Żwawym krokiem przemierzałem las. Wciąż dręczyło mnie kilka myśli związanych z przeszłością. A jaki temat najczęściej krążył po mojej głowie? Ha, proste! Zatytułowany jako "Ally". Często przyłapywałem się na tym, że o niej myślałem. A po ucieczce to się nasiliło. Tęskniłem za nią. Chyba na niej zależało mi najbardziej. Wiele razy starałem się o niej zapomnieć, ale to było trudniejsze niż skok z przepaści i przeżycie upadku. Naprawdę. W każdym wilku widziałem choć jedną jej cechę. I natychmiast przed oczami miałem jej obraz. Piękne oczy, roześmiane. Lub smutne. Ale zawsze starałem się, by częściej były radosne. Nieczęsto zdarzało mi się doprowadzać do tego, by była załamana. Ale jednak bywało różnie. To oskarżyłem ją o brak tekstu w określonym czasie, to oberwała za pomylenie piosenek... Różnie. A teraz? Teraz żałowałem, że kiedykolwiek ją skrzywdziłem. Bo zazwyczaj starałem się ją jedynie chronić. Czy to coś złego, że starałem się zapewnić bezpieczeństwo wilczycy, którą po prostu kocham? Lub kochałem... Sam nie wiem. To trudne i zagmatwane. Przecież nigdy więcej jej nie ujrzę. Oni wszyscy, ci, którzy zostali w poprzedniej watasze, uważają mnie za trupa. Dlaczego? Dlatego, bo każdy kto ośmielił się opuścić tamtejsze pustynne tereny skazywał sam siebie na śmierć; z braku pożywienia lub wody. A mnie się udało. I w głębi duszy liczyłem na to, że nikomu nie przyszło do głowy ruszyć za mną z misją ratunkową. To mogło się skończyć niefajnie.
Wlekąc się, rozmyślałem. Wyobrażałem sobie, że Ally idzie obok mnie; że w każdej chwili mogę się zatrzymać i ją przytulić; że mam możliwość usłyszenia jej cichutkiego i równomiernego oddechu; że mam szansę usłyszeć spokojne bicie jej dobrego serduszka. Ale to wszystko było fikcją. Ilekroć odwracałem łeb w swoją prawą bądź lewą, by zagadać, odezwać się do niej - tylekroć docierało do mnie, że moja wyobraźnia płata mi figle. I nadchodził smutek oraz żałość, że odszedłem. Odszedłem bez pożegnania. Zawiodłem ją. Zawiodłem siebie. Zawiodłem wszystkich.
Wyprostowałem się, łapiąc gwałtownie powietrze. Chyba przez chwilę zapomniałem o oddychaniu. Przerażonymi, wyłupiastymi oczami wpatrywałem się w pustą przestrzeń przed sobą. Przez kilka sekund zdawało mi się, że słyszę jej głos; że mówi do mnie. Nie rozumiałem nic z jej bełkotu. Była jakby za mgłą.
Typowe objawy dla przewidywania przyszłości.
Spojrzałem pod swoje łapy, i to tak niekontrolowanie, automatycznie. Ujrzałem ślady. Lekko wydrążone w wilgotnej glebie. Były stosunkowo niewielkie. Nigdy nie powiedziałbym, że zostawił je po sobie wilk w wieku dorosłym. A jednak tak było. Wszystko zaczęło się łączyć w jedną całość. Ni z tego, ni z owego ruszyłem przed siebie biegiem. Dokąd zmierzałem? Sam tego nie wiedziałem. Po prostu zaufałem swojemu instynktowi; w końcu jeszcze nigdy mnie nie wywiódł w pole. Był jak taka nawigacja, tylko że ździebko dokładniejsza. Po piętnastu minutach sprintu zacząłem dyszeć ze zmęczenia, ale nie odpuszczałem. Łapy poprowadziły mnie do Zakątka Ciszy. Przyjemne dla oka miejsce, no nie powiem. Rozejrzałem się. Na niewielkim głazie dostrzegłem drobne ciałko równie drobnej wilczycy. Kogoś mi przypominała, jednakże z daleka ciężko było mi ocenić kogo dokładniej. Zakradłem się do niej z zamiarem zagadania. Będąc bliżej natychmiast ją rozpoznałem. Ale... przecież to niemożliwe! Ona tam została! Ona nie mogła za mną tu przyjść! Chyba ujrzała cień, jaki odbijał się na jej zeszycie. Zerwała się. I zaczęła uciekać. A ja? Stałem przez chwilę oniemiały, by sekundę później rzucić się w pogoń za waderą, która albo była idealnym klonem mojej przyjaciółki, albo próbowała mnie omotać, albo była kolejnym wytworem mojej chorej wyobraźni. Dorwałem ją kilkadziesiąt metrów dalej. Zatrzymała się. Zapewne z myślą, iż odpuściłem. A tu niespodzianka! Położyłem łapę na jej grzbiecie, lekko ją zaciskając. Odwróciłem waderę gwałtownie w swoją stronę i zesztywniałem, wpatrując się w jej ogniście pomarańczowe ślepia.
To nie może być prawda...
Przełknąłem z trudem ślinę. Próbowałem to wszystko jakoś sobie w głowie uporządkować, ale... nie potrafiłem. Jakby mój mózg przez chwilę przestał całkowicie pracować. Nie myślałem racjonalnie. Tylko cieszyłem się chwilą. I zamiast powiedzieć jej, jak bardzo tęskniłem... jak bardzo mi na niej zależy... jak bardzo ją kocham... uśmiechałem się jedynie głupkowato. A ona po chwili odwróciła się do mnie plecami. Co znów zrobiłem? Ah, no tak, przypomniałem sobie, że ociupinkę ją skrzywdziłem swoim nieplanowanym odejściem. Otrząsnąłem się z pierwszego szoku. Zauważyłem, że już naprężyła łapy, by odbiec, ale zatrzymałem ją w samą porę, zachodząc jej drogę. Patrzyła na mnie takim dziwnym wzrokiem. Ni to wystraszonym, ni to zdziwionym, ni to smutnym.
- Ally... - wyszeptałem jej imię. Zauważyłem, że źrenice wilczycy nieco się rozszerzyły. Może mnie nie poznała? A może uznała, że po prostu jestem innym wilkiem, jedynie zadziwiająco podobnym do tego Austina, którego tak dobrze znała? - Jesteś tu... ty naprawdę jesteś przede mną... to nie sen... - by upewnić się, że to nie jedna z moich fantazji, dotknąłem delikatnie łapą jej pyszczka. Czując pod poduszkami aksamitną sierść wilczycy, uśmiechnąłem się szerzej.
- Austin? - ona równie cicho wypowiedziała moje miano. Wgapiała się w moje brązowe ślepia z niedowierzaniem. Poznała mnie. Na całe szczęście. Ale jakim cudem tu dotarła? Dlaczego za mną poszła? Mogła zginąć! I nagle zauważyłem, jak drobne iskierki szczęścia w jej oczętach gasną, by ustąpić miejsca wściekłości. Zdziwiła mnie ta nagła zmiana. - Dlaczego to zrobiłeś?! - krzyknęła, oddychając szybciej. Futro na jej karku lekko się zjeżyło. Chyba naprawdę była zła. Chyba na pewno. Cofnąłem się o krok, wcześniej odsuwając swoją łapę od jej pyszczka. - Odszedłeś! Zostawiłeś nas! Zostawiłeś mnie! Myślałam, że nie żyjesz! Wszyscy kazali mi odpuścić! Co ci strzeliło do głowy?! To był tylko jeden występ! Jeden występ, rozumiesz?! A ty uciekłeś, jakby od niego zależało twoje życie! - wyrzuciła z siebie wszystko. Jej kły raz po raz błyskały, kiedy na mnie krzyczała. A ja? Wpatrywałem się w nią skruszony i wystraszony. Bo miała rację. Do czego w życiu bym się nie przyznał. Miałem wrażenie, że za chwilę się na mnie rzuci. Rzuci i zagryzie w nerwach. Byłem gotów odeprzeć atak.
- J-ja ci to wyjaśnię - zająknąłem się. Nie potrafiłem się wytłumaczyć. Skłamałem w tym momencie. Bo co miałem jej powiedzieć? Przeprosić? Jedno 'wybacz' nie wystarczy, by odbudować naszą relację. Jednakże spróbowałem, bo być może była to moja ostatnia deska ratunku. I nic innego nie przychodziło mi na myśl w tej chwili. - Ally, tak strasznie cię przepraszam... Wiem, zachowałem się jak totalny idiota. Uciekłem, bo kilku ze mnie kpiło, ale to... to mnie przerosło! Nie wytrzymałem psychicznie! Tyle wilków, tyle drwin... Wszyscy na mnie patrzeli! Czułem się obserwowany! Otoczony wręcz! Na dodatek nawet moi rodzice nie powiedzieli mi niczego, co byłoby w stanie poprawić mi humor! Nie myślałem wtedy racjonalnie, po prostu działałem pochopnie! Ale już wiem, że popełniłem olbrzymi błąd... Największy w swoim życiu. - nie myślałem nawet nad tym, co chciałem powiedzieć. Słowa wypłynęły z mojego pyska same. Wyszły, bo musiały. Bo walczyły o coś. Albo raczej o kogoś. Kogoś, kto był całym moim życiem. I zajmował szczególne miejsce w mym sercu. Utrata Ally byłaby dla mnie największym ciosem. Nie pozbierałbym się po tym nigdy. Do końca swych dni chodziłbym ze spuszczonym łbem i podkulonym ogonem. Tak na mnie ona działała. Jedna, niepozorna wilczyca.
<Ally? Się rozpisałam!>
Aż wstyd, że ja tak mało napisałam :<
OdpowiedzUsuń