piątek, 2 stycznia 2015

Od Edwyna C.D Yaenn

Rzuciłem waderze jedynie krótkie spojrzenie by nie trafić w drzewo lub się nie potknąć.
– Ja? Owszem – powiedziałem. – Tylko, że ty nie będziesz miała szans.
– To dlaczego? – spytała Yaenn.
– Chyba każdy z nas ma jakieś moce, co nie? Ja używam ich rzadko, gdyż pochłaniają dużą ilość energii. Ale w takim wypadku...
– Gadaj! – ponagliła mnie wilczyca patrząc czy za nami wciąż biegnie krasnolud.
– Potrafię biegnąć z...
Nie dokończyłem zdania, gdyż coś oplotło moją tylną nogę i poderwało mnie do góry. Ból był straszny; myślałem, że sidła urwą mi nogę.
Zadyndałem na konarze drzewa, jak ryba na wędce, głową w dół.
– Edwyn! – wadera zatrzymała się w tumanie kurzu. Za nami pękła kolejna gałąź, a przekleństwa rzucane przez krasnoluda było coraz bliżej.
– Uciekaj! – powiedziałem do wadery. – Ja się z tego zaraz wywinę.
Wadera dreptała w miejscu kręcąc głową. Najwyraźniej instynkt podpowiadał jej, że trzeba uciekać, natomiast rozum mówił by nie zostawiać towarzysza.
Gdy krasnolud zaczął wyłaniać się zza kolejnych krzaków ponownie krzyknąłem na waderę. Yeann chwilę jeszcze dreptała ze strachem w oczach, po czym pobiegła dalej. Na chwilę odetchnąłem z ulgą. Na chwilę, gdyż zaraz podszedł do mnie krasnolud.
– O... – zaczął gmerać. – Jak miło. Kolejny do kolekcji...
Wisiałem cały napięty, nieruchomy gotowy na to, że zaraz mnie zabije. Krasnolud zaczął obchodzić mnie dookoła.
– Można by spróbować dać cię do ciągnięcia, boś duży, z drugiej strony, jesteś jednak chudy i dopiero wyszedłeś z wieku szczenięcego.
Gdyby tylko wiedział jak długo już nie jestem pod opieką rodziny...
Krasnolud wyjął zza pasa gruby sznur, owinął mi nim pysk, później szyję. Nie mogłem mu teraz rozerwać gardła... Nie dobrze. Pozłacanym sztyletem o rękojeści wysadzanej diamentami i rubinami, górnik przeciął linę, a ja zleciałem na ziemię. Niemal natychmiast stanąłem jeżąc futro na grzbiecie. Rzuciłem się na krasnoluda z nadzieją, że uda mi się go przynajmniej ogłuszyć. Jednak on był przygotowany na atak z mojej strony i w momencie skoku spadł na mnie ciężki topór przygniatając do ziemi.
– Następnym razem zaatakuję tym ostrym końcem – powiedział, a ja jedynie łypnąłem na niego groźnym spojrzeniem.
Rudowłosy podniósł topór, a ja powoli, chwiejnym krokiem wstałem. Ciężka broń musiała połamać mi co najmniej dwa żebra.

W lesie było już zimno, jednak tutaj, w mieście, pomiędzy budynkami i straganami było makabrycznie gorąco. I głośno. Co chwila ktoś wołał, że ma najniżej mięso do sprzedania, głośno targował się lub jeszcze głośniej targował się o królika. Wszystko mnie tu przytłaczało. Jednak reakcja na moją obecność była zawsze taka sama – wszyscy odsuwali się. Niektórzy grozili pięciami, inni, rzucali obelgi i przeklinali mnie i innych mych pobratymców. Znalazł się nawet śmiałek, który rzucił we mnie starą kością z dzika.
Rudowłosy krasnolud zaprowadził mnie do podnóża gór i zaczepił jednego z pracujących przy kowadle krasnoludów. Zaczepiony był niższy od mojego porywacza i miał czarną rozwichrzoną brodę i najwyraźniej nie trudził się by ją czesać lub jakoś związać. Krasnoludy wymieniły między sobą kilka zdań i ten niższy pobiegł gdzieś. Za niedługą chwilę wrócił w towarzystwie kolejnego krasnoluda. Trzeci był gruby i poruszał się trochę jak pingwin. Długie brązowe włosy, wąsy i broda oraz krzaczaste brwi zasłaniały niemal całe jego oblicze. Wystawał jedynie wielki nochal i było widać parę ciemnych, małych, rozbieganych oczek.
– Gronofold! – krzyknął z radością Trzeci.
– Bremgald! – odkrzykną Rudy. Wzięli się w objęcia. Popatrzyli sobie w oczy i zaśmiali się.
– Co masz dla mnie, drogi Gronofoldzie? – spytał grubas.
– Złapałem tego potwora kilka minut temu. Nie poturbowałem go za bardzo. Pomyślałem, że przyda ci się kolejny do ciągnięcia.
Bremgald spojrzał na mnie i zastanowił się. Podszedł do mnie i zaczął mnie oglądać. Co się za bardzo zbliżył warczałem ostrzegawczo. Gdy dokonał oględzin odszedł na swoje poprzednie miejsce i dalej mi się przyglądał.
– Ile za niego chcesz? – rzucił.
– 12 szczerozłotych, dużych monet i może... 30 srebrnych.
– Biorę.
Grubas wyjął z przytroczonej do pasa sakiewki odpowiednią ilość pieniędzy i wręczył Rudemu. Krasnoludy na znak transakcji i pożegnania znów objęły się i poklepały po łopatkach. Po tym geście przyjaźni Bremgald wziął sznur i pociągnął mnie w stronę gór. Nie miałem co się opierać. Od razu poczułem, że jest silny jak tur, lub bardziej. Poszedłem za nim. Ludzie dalej się przede mną cofali, rzucali obelgami i tak dalej.

W kopalni Bremgald przekazał mnie kolejnemu krasnoludowi. Ten natomiast miał bardzo małą czarną brodę i jasną twarz przeoraną wielką blizną. Sądzę, że miał ją po jakimś wielkim wilku. Czwarty wziął mnie i zaprowadził do kolejnego pomieszczenia. Zwiedzę kawał Utopii, stwierdziłem w myślach. Pomieszczenie, do którego mnie zaprowadził było jasno oświetlone i śmierdziało skórą. Krasnolud założył mi skórzany kaganiec i bardzo mocno ścisnął rzemień mający uniemożliwić mi rozwarcie pyska, po czym ubrał mi chomąto. Był ciężkie i w pierwszej chwili ugięły się pode mną nogi.

<Yaenn? Się za bardzo rozpisałem...>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz