Owszem, pytanie Noaha zdziwiło mnie, aczkolwiek po chwii ogarnęły mnie przemyślenia i wspomnienia, w któych miałam jakieś zetknięcię z tą cudowną rośliną. Popatrzyłam na szarotkę, którą Noah obejmował w łapach. Obracał ją powoli i napawał się jej widokiem. Za chwilę skierował swój wzrok na mnie, czekał an odpowiedź. Czy lubię kwiaty?
- Uwielbiam je. - odparłam cicho. - Dzięki nim czuję, że żyję, są jakby...
- Częścią mnie? - dokończył.
- Właśnie. - ucieszyłam się, że ktoś mnie rozumie. Pewnie było to po mnie widać.
Nie chciałam ślęczęć nad szarotkami, przynajmniej nie w tamtej chwili, bowiem ciągnęło mnie do gór, miałam przedziwną ochotę je zwiedzić, przejąć ich ciszę, aby wtargnęła i we mnie. Ruszyliśmy ponownie wzdłuż rzeki wolnym krokiem, bez pośpiechu, gawędząc o różnych rzeczach, lecz przede wszystkim o naszej młodości. Noah od czasu do czasu rzucał zabawnym dowcipem dla podkręcenia atmosfery i powoli przekonywałam się do niego. Gdy doszliśmy do płytkiego miejsca, przeszliśmy przez strumień i zaczęliśmy się ścigać. Ustawiliśmy się przed wejściem do gór, a po odliczeniu do trzech ruszyliśmy jak poparzeni. Mieliśmy przy tym dużo zabawy, nawet śmiechu! Biegliśmy łeb w łeb bez konkretnego celu, który służyłby za metę. W pewnym momencie Noah przyspieszył zostawiając mnie kilka metrów w tyle. Nie mogłam się poddać, koniecznie chciałam go dogonić. Poszłam w jego ślady. Zebrałam całą energię, która ze mnie nie uleciała i przeniosłam ją w łapy. Starałam się jak mogłam, niestety udało mi się go doścignąć zbyt szybko niż oczekiwałam. Miałam nadzieję, że zajmie mi to więcej niż piętnaście sekund, a dokonałam tego w zaledwie pięć. Później było łatwiej. Zaskoczony, że jestem już u jego boku nieznacznie spowolnił biegu i zaczęłam go wyprzedzać. Po około minucie miałam już dość sprintu i trochę zziajana zatrzymałam się przy drodze prowadzącej na szczyt jednej z gór. Uśmiechnięta, rozgrzana oraz we wspaniałym humorze odwróciłam łeb, by doprowadzić do mnie basiora. Zaśmiałam się gdy nie było go za mną. Zrobiłam kilka kroków w przód, podczas których zdążyłam wyprostować szyję, stał przede mną i patrzył się na mnie. Cały czas to robił, a jednak łudziłam się, że w końcu zastanę go zachodzącego mnie od tyłu.
- Dobrze biegasz. - pochwalił mnie.
- Rzadko słyszę komplementy, więc jestem mile zaskoczona, dziękuję. - odparłam.
- Nie ma za co. - poczekał aż do niego podejdę, potem zaczęliśmy wspinać się krętą, a do tego wąską ścieżką na szczyt góry.
Kiedy doszliśmy do końca drogi słońce zaczynało powoli zachodzić i niebo zabarwiało się na te kolory, które może za bardzo do mnie nie pasują i nie kojarzą się ze mną, ale bardzo je lubię.
- Widać całe Calme Loup. - oznajmił Noah.
- Myślałam, że jest trochę mniejsze. - odpowiedziałam zadumana.
Podeszłam do krawędzi płaskiego szczytu i usiadłam tam obserwując co dzieje się na dole. Towarzysz co prawda podszedł do mnie, ale zamiast usiąść, od razu się rozłożył. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem.
- No co? - zapytał.
- Nic. - zaśmiałam się.
Po chwili milczenia ponownie zagaiłam.
- Byłeś tam? - wskazałam ruchem łapy na zielone tereny z wodospadem.
- W Oasis? Nie.
- Wygląda sympatycznie, jednak nie tak pięknie jak Lusena. - zaczynałam już rozpoznawać niektóre miejsca.
- Lusena?
- To tam. - pokazałam. - Gdzie wolisz się przejść? - zerknęłam na niego ciekawsko.
CDN. Noah, dokąd się udaliśmy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz