piątek, 2 stycznia 2015

Od Gale'a

Stawiałem łapy jedna za drugą. Dokładnie w obrany sobie wcześniej rytm, raz, dwa, raz, dwa... Podskakiwałem miarowo, każdy mięsień pracował, tworząc ze swym sąsiadem pewien rodzaj dobrze naoliwionej maszyny. Dziś byłem zadowolony ze zgrania własnego organizmu.
Para z uchylonej paszczy uchodziła dokładnie w czasie kiedy zimnej ziemi dotykała lewa przednia i prawa tylna łapa. Mżyło, krople deszczu obmywały z pyłu nabytego w poprzednich dniach moją sierść. Biegłem tak od paru godzin i zupełnie nic się nie zmieniało, nawet myśli zataczające koła wokół wspólnych dni spędzonych z waderą. Natarczywie atakowały mnie od paru miesięcy, byłem już za słaby na walkę z nimi. Nic nie mogłem poradzić, ich moc napierała na mnie ze zdwojoną siłą, strzępki podartej duszy powoli poddawały się temu, co z taką trudnością odpychałem od siebie. Stanowczo potrząsnąłem łbem, naiwnie wierząc w chwilę wytchnienia.
Swój niezawodny wzrok wbiłem w ścieżką przede mną. Teren powoli, acz odczuwalnie zaczął się obniżać, naturalnie przyjąłem to z ulgą. Twarde podłoże zamieniło się w ostre kamienie. Poduszki na łapach natrafiły na większego wroga, zwolniłem tępa, nie chcąc ich w żaden sposób zranić. Stalowe pazury pozostawiały w skale głębokie wyżłobienia, temu procesowi towarzyszył głuchy brzdęk, taki jak przy zderzaniu dwóch metalowych prętów. Opuściłem niżej łeb, zważając na miejsca, w których stawiam kroki. Poruszałem się znacznie wolniej, aczkolwiek to dodało mi swoistej elegancji. Każdy wilk, który widział tyle co ja, zasmakował tylu różnych kultur posiada specyficzny krok, sprężysty, choć niezbyt wyciągnięty. Widać w nim energię, chociaż równie dobrze można określić go jako mozolny i ospały. Tak, my jesteśmy stworzeniami kontrastów.
Tak oto mój umysł zataczał błędne koła. W sprytny sposób wodził mnie za nos, prędzej czy później kierując myśli na te konkretne tory. 'Gale, tym sposobem daleko nie zajdziesz.', głos odbijał się echem po mojej poobijanej czaszce. Zatrzymałem się, zaczerpując głęboki oddech. Dziś nic z tego nie będzie. Ponownie przegrywałem.
Pogoda, jakby była w stanie wyczytać emocje mną targające zmieniła się momentalnie. Zamiast lekkiej mżawki, świat zalała ulewa z prawdziwego zdarzenia. Wiatr zawodził, a ja stałem pośrodku wielkiej doliny, zupełnie bez określonego celu.
~*~
Z niezwykłą prędkością zbiegałem ze stromego zbocza. Za mną pędził co najmniej tuzin rozwścieczonych dzikich kotów-mutantów. W szczękach ściskałem ogromny udziec podkradzionego jelenia. Ściana lasu była już na wyciągnięcie łapy, kiedy jeden z odważniejszych osobników skoczył na moje plecy. Pazury wbił w moje boki, niestety nie zdążył pokazać w pełni na co go stać. Podskoczyłem na pół metra w górę, to zachwiało równowagą kocura. Jego lewa łapa gładko oderwała się ode mnie, prawa, obciążona większym ciężarem, przesunęła się w dół, pozostawiając w mojej skórze głębokie rozcięcie. Syknąłem zaaferowany zdarzeniem, to jednak nie pozwoliło mi stracić zimnej krwi. Na moim pysku pojawił się pierwszy cień rzucany przez bór. Przyśpieszyłem, za cel obierając sobie pokaźny konar jednej z pierwszych sosen. Obiłem się o niego, aczkolwiek nie raniąc własnego ciała. Napastnik odczepił się ode mnie, leżał na leśnej ściółce bez ruchu.
Skupiając się na magicznych zdolnościach, wprawiłem ziemię w ruch. Zatrzęsła się, dezorientując resztę mało zgranego stada. Ponownie uszedłem z życiem, nie tak łatwo jest się mnie pozbyć. Przeszedłem do nieśpiesznego truchtu. Dawno temu zdołałem przyzwyczaić się do bólu, toteż rana w boku nie robiła na mnie większego wrażenia. Po prostu szedłem dalej, nie obracając się za siebie, ucząc się na własnych błędach. Kocury nie stanowiły dla mnie już zagrożenia, dotyczyły przeszłości, a ona musiała odejść w zapomnienie.
- Och, Gale, gdyby to było takie proste. - szepnąłem do siebie samego, słowa zostały zniekształcone przez masywny kawał mięsa znajdujący się w mojej paszczy.
Głód nie był na tyle intensywny, ażeby zaprzestać marszu. Poruszałem się więc naprzód, wkraczając na nieznane mi dotąd tereny. Las gęstniał, pośród drzew iglastych pojawiały się nieliczne dęby. Te z każdym kolejnym metrem stawały się coraz okazalsze, niedługo potem to one zdecydowanie przeważały. Ostatnimi dniami przebywałem w jakiejś dolinie, na pewno. Natomiast teraz teren gwałtownie się podwyższał. Wzdrygnąłem się na samą myśl o dotarciu w jakieś pasmo górskie, wszystko, byleby nie szczyty... Wysokie szczyty. Podążałem za instynktem, który prowadził mnie już od paru miesięcy. Teraz znalazłem się przed dwoma drzewami, nie znałem ich, nigdy wcześniej nie widziałem ich na oczy. Niemniej, gałęzie obsypane zielonymi liśćmi łączyły się, tworząc nieprzeniknioną barierę dla słońca, deszczu, czy śniegu. W nikłych promieniach, strzelistych stropach słonecznych, zjawisko prezentowało się okazale. Przywodziło na myśl rajską bramę, jakby przejście do innego świata. U swych stóp, drzewa wykonały swoisty dywan z mchu, gdzieniegdzie pojawiały się na nim białe kwiaty - niezapominajki.
Wtem gałązka za mną zdradziła obecność żywej duszyczki. Moja reakcja była natychmiastowa, upuściłem jelenia na ściółkę, jednym zwinnym susem atakując intruza, jej barki przycisnąłem do ziemi, nachylając się nad lekko uchylonym z zaskoczenia pyskiem. To zdecydowanie była wadera.
- Jesteś... Na terenie mojej watahy - zdołała wykrztusić. Zmarszczyłem brwi.
I co z tego? Ty naruszasz moją przestrzeń prywatną, mam takie samo prawo do zabicia cię, jakie ty mnie. W dodatku, posiadłem niewątpliwą przewagę. Wadera była tu sama, a ja trzymałem ją w garści. Kłapnąłem ostrzegawczo zębami.
- Pokojowa rozmowa odpada? - spytała. Nie traci spokoju, patrzy mi prosto w oczy, a ja nie wiem jak zareagować. 'Bestia!' zakrzyknął głos w mojej głowie. Cofnąłem się o krok, puszczając ją wolno.
- Nie, wybacz. - przysiadłem na ogonie. - Wspomniałaś coś o terenach, jak rozumiem, należysz do watahy? - podchwyciłem, niby to obojętnie. Może wśród wilków znajdzie się Mad?

<Yaenn?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz