolicy oraz towarzyszącej jej postaci.

<Gale?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz